Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 23 września 2012
Filmy i "filma"

605.

Od poniedziałku siedziałam znów w Advice Centre, ale tym razem ubrana w koszulkę z napisem "Freshers" :) Podjechałam do pracy na 13:00, a po 16:00 przeniosłam się do recepcji. Wyszłam o 20:00 i poszłam prosto na salsę. Na koniec lekcji zatańczyłam z nauczycielem i nagrali nas na video. Potem zatańczyłam z każdym jeden taniec i poszłam do domu. Napiłyśmy się ze znajomą Polką białego wina, które mi dała w podziękowaniu za przygarnięcie jej i obejrzałyśmy parę moich starszych filmów z salsy. We wtorek rano znajoma się wyprowadziła do Leeds i zostawiła mi klucz. Podjechałam znów do pracy na 13:00 i zostawiłam klucz do mieszkania w szufladzie. O 20:00 skończyłam pracę, ale zostałam do 21:00 i poszłam do BSC na "Avengers Assemble". Film mi się nie podobał, choć był w 3D, bo cały czas miałam wrażenie, że gdzieś już to wszystko widziałam. Gdyby nie fakt, że grał w nim Robert Downey Jr. pewnie nie wytrzymałabym do końca. Miałam poczucie, że zmarnowałam 2 i pół godziny mojego życia :) Seans skończył się po 23:30, więc zanim doszłam do domu i poszłam spać było po 1:00.

W środę było Freshers Fayre, więc szefowa poprosiła mnie, żebym przyszła wcześniej do pracy. Zajechałam tam już na 9:00, za to w południe wzięłam sobie aż 2 godziny przerwy. Przeszłam się i popatrzyłam na wszystkie stoiska, a potem poroznosiłam nasze ulotki festiwalu i stowarzyszenia. Dzieliliśmy stolik z Bratfoot Student Cinema (BSC) i stali przy nim na zmianę nasz Sekretarz oraz PRowiec :) Zbierali adresy mailowe od studentów, którzy byli zainteresowani przystąpieniem do naszego stowarzyszenia i do 16:00 udało im się ich zebrać ponad 60! Chociaż pracę skończyłam o 17:00, zostałam znów i zaczęłam spisywać te adresy mailowe, czekając jednocześnie na pokaz filmu "The Hunger Games" (Igrzyska śmierci). Zaczął się o 18:00 i podobał mi się bardziej niż "Avengers", ale też mnie nie powalił. Tym właśnie będzie się różnić nasze stowarzyszenie filmowe od kina studenckiego, że oni pokazują takie "filma", czyli zwykła papkę i komerchę, a my będziemy pokazywać Filmy! Po seansie wróciłam do domu i usiadłam do Internetu, zanim około północy poszłam wreszcie spać.

  
Robert Downey Jr. i "The Avengers" oraz nowa trylogia dla nastolatków - "The Hunger Games".

W czwartek pojechałam do pracy na 10:00 i siedziałam znów w Advice Centre, zanim udało mi się wreszcie wyjść o 16:40 i podjechać do domu, żeby zostawić śliczny zielony plakat IFF 2012, który  włożyłam w antyramę tuż obok zeszłorocznego niebieskiego :) Potem podjechałam do Leeds do mojej pani shrink i odwaliłam kawał ciężkiej roboty. Byłam tak zmęczona, że nie zostałam na salsie, tylko przed 21:00 wsiadłam w pociag do Bratfoot i wróciłam do domu. Przed snem obejrzałam sobie "La haine" (Nienawiść) Kassovitza na DVD, popijając przy tym białe wino :) W piątek wzięłam wolne, żeby odebrać nadgodziny przepracowane w zeszłą sobotę. Wstałam po południu i podjechałam na 16:00 do biblioteki w Leeds, gdzie wypożyczyłam 4 książki i przejrzałam stare numery magazynu o filmie "Sight and Sound". Wróciłam na chwilę do domu, żeby zostawić książki, a potem podjechałam Free Busem na 18:00 na uniwerek na kolejny film 3D puszczany przez BSC - "John Carter" - dość zabawne science-fiction. Potem zostałam w pracy i dokończyłam spisywać tą lista mailową. W domu napiłam się znów białego wina i zamiast jechać do Leeds na Rumba Picante, obejrzałam "Trainspotting" na DVD.

  
Hubert Kounde, Said Taghmaoui i Vincent Cassel w "La haine" oraz bajeczka o Marsie - "John Carter".

W sobotę obudziłam się tuż przed 12, wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i poszłam na 13:00 na Interchange, żeby spotkać się z Hiszpanem z Barcelony, którego poznałam przez Couch Surfing. Wróciliśmy razem do mnie, żeby zostawić jego siatkę pełną książek, bo był wcześniej w bibliotece. Potem podjechaliśmy autobusem do Saltaire i poszliśmy na spacer do parku. Zajrzeliśmy tam do kościoła, do Salts Mill oraz do Victoria Hall. Potem podjechaliśmy do Bingley zobaczyć Three i Five Rise-Locks, a później wróciliśmy do Bratfoor i poszliśmy do Omar's Balti na kormę :) Jak wróciliśmy do mnie, napiliśmy się herbaty i porozmawialismy, a potem odprowadziłam go na pociąg i po 21:00 pojechał do Leeds. Zamiast jechać do Azucar, obejrzałam "Brata" (Brother) Bałabanowa na DVD, a potem jeszcze siłą rozpędu "Brata 2" (Brother 2) na Youtube i zanim poszłam spać dochodziła 4:00 w nocy!
W niedzielę wstałam po południu, zjadłam coś i usiadłam do Internetu. A potem obejrzałam "Amores perros" i "City of God" (Cidade de Deus / Miasto Boga) na DVD i poszłam wcześniej spać.

  
Ewan McGregor jako Renton w "Trainspoting" i Sergei Bodrov Jr. jako "Brat" w filmach Bałabanowa.

  
Gael Garcia Bernal w "Amores perros" i Alexandre Rodrigues w opartym na faktach "City of God".
niedziela, 16 września 2012
Współlokatorka :)

604.

W poniedziałek wstałam wcześniej, bo już o 10:00 rano, żeby trochę posprzatąć, bo przyjeżdżała do mnie Polka, moja była koleżanka z pracy, żeby szukać mieszkania w Leeds. W półtorej godziny udało mi się szybko sprzątnąć mój pokój, kuchnię i łazienkę, a potem wsiadłam we Free Busa i podjechałam na 13:00 do pracy. Ubrałam się elegancko i
wmówiłam wszystkim, że to dlatego, iż cały tydzień siedzę na recepcji Advice Centre. A tak naprawdę, to nie chciałam żeby coś podejrzewali, jakbym przyszła spóźniona i elegancko ubrana tylko w czwartek, bo wtedy miałam interview w National Media Museum, o którym w pracy nikt nie wiedział. Próbowałam skoncentrować się na Pick Up Service, ale nie było to zbyt proste i jak się potem okazało, zrobiłam tego dnia parę błędów. Przyszedł Skarbnik stowarzyszenia z ulotkami, plakatami i rachunkiem za wszystko, więc od razu odebraliśmy pieniądze z działu finansów. Potem przyjechała znajoma i wzięła klucz do mnie do mieszkania. Wyszłam z pracy o 20:00 i poszłam prosto na salsę. Jonathan podzielił się ze mną Snickersem i zatańczyłam znów ze wszystkimi, a potem poszłam do domu. Pogadałam trochę ze znajomą i wreszcie poszłam spać.

We wtorek wstałam o 11:00 i na 13:00 podjechałam do pracy. Znow siedziałam w Advice Centre i dzień mi dość szybko minął. O 20 wyszłam i wróciłam piechotką do domu. Zjadłyśmy ze znajomą ryż z sosem i przed snem usiadłam do Internetu. Przed północą udało mi się wreszcie zarezerwować tygodniowy wyjazd do Turcji z firmą Wezyr Holidays, dla której pracuje Kinga :) Kupiłam też od razu bilet Ryanair a Manchesteru do Warszawy na 23 października i powrót 6 listopada. Oznacza to, że tydzień spędzę w Alanyi (24-31 października), a potem jeszcze tydzień w Warszawie :) W środę wstałam po 8:30 i na 10:00 podjechałam do pracy. Znów siedziałam w Advice Centre i próbowałam nadrobić zaległości w Pick Up Service. Wyszłam z pracy o 17:00, kupiłam różowe wino i ciasto cytrynowe na deser i pojechałam do domu. Znajoma ugotowała obiad, na który około 18:00 przyszła druga była znajoma z pracy, która przeprowadza się wkrótce do Eastbourne! :) Umówiłyśmy się, że ją tam odwiedzimy, ale raczej latem, bo to na połudiu, nad morzem, niedaleko Brighton! :) Posiedziałyśmy do 21:00, pogadałyśmy i wypiłyśmy wino, a potem poszłam do łóżka, ale zanim poszłam spać, usiadłam jeszcze oczywiście do Internetu :)

  
Hotel Gunes Sun Time w Alanyi, w którym mam zarezerwowany pobyt oraz molo w Eastbourne :)

W czwartek wstałam po 10:30 i na 11:00 poszłam do National Media Museum na interview. Uważałam, że poszło mi dobrze, ale nie rewelacyjnie. Rozmowa była z dwoma babkami z Muzeum, więc rzucałam nazwiskami wspólnych znajomych i wiem, że zrobiłam dobre wrażenie, ale mogłabym jeszcze lepiej odpowiadać na ich pytania. Potem piechotką poszłam sobie na 12:00 do pracy, znów na cały dzień do Advice Centre, a po 17:00 przyszedł Sekretarz z paroma osobami i mieliśmy zebranie w sprawie IFSoc do 18:00. Po drodze weszłam do sklepu po Colę i czerwone wino, a potem wróciłam do domu Free Busem na obiad, po którym siedziałyśmy ze znajomą rozmawiając i pijąc calimocho. Przed snem przeczytałam jeszcze maila z NMM, że nie dostałam tej pracy. W piątek o 9:00 rano obudził mnie telefon od babki z NMM, która powiedziała, żeby byłam świetna na interview i że będzie o mnie pamiętać. Szcerze mówiąc na to właśnie liczyłam, bo tej pracy i tak niedałabym rady pogodzić z robotą na uniwerku. Na 10:30 poszłam do Ingeus tłumaczyć znów dla tej Cyganki i już przed 11:30 byłam w pracy. Wyszłam o 16:30 i zrobiłam zakupy w Morrisons, a potem zjadłam ze znajomą obiad i poszłam spać :)

W sobotę o 12:00 obudził mnie budzik, więc wstałam i zebrałam się do wyjścia. Poszłam piechotką na 14:00 do pracy na 4 godziny, za które dostanę podwójną ilość, czyli 8 godzin wolnego. Pracujemy w union jeden weekend na rok, tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego. Przez te 4 godziny miałam straszny kocioł i gdyby nie jeden z kierowców, który mi pomagał, to nie wiem, jak bym dała radę! Udało mi się załatwić wszystko w ramach Pick Up Service, a że się w poniedziałek kończy, to będę miała wreszcie spokój! :) Udało mi się rozwiesić plakaty festiwalu i naszego stowarzyszenia i wydrukować na festiwal karty do głosowania na filmy. Po 18:00 wreszcie wyszłam, ale musiałam wrócić, bo zapomniałam komórki, więc w domu doszłam dopiero po 18:30. Zjadłyśmy ze znajomą obiad, a potem usiadłam oczywiście do Internetu. W końcu przed 1:00 poszłam spać. W niedzielę wstałam po 11:00, zjadłam śniadanie i stwierdziłam, że nie nigdzie nie jadę. Wybierałam się do Saltaire, ale pogoda nie była zachęcająca. Znajoma pojechała z koleżankami do Huddersfield, a ja spędziłam cały dzięń w łóżku! :) Dokończyłam napisy do filmu "Aż na koniec świata", a potem przed snem pogadałam znów ze znajomą.

  
William Hurt w filmie "Aż na koniec świata" Wima Wendersa i plakat mojego festiwalu IFF 2012! :)
niedziela, 09 września 2012
Jedenaście minut!

603.

W poniedziałek wstałam o 9:30 i na 10:30 poszłam do Ingeusa, żeby tłumaczyć dla jakiejś nowej babki, chyba Cyganki, ale mówiącej po polsku. Wyszłam stamtąd po 11:00 i już o 11:45 byłam w pracy. Od znajomego pożyczyłam "Zonę" Dyera, żeby spisać cytat o Kieślowskim do mojego doktoratu. Pod koniec dnia przyszedł kolega, który w zeszlym roku należał do BSC i wyszłam razem z nim po 18:30. Namówiłam go, żeby poszedł ze mną do Weatherspoons, gdzie były już dwie osoby z Couch Surfing. Zjedliśmy coś, a potem po 20:00 poszliśmy na salsę, ale już bez kolegi :) Pojawił się za to Jonathan, który ostatnio nie przychodził, więc trochę potańczyliśmy.
Pożyczył mi też książkę Paulo Coelho "Eleven minutes" (Onze Minutos / Jedenaście minut). Po 23:00 wróciłam do domu i najpierw usiadłam do Internetu, a potem poszłam spać. We wtorek obudziłam się po 8:30 i podjechałam na 10:00 do pracy. Tuż przed zamknięciem recepcji przyszła studentka, która chciała wysłać paczkę DHL, więc wyszłam dopiero o 16:50 i podjechałam do sklepu po bagietkę, a potem wróciłam już pieszo do domu. Usiadłam do komputera, bo miałam sprawdzić, czy DVD "Untill the End of the World", które kupił nasz Skarbnik przez Amazon z Grecji działa. Ale zaczęłam czytać książkę "Eleven minutes" Paulo Coelho i zrobiło się późno, więc poszłam spać.

W środę wstałam znów po 8:30 i podjechałam na 10:00 do pracy. Dostałam maila z National Media Museum, że mnie zapraszają na rozmowe o pracę w przyszły czwartek rano! Niestety, praca jest tylko na pół etatu i w podobnych godzinach, co na uiwerku, więc nie będę mogła jej przyjąć, bo bym się nie utrzymała, ale przynajmniej nareszcie mam interview! Moim marzeniem od przyjazdu tutaj było, żeby pracować dla Muzeum Mediów, więc mimo wszystko się cieszę, że nareszcie mnie dostrzegli! :) A tymczasem w przyszły piątek rano mam znów tłumaczyć w Ingeusie dla tej samej babki, co w poniedziałek, więc spytałam szefową, czy mogę w oba dni przyjść później do pracy, a ona o dziwo się zgodziła i nawet nie pytała dlaczego! :) Brakujące godziny odrobię pracując w sobotę, bo wtedy ilość przepracowanych godzin liczy się podwójnie. W międzyczasie przyszła dziewczyna Sekretarza stowarzyszenia i przegrała na USB poprawione plakaty i ulotki IFF, żeby je zabrać do druku. Z pracy wyszłam o 16:30 i na 16:50 poszłam do lekarza po recepty. Potem wróciłam spacerkiem do domu, bo była ładna pogoda. Zjadłam obiad i zaczęłam oglądać "Untill the End of the World" (Aż na koniec świata) Wima Wendersa. DVD było z Grecji, więc nie było angielskich napisów, a czasem sceny są w innych językach! Będę więc musiała ściągnąć napisy i poprawić je w weekend.

  
William Hurt i Solveig Dommartin w "Aż na koniec świata" oraz okładka książki Coelho "11 minut".

W czwartek wstałam po 8:30 i na 10:00 podjechałam do pracy. Cały dzień próbowałam nadrobić zaległości w odpowiadaniu na maile. Szczególnie na te w sprawie Pick Up Service, bo przyszło bardzo wiele nowych maile z prośbą o podwózkę z lotniska. Sfinalizowałam wreszcie program Mental Health Awarness Week Film Festival i wysłałam go do faceta koordynujacego cały Headival, a on wrzucił go na Facebooka. Wyszłam w końcu o 17:00 z wszystkimi zakupionymi przez nas ostatnio filmami na Headival i IFF, żeby je posprawdzać i żeby nie było żadnych niespodzianek :) Bo IFF jest już za 3 tygodnie, a Headival za 5! Potem podjechałam Free Busem do domu, zjadłam obiad i obejrzałam znów cały film, który miałam tylko sprawdzić (czy działa i czy ma napisy :) czyli "Open Your Eyes" (Abre los ojos / Otwórz oczy) w reżyserii Alejandro Amenabara. Film jest z 1997 roku, a już 4 lata później, bo w 2001 Ceron Crowe zrobił w Stanach jego remake! W dodatku w obu filmach tą samą rolę zagrała Penelope Cruz! To naprawdę ewenement i zupełnie nie rozumiem, po co Amerykanie to robią, skoro oryginał i tak jest zawsze lepszy od podróbki. Lepiej nauczyli by się czytać napisy, albo po prostu dubbingowali dobre filmy, a nie je przerabiali! Zanim poszłam spać znów było po północy.

  
Penelope Cruz z Eduardo Noriega w "Otwórz oczy" i z Tomem Cruisem w remake'u - "Vanilla Sky".

W piątek wstałam znowu po 8:30 i na 10:00 podjechałam do pracy. Szybko wysłałam informację o IFF do Staff Briefing, czyli cotygodniowego biuletynu dla pracowników uniwersytetu, a potem na 11:00 poszłam wziąć udział w obradach jury konkursu Erasmusa. Studenci, którzy wyjechali studiować za granicą składali eseje, zdjęcia i filmy, a my musieliśmy wybrać najlepsze. Na koniec podali kanapki i picie, a potem około 13:00 wróciłam do pracy. Zabrałam się znów za Pick Up Service. Wyszłam o 16:30 i wróciłam do domu piechotką, po drodze wchodząc do sklepu po bagietkę, bo była ładna pogoda. Zamiast obiadu zjadłam czekoladę, a potem się zebrałam i o 19:00 wyszłam z domu. Pojechałam na urodziny Jana i Sue do Baildon Club, gdzie się najadłam (catering był z restauracji Ambrozja), popiłam whiskey z colą, które Sue mi wciąż kupowała i chwilę potańczyłam, bo zespół Eddie Earthquake and the Tremors grał stare przeboje na żywo :) Wróciłam do domu ostatnim autobusem i przed północą poszłam spać. Tego wieczoru była też wielka impreza salsowa - drugie urodziny Calle Ocho, ale zdecydowałam, że pójdę raczej na imprezę Jana i Sue, tak dla odmiany.
Na salsie więcej tańczę niż piję, a tu było odwrotnie, więc nie najlepiej się potem czułam, ale przynajmniej porozmawiałam z paroma osobami, których dawno nie widziałam i zaprosiłam ich na mój festiwal.

W sobotę obudziłam się dość wcześnie rano, bo miałam chyba lekkiego kaca, po tym whiskey, które mi wciąż stawiała Sue :) Usiadłam więc do Internetu, a potem się zdrzemnęłam do południa. Później dokończyłam "Jedenaście minut" Coelho. Każdy powinnien to przeczytać! Potem wzięłam prysznic i poszłam na spacer po sklepach, ale poza jedzeniem nic nie kupiłam. W domu porozmawiałam przez Skype'a z mamą i dowiedziałam się, że moja siostra nareszcie się zaręczyła! :) A potem zabrałam się za napisy do filmu "Aż na koniec świata" i siedziałam nad nimi aż do 2:00. W niedzielę obudziłam się przed południem, zjadłam śniadanie, wzięłam prysznic i około 13:00 poszłam do Bootsa, a potem podjechałam do Saltaire. Tymczasem pogoda się popsuła, nie było słońca i nawet zaczęło padać! Nie poleżałam więc za długo na trawie, która i tak była zimna i wilgotna, tylko wróciłam wkurzona do domu. Cały weekend miał być słoneczny i gdybym wiedziała, że tak będzie, to pojechałabym do Saltaire w sobotę! W domu próbowałam kupić wycieczkę do Turcji przez Internet, ale coś nie działało. Wysłałam więc im maila i mam nadzieję, że wkrotce nareszcie będę miała trochę słońca! Zdrzemnęłam się po obiedzie, a potem zapłaciłam mandat z Oxfordu (drugi mi anulowali! :) i porozmawiałam z rodziną przez Skype'a. A później, zamiast posprzątać, robiłam dalej napisy do filmu "Aż na koniec świata" i w końcu poszłam spać.
niedziela, 02 września 2012
Od weekendu do weekendu

602.

We wtorek wstałam o 10:00 i na 11:30 poszłam do Ingeus, żeby tłumaczyć dla tego Polaka, który szuka pracy. Czuć było od niego wypity poprzedniego dnia alkohol, a i rano chyba coś sobie strzelił, bo całował znów wszystkie panie po rękach. Pół godzinki później byłam już wolna, więc wróciłam do domu po śmieci, wyniosłam je i podjechałam do pracy przed 13:00. Wysłałam promotorom moje wypocone 20 stron! :) Po 18:00 wyszłam i spotkałam się z Sally, z którą poszłyśmy do Lloydsa na coś do jedzenia i na drinka. Posiedziałyśmy prawie do 22:00, a potem wróciłam do domu i odpisałam na parę maili od Couch Surferów. Miałam mieć zajęty cały wrzesień, ale na szczęście chłopak, który miał przyjechać na pierwszy weekend znalazł kogoś w Leeds, 10-ego przyjedzie znajoma Polka z pracy, a potem być może będę gościć Hiszpana, który jest nawet gotów trochę zapłacić, ale ma jeszcze potwierdzić. Na koniec miała przyjechać Angielka, ale do tej pory się nie odezwała, więc chyba zrezygnuje. Spać poszłam po 24:00.

W środę obudziłam się po 8:30 i na 10:00 podjechałam do pracy. Jako pierwsza zapisałam się oficjalnie do naszego stowarzyszenia Inspiring Films Society, które organizuje tegoroczny Inspiring Films Festival (IFF 2012) i zapłaciłam 3 funty składki :) Potem dołączył jeszcze chłopak z BSC, który jest skarbnikiem, a ja jestem prezydentem stowarzyszenia :) Wyszłam z pracy o 17:00 i wróciłam Free Busem do domu. Usiadłam do komputera, a potem zaczęłam oglądać kolejne odcinki drugiego sezonu  "Simpsonów". W czwartek znów wstałam po 8:30 i podjechałam na 10:00 do pracy. Chłopak, który jest sekretarzem oraz odpowiedzialnym za marketing również dołączył do naszego stowarszyszenia! :) Wpadł przed 17:00 do pracy i zaproponował, żebyśmy napisli się wina na szczęście :) Zaproponowałam ten weekend, ale skarbnik akurat nie mógł, więc musielismy to przełożyć na później. Wyszłam z pracy o 17:00 i pojechałam do domu. Na 19:00 miałam iść do Ambrozji, ale położyłam się i nie udało mi się już zwlec, ani na kolację, ani później na salsę do Leeds. Zamiast tego zaczęłam oglądać odcinki trzeciego sezonu "Simpsonów' :)


Po raz ostatni "The Simpsons" w całej krasie - teraz się pewnie znów przerzucę na "South Park" :)

W piątek wstałam po 8:30 i podjechałam znów na 10:00 do pracy. Większość dnia siedziałam na tyłach biura. Pod koniec dnia wpadł Sekretarz, a Skarbnik był w okolicy więc ustaliliśmy wreszcie, co drukujemy i za ile :) Wyszłam o 16:30 i podjechałam do Morrisona po jedzenie, a potem wróciłam do domu i obejrzałam ostatnie odcinki 3-go sezonu "Simpsonów". Więcej niestety nie mam :( Potem się zdrzemnęłam, a do Internetu usiałam dopiero po północy, bo w tym miesiacu już prawie przekroczyłam limit moich 10GB! W sobotę obudziłam się po 3:00 rano, bo sąsiadka hałasowała - chyba sprzątała i trzepała dywany! Potem pospałam do południa, a później wykonałam trzy ważne telefony: do BT, żeby za 2 funty wiecej zwiększyć limit do 40GB; do British Gas, żeby zmieniam Direct Debit z powrotem na 90 funtów,  bo mi pomyłkowo powiększyli do 145 oraz do Yorkshire Water, ale okazało się, że tam wszystko jest w porządku :) Potem zabrałam się za grupę i stroną naszego stowarzyszenia na FB i stworzyłam wydarzenie IFF 2012. W końcu wyszukałam filmy dla IFSoc i wreszcie po 3:00 rano poszłam spać.

W niedzielę o 6:00 znów się obudziłam, bo tym razem sąsiadka miała gościa i obudził mnie ich śmiech! Niby ściany mam teraz grubsze niż wcześniej, ale jej koleżanka miała bardzo piskliwy śmiech. Poszłam  dalej spać, a potem obudziłam się po 12:00, zjadłam śniadanie i porozmawiałam chwilę z mamą. Ale zaraz cała rodzina się zeszła i mieli oglądać zdjęcia brata ze Stanów, więc ustalilyśmy, że porozmawiamy później. Nic mi się nie chciało, ale wstawiłam zmywarka do naczyń i pralkę, a w tym czasie obejrzałam wreszcie "Drzewo życia" Terrece'a Malicka. Myślę, że ten film musiał robić niesamowite wrażenie w kinie. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze zobaczę go w kinie, bo to taki rodzaj filmu, który będzie myślę doceniony dopiero za jakiś czas i być może stanie się nawet kultowy, jak "2001: Odyseja k
osmiczna". Wieczorem znów się zdzwoniłyśmy z mamą i porozmawiałyśmy godzinkę. A potem usiadłam do Interenetu, bo już się nie muszę martwić o żaden limit! :) No i zanim się obejrzałam, już było po północy.


Kadr z filmu "Drzewo życia" z Bradem Pittem, Seanem Pennem i zjawiskową Jessicą Chastain.