Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 30 września 2013
IFF 2013

659.

W sobotę wstałam o 9:30 i o 10:15 wyszłam z domu. Poszłam na uniwerek i weszłam najpierw do Recepcji po pierwszy film tego dnia festiwalu, a potem poszłam do Lecture Theatre. Tam czekał już Nick - chłopak, który kiedyś był prezydentem BSC, a teraz studiuje w Leeds. Pomagał mi przez cały festiwal i nie wiem, co bym bez niego zrobiła. Na pierwszy film, czyli "My Best Fiend" Hernera Werzoga oprócz nas przyszły jeszcze 3 osoby. Wydawało mi się, że nie widziałam tego filmu, ale w trakcie oglądania przypomniałam sobie, że już go jednak oglądałam :) Potem była krótka dyskusja i mieliśmy godzinę przerwy, więc poszliśmy z Nickiem do Union na herbatę. Wróciliśmy na górę przed 14:00 i puściliśmy "Podwójne życie Weroniki" Kieślowskiego dla w sumie 7 osób. Przyszedł między innymi student, który robi magisterkę i dowiedział się o festiwalu od jednego z moich promotorów :) Po filmie odbyła się kolejna dyskusja i widać z niej było, że film się podobał. Później znów mieliśmy około godziny przerwy, więc poszliśmy we trójkę, razem z Nickiem i tym studentem, do Union na coś do picia i do jedzenia.

  
Werner Herzog i Klaus Kinski w "My Best Fiend" oraz Irene Jacon w "Podwójnym życiu Weroniki".

Przed 17:00 wróciliśmy na górę i pokazaliśmy pierwszą Dogmę, czyli "Festen" Vinterberga. Przyszło na nią 5 kolejnych osób, z czego 3 specjalnie z Leeds! Byli to członkowie Meet Up Group, z których dwie babki były też w zeszłym roku na moim festiwalu :) Po filmie porozmawialiśmy trochę i znów była przerwa, więc znowu poszliśmy z Nickiem do Union na herbatę. Wróciliśmy przed 20:00 i pokazaliśmy "Tango" Saury w sumie 13 osobom. Film się podobał i dyskusja była ciekawa. Na przerwę poszliśmy tradycyjnie z Nickiem do Union, a potem z powrotem na górę, żeby puścić ostatni tego dnia film festiwalu, czyli "Delicatessen" Marca Caro i Jean-Pierra Jeuneta. Przyszło na niego aż 17 osób i jak się później okazało, było to tegoroczny rekord festiwalu. Niestety, cześć z nich trafiła na niego chyba przez przypadek i film im się nie podobał. Zaniżyli znacząco jego ocenę, głosując poniżej średniej. W trakcie filmu projektor się przegrzał i wyłączył się na 5 minut! :) Na szczęście wszyscy zostali do końca i wzięli udział w dyskusji, która skończyła się przed północą. Wzięłam aparat fotograficzny ze sobą i poszliśmy z Nickiem kawałek razem, a potem się rozeszliśmy. Zrobiłam parę zdjęć z okna i o 2:00 poszłam spać.

     
Ulrich Thomsen w "Festen", Mia Maestro w "Tangu" oraz Dominique Pinon w "Delicatessen".

W niedzielę obudziłam się o 9:15, bo ktoś trzaskał drzwiami do kuchni. Okazało się, że poprzedniego dnia wprowadziło się 2 nowych lokatorów. Wyszłam z domu po 10:20 i po drodze na uniwerek weszłam do sklepu po coś na obiad. Poszłam znów najpierw do Recepcji, a potem na górę, gdzie czekał już na mnie Nick. Oprócz nas na "Jezusa z Montrealu" Denysa Arcanda przyszedł tylko ten student! :) Obejrzeliśmy film i porozmawialiśmy o nim, a potem mieliśmy przerwę. Poszłam z Nickiem do Union czegoś się napić i przy okazji zjeść obiad :) Wróciliśmy na górę tuż przed 14:00 i pokazaliśmy 11 osobom "Zatoichiego" w reżyserii Kitano. Film bardzo się wszystkim podobał i mieliśmy po nim ciekawą dyskusję. W czasie przerwy porozmawiałam z 3 osobami, które przyjechały znów specjalnie z Leeds. Wkrotce pojawił się też znów ten Włoch, którego poznałam w środę na spotkaniu Internations i który teraz mnie prześladuje :) Ale dzieki niemu mam dwa zdjęcia z otwarcia, bo tylko on cyknął coś komórką! :) Postanowiłam więc być dla niego miła w czasie festiwalu, a potem powiem, że jestem zajęta :)

  
Lothaire Bluteau w "Jezusie z Montrealu" oraz Takeshi Kitano jako niewidomy samuraj "Zatoichi".

Przed
17:00 poszliśmy na górę i obejrzeliśmy w 10 osób "Chunking Express" Wonga Kar Waia. Wprawił wszystkich w melancholijny nastrój, ale podobał im się :) Po dyskucji ludzie z Meet Up Group z Leeds pożegnali się ze mną i odchodząc pochwalili mój wybór filmów. Potem poszłam z Nickiem na ostanią przerwę przed ostatnim filmem festiwalu! Byliśmy oboje dość zmęczeni, ale przed 20:00 dotarliśmy jeszcze raz na górę i pokazaliśmy "Donniego Darko" Kelly'ego 11 osobom. Byłam trochę zawiedziona, bo myślałam, że na ten film przyjdzie więcej osób, ale przynajmniej dyskusja była na poziomie, więc po raz kolejny stwierdziłam, że liczy się jakość, a nie ilość :) Po filmie Nick pomógł mi się spakować i wyszliśmy znów razem, a potem się rozeszliśmy do domów :) W kuchni siedzieli nowi lokatorzy i palili trawkę. Zamieniłam z nimi dwa słowa i obiecali, że nie będę się więcej rozbijać rano w weekendy :) Potem podliczyłam głosy i okazało się, że w tym roku wygrało "Podwójne życie Weroniki"! Byłam pozytywnie zaskoczona i ogólnie zadowolona z festiwalu. Trzy osoby zapisały się do stowarzyszenia, więc mamy już połowę minimalnej liczby członków. Sprawdziłam maile i po 1:00 w nocy poszłam spać.

  
Brigite Lin i Takeshi Kaneshiro w "Chunking Express" oraz Jake Gallagher jako "Donnie Darko".
piątek, 27 września 2013
Point of No Return :)


658.

W poniedziałek wstałam o 8:00 i poszłam na 9:00 do pracy. Szefowa pojechała na 2 tygodnie na urlop, więc był spokój :) Zareklamowałam po raz kolejny wycieczki do Belgii i Paryża, bo jak na razie sprzedaliśmy tylko 2 bilety na tą pierwszą! W czasie lunchu poszłam do biblioteki i zamówiłam dwie książki w ramach Interlibrary Loans. Po 17:00 przyszedł sekretarz mojego stowarzyszenia, bo okazało się, że nie dostaliśmy tyle pieniędzy, na ile liczyliśmy, a zdążyliśmy już częśc z nich wydać! Wyszłam po 17:30 i poszłam do domu. Zjadłam coś i zaczęłam szukać biletu do Chicago na luty. Ale zmęczenie mnie dopadło i położyłam się na pół godzinki. Wstałam o 20:00, uczesałam się i umalowałam, a potem spotkałam się z kolegą z salsy, który podwiózł mnie na lekcję. Zostałam po lekcji na social, a potem inny znajomy odwiózł mnie do domu. Usiadłam do komputera i kupiłam bilet American Airlaines z Manchesteru do Chicago za 443 funty! Czyli bardzo tanio :) Zdecydowałam się w końcu lecieć we wtorek 25 lutego. W końcu po 1:30 poszłam spać. We wtorek wstałam po 8:00 i poszłam na 9:00 do pracy. Na 12:00 poszłam na Pilates i znów się zdrzemnęłam. Kończy mi się membership na siłownii i muszę się poważnie zastanowić co dalej. Bo jak mam spać na zajęciach, to w domu mogę za darmo :) W pracy złożyłam podanie o dofinansowanie mojego festiwalu i mają mi wkrótce dać odpowiedź. W końcu wyszłam o 17:00 i podjechałam do sklepu po jedzenie. Wróciłam do domu po 18:00 i usiadłam do książek. Spać poszłam po północy.

W środę obudziłam się po 6:00 i już nie udało mi się zasnąć, Zamiast tego zaczęłam czytać książkę i robić notatku do pracy doktorskiej. Potem wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. O 12 poszłam na zebranie, w czasie którego szef snuł plany na przyszłość, a ja myślałam o tym, że mnie już tu wtedy nie będzie :) Postanowiłam jednak iść z ludźmi z pracy na ostatnie Christmas Party i wybrałam z menu, co będę tego dnia (za 3 miesiące :) jadła! Wieczorem byłam umówiona na dworcu w Leeds z Alą i miałyśmy iść do Sky Longue na kolejne spotkanie Internations. Ale napisała mi, że źle się czuje i jednak nie pojedzie. O 17:00 wyszłam z pracy i poszłam do domu. Postanowiłam jednak jechać do Leeds sama, ale byłam przekonana, że to spotkanie jest na szczycie najwyższego budynku w Leeds (i w całym Yorkshire), czyli Brighwater Place, zwanego też The Dalek :) Tymczasem okazało się, że jest to na szczycie dużo niższego hotelu Hilton, byłam więc trochę zawiedziona :) Ale mimo to podobało mi się, a widok na Dalek był imponujący! Niestety, przyczepił się do mnie Włoch o imieniu Ulisses. Dałam mu swoją wizytówkę, bo powiedział, że przyjdzie w weekend na mój festiwal, a na niej jest adres mojej strony. Porozmawiałam też z pewnym Hiszpanem, który wcześniej wpadł mi w oko, ale z bliska zobaczyłam, że jest dla mnie za młody! :) Kiedy wychodziłam już z Włochem, który powiedział, że pójdzie ze mną na dworzec, spotkałam znajomą, która powiedziała, że wrzuci informację o moim festiwalu na stronę Meet Up. Wyszliśmy razem i poszliśmy na pociąg. Mój był pierwszy. Po 22:30 byłam w domu i spać poszłam tuż przed północą.

W czwartek wstałam po 8:00 i na 9:00 poszłam do pracy. Posiedziałam do 18:00, a potem spotkałam się z moją studentką na kolejną lekcję polskiego. Poprawiłyśmy jej list, który napisała do rodziny w Polsce. Skończyłyśmy po 19:30 i podwiozła mnie do domu. Przyniosłam ze sobą tubę na plakaty i misia, którego ktoś wygrał na loterii, ale nie odebrał z recepcji :) Przed snem obejrzałam film "Mouse Trap" (Polowanie na mysz) na DVD, który mi pożyczył znajomy z pracy, ale był średnio zabawny. Potem usiadłam do szukania teorii o depresji gentyczno-pokoleniowej. W końcu przed 1:00 poszłam spać! W piątek wstałam po 8:00 i dotarłam do pracy przed 9:00, ale nie otworzyłam recepcji aż do 9:30, bo ustaliśmy z szefem, że o tej porze będziemy otwierać, za to zamykać mamy wcześniej. Do tej pory otwieraliśmy wcześniej, ale dosyć tego dobrego! Rozwiesiałam plakaty mojego festiwalu i zareklamowałam jeszcze raz na stronie obie zagraniczne wycieczki. Trzy kolejne osoby kupiły bilety do Belgii! O 12:50 wyszłam z pracy i pobiegłam na 13:00 do National Media Museum na "Cinerama Holidays". Usiadłam koło mojej byłej uczennicy i w czasie przerwy poszłam z nią na kawę, ale zamiast czegoś do picia, kupiłam sobie zupę, bo to była jednocześnie moja przerwa na lunch. Film był zabawnie staroświecki, ale miło się go ogladało, chociaż trwał ponad 2 godziny. Po filmie znajoma podwiozła mnie do pracy, gdzie wróciłam o 15:45. W międzyczasie sprzedaliśmy parę kolejnych biletów na wycieczkę do Belgii i dobiliśmy do 11 osób! O 16:45 zamknęłam recepcję, bo przez ostanią godzinę było Sajgon!

  

The Dalek, czyli Brighwater Place oraz Nathan Lane i Lee Evans w absurdalnmym "Mouse Hunt".

Do domu dotarłam po 17:00, zjadłam coś, a potem uczesałam się, umalowałam i wróciłam na uniwerek. Wsiadłam we Free Busa, bo miałam dużo czasu, a nie chciało mi się iść. Byłam na miejscu około 18:30 i najpierw poszłam na dół, zobczyć, jak wyglądają przygotowania w Escape Bar. Napoje już stały na stole, więc przyniosłam jeszcze ulotki i plakaty, a potem poszłam do górę do Lecture Theatre i na stole koło wejścia położyłam formularzem, które trzeba wypełnić, żeby zostać członkiem stowarzyszenia oraz ulotki i karty do głosowania. Tuż przed 19:00 przyszedł sekretarz naszego stowarzyszenia i zgodził się siedzieć na górę, żeby kierować zagubionych gości na dół. Minęła 19:00 i nikt nie przyszedł. W końcu pojawił się ten Włoch, którego poznałam w środę! Po jakimś czasie przyszła dziewczyna, która chce się zangażować w nasze stowarzyszenie i we trójkę poszliśmy na dół. Napiliśmy się wina, zjedliśmy chipsy i część paluszków i rozmawialiśmy o filmach. Po 19:30 zawołałam sekretarza, który nadal siedział przy drzwiach, żeby przyszedł na dół i napił się z nami :) O 20:00 wzieliśmy resztkę czerwonego wina i paluszków i poszliśmy na górę. Pod salą czekały na nas jeszcze 4 osoby. Jedną z nich był były członek BSC, więc poprosiłam go, żeby mi pomógł puścić film :) Zrobiłam mętny wstęp, bo byłam już po 3 kieliszkach wina i obejrzeliśmy "In Bruges" (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj :) Po filmie była krótka dyskusja, a potem odprowadziłam Włocha na dworzec i sama wróciłam do domu przed 23. Ale zanim poszłam spać było po północy.

  
Brendan Gleeson i Collin Farrell "In Bruges" oraz "Cinerama Holidays" na szerokokątnym ekranie!

niedziela, 22 września 2013
Dalsze pisanie pracy!

657.

W poniedziałek obudziłam się znów w środku nocy, tym razem o 3:00 i już nie mogłam zasnąć. Jak mi się wreszcie udało, to złapał mnie skurcz ręki, a potem budzik zaczął dzwonić! Wstałam więc o 8:00, wzięłam prysznic i po drodze do pracy na 9:00 weszłam do sklepu po banany i mleko, o które mnie szefowa prosiła. Cały dzień byłam zajęta, ale udało mi się pójść na lunch (zjadłam Jacket Potato z naszej kawiarenki), porozmawiać z sekretarzem mojego stowarzyszenia i pójść na 15:00 na Induction, żeby powiedzieć nowym International Students o naszych wycieczkach. Nikt jeszcze nie kupił biletu ani do Belgii, ani do Paryża, ale zostały jeszcze 2 tygodnie i parę osób o nie pytało, więc nie tracę nadziei :) Wyszłam z pracy tuż przed 17:00, bo musiałam jeszcze po drodze wejść do Richmond Building, a potem wróciłam do domu i zdrzemnęłam się 2 godzinki. O 19:30 zadzwonił budzik, ale stwierdziłam, że nie jestem w stanie iść na salsę. Wstałam jednak z łóżka, bo nie chciałam się znów obudzić w środku nocy, więc postanowiłam przetrzymać trochę dłużej i usiadłam do Internetu. Poszłam spać dopiero o 1:00! Jednak o 4:30 obudził mnie alarm przecipożarowy! Założyłam spodnie i kurtkę, ale jak wyszłam na schody, alarm ucichł, bo był fałszywy, więc wróciłam do siebie i po jakimś czasie znowu zasnęłam.

We wtorem wstałam po 8:00 i na 9:00 poszłam do pracy. Na 12:00 poszłam na Pilates, a potem na lunch (tym razem zjadłam zupę z naszej kawiarnii). Zostałam dłużej w pracy, bo o 17:30 byłam umówiona z moją uczennicą na kolejna lekcję polskiego. Siedziałyśmy do 19:00, a potem poszłyśmy na dół do recepcji, gdzie sekretarz mojego stowarzyszenia
dostarczył plakaty i ulotki, żeby wzięła parę i dała swoim znajomym. Po drodze do domu weszłam do sklepu po coś do jedzenia, zjadłam i po 21:00 poszłam spać. Niestety, obudziłam się po 2 godzinach, przed północą i usiadłam do komputera. Wróciłam do łóżka po 1:00. W środę wstałam przed 8:00 i przed 9:00 byłam w pracy. Cały dzień trwało Freshers Fayre, więc mieliśmy urwanie głowy i było strasznie głośno. Udało mi się wyrwać na lunch i kupić zupę oraz coś do picia w kawiarnii za darmowy kupon. Zostałam do 18:00, a potem poszłam prosto na "I'm So Excited!" (Los amantes pasajeros) Almodóvara. Film był zabawny, ale nie powalający :) Skończył się przed 20:00 i poszłam do Recepcji, bo zapomniałam formularza, który musiałam wypełnić przed spotkaniem nazajutrz z moim promotorem, a potem do domu. Zjadłam coś i o 21:00 poszłam spać. Obudziłam się jednak o 1:00 i do 2:00 siedziałam przy komputerze, a potem poszłam dalej spać.


Bohaterowie filmu "Los amantes pasajeros" i Pedro Almodovar na pokładzie szalonego samolotu  :)

W czwartek rano obudził mnie telefon z pracy! Koleżanka powiedziała, że jest 9:30 i spytała, czy przychodzę, więc odpowiedziałam, że będę w ciagu godziny. Dotarłam tam po 45 minutach i znów był Sajgon, bo od 13:00 do 17:00 była powtórka z Freshers Fayre. O 13:30 poszłam się spotkać z moim promotorem, a potem za kolejny kupon kupiłam sobie zupę w Chesham building i coś do picia. Zupa była za gorąca, więc wzięłam ją ze sobą i zjadłam później. A potem wzięłam jeszcze jeden kupon i nakupowałam sobie batoników owocowych :) W końcu o 17:00 wyszłam i poszłam do domu, po drodze wchodząc do sklepu i kupując hummus. Zjadłam coś i na 18:00 poszłam na dworzec. Wsiadłam w pociag do Leeds i pojechałam do biblioteki uniwersyteckiej po 4 książki, a potem wróciłam autokarem do domu. Miałam zostać na salsę, jak już byłam w Leeds, ale byłam zbyt zmęczona, więc wróciłam do domu, ale spać poszłam dopiero po 3:00 w nocy, bo oglądałam klipy Russella Branda na Youtubie.

W piątek wstałam po 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 10:00 do pracy. W czasie lunchu dowiedziałam się w bibliotece, jak załatwić dwie brakujące mi książki w ramach Interlibrary Loans. Szefowa jechała do Morrisona, więc kupiła mi parę rzeczy i jak wyszłam o 17:00, to dokupiłam tylko parę brakujących w Sainsbury i nie musiałam już jechać do sklepu. Zamiast tego poszłam po 18:00 do łóżka się zdrzemnąć :)
Budzik obudził mnie o 21:00, wstałam, ubrałam się, umalowałam i uczesałam, chociaż najchętniej zostałabym w łóżku. Nie chciało mi się nigdzie jechać, ale o 22:00 byłam gotowa i zjechałam na dół spotkać się z Kasią. Zostawiłam ją i poszłam szukać bankomatu, bo nie miałam w ogóle gotówki. Wróciłam i czekałyśmy na znajomą z salsy, która przyjechała po nas po 22:30. Na Rumba Picante dotarłyśmy po 23:00. Ala już tam była, ale nie było za dużo ludzi. Mimo to się wytańczyłam i dobrze się bawiłam. Po 2:00 znajoma odwiozła mnie do domu, gdzie dotarłam o 3:00. Spać poszłam o 3:30.

W sobotę budzik zadzwonił o 11:00, ale wstałam dopiero po 14:00. Zjadłam coś i porozmawiałam z Ismailem, który zadzwonił, żeby spytać, czy idę wieczorem na imprezę salsową Latin Vibe w Leeds. Odpowiedziałam mu, że nie. Potem usiadłam do komputera i zaczęłam dłubać znów w mojej pracy doktorskiej. Wysłałam wreszcie maila do Vincenta Amiela, który pisał o Kieślowskim i napisałam też po raz ostatni do Krzysztofa Piesiewicza. Tym razem znów odpisał, choć jak wysłałam tego  maila, to w Polsce była 3 w nocy! Tak dobrze mi się pisało, że dopiero po 9:00 rano poszłam spać! Dobiłam do 85 stron i do prawie 30 000 znaków! :) W niedzielę budzik znów mnie obudził o 11:00, ale wstałam dopiero przed 15:00. Usiadłam do komputera i sprawdziłam ceny biletów do Chicago. W dwie strony jest taniej niż w jedną i z Anglii jest drożej niż z Polski. Zaczęłam więc kombinować, ale dopóki nie wiem, kiedy skończę studia, trudno mi coś zdecydować. Potem dalej pisałam i poszłam spać dopiero po 2:00.

  
Russell Brand oraz Connan O'Brien, których wspólne (i osobne) klipy oglądam ostatnio na Youtubie.
niedziela, 15 września 2013
I znowu Chicago

656.


We wtorek wstałam o 8:30, bo po 10:00 miałam pociąg do Chicago, a postanowiłam jeszcze ostatni raz pojechać do biblioteki. W centrum przesiadłam się w kolejkę i po 12:00 byłam już w bibliotece. Usiadłam najpierw do Internetu, a potem do książek. Około 14:00 zjadłam kanapki i około 16:00 wyszłam coś zjeść. Zdecydowałam się na pizzę ze szpinakiem z Medici na 57th Street, którą zjadłam na dworzu. Potem wróciłam znów do biblioteki i siedziałam tam aż do 20:00. Ciocia i wujek znow mnie odebrali i zawieźli do domu, gdzie zjedliśmy jeszcze obiado-kolację i po północy poszłam spać. W środę obudziłam się o 10:00, wzięłam prysznic i zabrałam się za pakowanie. Ciocia z wujkiem wrócili o 11:00 po operacji, którą ciocia miała teraz na drugie oko, a ja z telefonem i kocykiem poszłam jeszcze do ogródka. Spociłam się, bo upał był straszny, ale przynajmniej zobaczylam jeszcze trochę słońca! Około 12:30 wujek przywiózł małego i zjedliśmy razem obiad, a potem po 13:30 pojechaliśmy we czworkę na lotnisko. Nadałam bagaż i po 15:00 pożegnałam się z nimi i weszłam do środka. Zamieniłam się z panem, który miał miejsce przy przejściu, ale nie miał nic przeciwko temu, żeby siedzieć przy oknie i o 16:00 wystartowaliśmy. Najpierw dokończyłam ogladanie "Hobbita", a potem obejrzałam jeszcze "The Great Gatsby" i "Les Miserables".


Czarodziej Gandalf, hobbit Bilbo Baggins i 13 krasnoludów, wśrod nich książę Thorin Dębowa Tęcza.

  
Carey Mulligan, Leonardo DiCaprio i Tobey Maguire w "The Great Gatsby" oraz "Les Miserables",
czyli śpiewający Russell Crowe, Hugh Jackman, Anne Hathway, Eddie Redmayne i Amanda Seyfried.

W czwartek wylądowaliśmy w Amsterdamie po 6:00 rano i potem siedziałam jeszcze przy oknie w czasie krótkiego lotu do Leeds/Bratfoot, gdzie dolecieliśmy po 8:00. Wyciągnęłam część pieniędzy na czynsz z bankomatu i o
9:10 wsiadłam w autobus na Interchange, a potem we Free Busa i byłam w domu po 10:00. Najpierw usiadłam do Internetu, a potem po 12:00 poszłam spać na 3 godzinki. Po 15:30 zadzwonił budzik, wzięłam prysznic, który w czasie mojej nieobecności naprawiono, i na 17:00 pojechałam na półgodzinny masaż. Po drodze do domu zrobiłam zakupy i rzuciłam zdjęcia z pogrzebu na Fotki. Potem do 3:00 w nocy siedziałam w sieci. W piątek tuż przed 13:00 obudził mnie telefonem od Sekretarza mojego stowarzyszenia. Zadzwoniłam do Health Centre, żeby się upewnić, że mogę już odebrać moją receptę i po 16:30 poszłam po nią, a potem do Bootsa, żeby ją wykupić i do Morrisona. Zawiozłam zakupy do domu i po 18:00 podjechałam Free Busem do restauracji Cyrus. Czekały już tam na mnie Ala i Kasia. Zjadłyśmy dobry obiad, a potem poszłyśmy jeszcze pogadać doWeatherspoon, skąd nas wyrzucili o 1:30 :) Wróciłam do domu, ale zanim poszłam spać, znów dochodziła 3:00!

W sobotę budzik zadzwonił o 11:00 i o 12:00. Chciałam wstać wcześniej i wejść do banku, ale zamiast tego zadzwoniła i anulowałam mój ostatni Direct Debit za Internet i telefon. W końcu o 13:00 wzięłam  prysznic i dostałam telefon z pracy, że miałam być o 13:00, a nie o 14:00! Podjechałam więc trochę wcześniej Free Busem i byłam na miejscu o 13:50. Wysłałam wszystkim zaproszenia na otwarcie mojego festiwalu w piątek 27 września i
wyciagnęłam resztę pieniędzy na mieszkanie. Mój nowy landlord miał po nie przyjść, ale zapomniał, więc umówiliśmy się na poniedziałek. O 18:00 wyszłam i poszłam do domu. Zjadłam coś i o 17:30 poszłam do St. Georges Hall kupić bilet na Messiah Complex w ramach międzynarodowego tournee Russella Branda. Po mnie zostały już tylko 2 bilety, choć jego występ jest dopiero w grudniu! Wróciłam do domu i usiadłam do Internetu, ale sen mnie zmorzył i poszłam spać już o 21:30. Niestety, obudziłam się po północy i potem nie nie spałam znów do 4:00! W końcu zasnęłam i budzik obudził mnie o 11:00, ale wstałam dopiero po 14:00. Zadzwoniłam do domu i porozmawiałam chwilę z mamą, a potem zabrałam się za czytanie kolejnej książki przydatnej do mojej pracy doktorskiej. Potem o 19:30 poszłam się zdrzemnąć pół godzinki i wróciłam do komputera. Spać poszłam po 23:30.

 
Restauracja śródziemnomorska Cyrus oraz "Messiah Complex" - światowe tournee Russella Branda.
Pensylwania

655.


We wtorek wstałam rano, bo ciocia powiedziała, że do Pensylwanii pojedziemy prawdopodobnie w czwartek, więc postanowiłam pójść do biblioteki uniwersyteckiej. Wzięłam prysznic, zjadłam śniadanie i ciocia mnie podwiozła na dworzec. Po 10:00 wsiadłam w pociąg do Chicago, tam się przesiadłam i podjechałam do biblioteki. Do 16:00 siedziałam nad książkami
z laptopem, a potem poszłam do stołówki, ale się okazało, że latem jest zamknięta! Wróciłam więc do biblioteki i zjadłam zupkę z termosu, którą ciocia mi dała na wszelki wypadek. Posiedziałam do 19:00, ale nie chciałam już zaczynać kolejnej książki, więc wyszłam i podjechałam kolejką do centrum. Tam przeszłam się pozostałą częścią Randolph Street do dworca i wsiadłam w pociąg, który ruszył o 20:40. O 21:20 byłam na miejscu i ciocia z wujkiem odebrali mnie z dworca. W domu zjedliśmy wspólnie obiad i przegrałam cioci wybrane zdjęcia mojego zmarłego kuzyna, które chciała dorzucić do pokazu slajdów. Dała mi też do przymierzenia jakieś czarne ubrania na pogrzeb, bo miałam tylko letnie kolorowe ciuchy! W końcu o północy poszłam spać.

W środę ciocia obudziła mnie po 7:00, żebym zdążyła na 8:45 na pociąg do Chicago. Wzięłam prysznic, zjadłam z nimi śniadanie i pojechałyśmy na dworzec. W centrum zrobiłam sobie spacerek i porobiłam zdjęcia, a potem wsiadłam w drugi pociag i pojechałam na kampus. Dotarłam do biblioteki o 11:00 i najpierw usiadłam na Internet sprawdzić maile. Zaakceptowałam końcową wersję ulotek z programem mojego festiwalu i wraz z plakatami sekretarz mojego stowarzyszenia zaniósł je wreszcie do druku. Siedziałam nad książkami do 17:00, a potem poszłam na obiad na inną stołówkę, trochę dalej, bo na kampusie południowym. Byłam nią zawiedziona, bo była zbyt nowoczesna. Potem wróciłam do biblioteki i siedziałam w niej do 20:00. Ciocia z wujkiem po mnie przyjechali i zabrali mnie do domu, bo nie chcieli, żebym tak późno wracała sama pociagami! :) Byliśmy w domu przed 21:00, zjedliśmy obiad i zeskanowałam cioci zdjęcie, o ktore mnie prosiła, a na którym jest ona, moja druga ciocia i jej dwaj synowie, moi kuzyni. Potem zabrałam się za pakowanie na wyjazd i w końcu poszłam wreszcie spać.

  
North State Street, róg Washington Street w Chicago oraz Cathey Dinning Commons na kampusie.

W czwartek wstaliśmy wcześnie rano, ale ciocia musiała jeszcze pojechać do lekarza z tym okiem, na które miała operację, żeby je sprawdzili. Wyjechaliśmy więc z domu dopiero po 10:30, a że jechaliśmy jakieś 14 godzin z postojami, to dojechaliśmy do mojej drugiej cioci, mojej matki chrzestnej, dopiero o 2:00 w nocy! Po drodze zatrzymaliśmy się na kawę i ja wzięłam bardzo oryginalną, ale smaczną herbatę Chocolate Chai Tea. Miałam z tyłu włączony laptop i przepisałam notatki z biblioteki. Jak dojechaliśmy do chrzestnej, to pogadaliśmy trochę, aż w końcu poszliśmy spać. Ja spałam pierwszą noc na kanapie w salonie. W piątek wstaliśmy rano i po śniadaniu obie ciocie z wujkiem pojechali do kwiaciarni wybrać bukiety na pogrzeb, a ja usiadłam do komputera i wrzuciłam zdjęcia z Chicago na Fotki (więcej zdjęć na
http://public.fotki.com/annad9/around-the-world-ar/chicago). A potem wzięłam kocyk i położyłam się w ogródku. Zjedliśmy obiad i na 17:30 pojechaliśmy do domu pogrzebowego na tzw. viewing i różaniec. O 21:00 wróciliśmy do domu i koledzy kuzyna siedzieli w kuchni, a ja z ciocią i wujkiem w salonie. W końcu wszyscy wyszli i przed północą poszłam spać, tym razem na dole w pokoju koło łazienki.

W sobotę obudzili mnie o 7:40, wzięłam prysznic i po 9:00 przyjechała po nas limuzyna. Zawiozła nas do domu pogrzebowego na ostatnie pożegnanie. Na ekranach był pokaz slajdów i nawet załapałam się na jednym zdjęciu. Po ponad godzinie zabrali nas do kościoła na 11:00, gdzie odbyła się msza, a potem zawieźli nas na cmentarz. Tam po krótkim czytaniu księdza kładliśmy kwiatki na trumnie, która stała nadal na katafalku, jak odchodziliśmy. Stamtąd zawieźli nas jeszcze tą limuzyną do domu kuzynki na stypę. Z restauracji Zoup, w której pracował mój zmarły kuzyn, przywieźli jedzenie na 100 osób! Były bardzo dobre zupy, sałtki i kanapki. Prawie cała stypę przegadałam z Beatką, z którą ostatni raz widziałam się w Glasgow w listopadzie 2007 roku! :) Porozmawiałam też z jej bratem, którego nie widziałam 16 lat! Ludzie zaczęli się wykruszać i w końcu wyszliśmy ostatni z ciocią i kolega kuzyna zawiózł nas do domu. Tam przyszło jeszcze parę osób, bo zostało jeszcze dużo jedzenia i siedzieliśmy w salonie. Zanim wyszli i posprzątaliśmy, dochodziła 23:00, a zanim poszłam spać, było po północy.

  
Kawalkada samochodów, która jechała za trumną oraz grób przygotowany na przyjęcie trumny.

W niedzielę wstałam po 9:30 i na 10:30 pojechalismy we czwórkę, z obydwoma ciociami i wujkiem, na mszę. Potem zjedliśmy śniadanie i pojechaliśmy na cmentarz po 13:00. Tam spotkaliśmy się z moim drugim kuzynem, jego dziewczyną i jej córką. Na świeżym grobie leżały kwiaty, więc zrobiłam parę zdjęć, a potem poszliśmy na spacer po pobliskim Neversink Mountain Preserve. Po 17:00 podjechaliśmy do kuzyna na kawę, żeby zobaczyć jego mieszkanie, a potem wróciliśmy do domu. Położyłam się na trochę na kocyku w ogródku, bo było bardzo ładnie i ciepło, a ja wciąż prawie marzłam w pomieszczeniach z klimą! Po 19:00 przyjechał kuzyn z dziewczyną i jej córką na kolację i sąsiadka też wpadła. Po ich wyjściu zabrałam się za przegrywanie zdjęć, piosenek i tekstów
dla obu cioć. Spać poszłam po północy. W poniedziałek wstaliśmy po 8:00, ale zanim wyjechaliśmy, to było południe. Podjechaliśmy jeszcze na cmentarz, a potem ruszyliśmy w drogę. Zatrzymaliśmy się znów po drodze na kawę i herbatę oraz na zupę. Z powrotem w domu byliśmy dopiero o 2:30, ale zanim poszłam spać dochodziła 4:00 w nocy!

  
Grób dzień po pogrzebie pokryty kwiatami oraz Forest Hills Memorial Park obok Neversink Mountain.
Chicago - The Windy City

654.

We wtorek wstałam po 8:30, wzięłam prysznic, odprawiłam się online i poszłam na 10:00 do pracy. Na 12:00 poszłam na Pilates, a potem na lunch. Paul przyszedł się pożegnać i przyniósł moje płyty DVD oraz naleśniki na słodko, które zrobił! :) Po jego wyjściu zabrałam się za dokańczanie informacji o wycieczkach oraz mój festiwal. Po 16:00 przyszedł sekretarz mojego stowarzyszenia i ustaliliśmy plan działania, aż w końcu o 17:00 wyszłam i podjechałam do apteki ze starą receptą. Okazało się, że tego żelu, którego kiedyś używałam nadal nie mają, ale jak powiedziałam, że jutro wylatuję na 2 tygodnie, to aptekarz dał mi numer telefonu do Emergencies i powiedział, że może będą mi w stanie pomóc. Wróciłam więc do domu, po drodze wyjmując pieniądze na taksówkę i zadzwoniłam pod 111. Babka zebrała informacje i powiedziała, że ktoś do mnie oddzwoni. Po godzinie zadzwoniła druga babka i powiedziała, że wkrótce ktoś do mnie oddzwoni. Tymczasem skończyłam przepakowywać walizkę i włożyłam najcięższe rzeczy do plecaka, który ważył około 10 kilogramów, a walizka i tak nadal ważyła ponad 20 kilo! Ponieważ minęły ponad 2 godziny, odkąd mi powiedziano, że ktoś do mnie wkrótce zadzwoni, wykręciłam jeszcze raz 111, bo byłam już zmęczona i chciałam iść spać :) Babka powiedziała, że się tym zajmie. I rzeczywiście, po 22:00 zadzwonili, że mam iść do apteki nocnej na Forster Square. Poszłam tam i dostałam ten żel! Po 24:00 wreszcie byłam gotowa do wyjazdu i położyłam się spać.

W środę wstałam o 3:30, o 4:30 wsiadłam w taksówkę i pojechałam na lotnisko, gdzie dotarłam przed 5:00. Musiałam trochę poczekać, bo lot miałam po 6:00. W Amsterdamie byłam przed 9:00 ich czasu i musiałam czekać prawie 4 godziny na lotnisku Schiphol. Zanim jednak przeszłam z jednego skrszydła do drugiego, to już trochę czasu minęło :) Zdrzemnęłam się więc na ławce, a potem preszłam przez jakąś nową bramkę bezpieczenstwa, w której trzeba stanąc bokiem i podnieść ręcę, a oni skanują cała postać. A w ogóle to sprawdzali mnie dokładnie przed obydwoma lotami, tzn. babki brały mnie na bok i sprawdzały! Czy ja wyglądam jakoś podejrzanie? W Leeds/Bratfoot zapomniałam co prawda zdjąć pasek i bramka zapiszczała, ale w Amsterdamie mnie przecież zeskanowali i nic nie miałam, więc nie rozumiem. No w każdym razie po południu europejskiego czasu wsiadłam w Boeinga 747 i zamiast iść spać zabrałam się za oglądanie filmów.
najpierw obejrzałam super dokument "Searching fo Sugar Man", a potem bardzo dobre "Life of Pi". Na końcu zaczęłam oglądać "Hobbita", ale nie zdążyłam obejrzeć całego, bo już dochodziła 14:00 i lądowaliśmy! Na lotnisko nikogo nie było, więc zadzwoniłam na obie komórki i na domowy, ale nikt nie odebrał. Usiadłam więc i czekałam, aż w końcu zobaczyłam ciocię. W samochodzie czekał wujek z ich wnukiem i zabrali mnie do domu. Na szczęście małego wkrótce zabrał jego ojciec, bo już mi zaczynał działać na nerwy. Zjedliśmy obiad, pogadaliśmy i wreszcie poszłam spać!

  
Sixto Rodriguez - bohater dokumentu "Searching for Sugar Man" oraz zdjęcie z filmu "Life of Pi".

W czwartek wstałam rano i
zjedliśmy z ciocią i wujkiem wspólne śniadanie, a po 11:00 pojechaliśmy do Social Security Office. Wujek pojechał po małego, a my z ciocią siedziałyśmy tam do 14:00. W końcu wszystko załatwiłyśmy i powiedzieli nam, że przyślą mi mój Social Security number w ciągu dwóch tygodni. Pojechaliśmy więc wszyscy do lekarza na sprawdzenie oka, bo ciocia miała poprzedniego dnia operację na kataraktę. Musiałam się w czasie wizyty zająć małym, ale jak wróciliśmy do domu, to położyłam się na kocyku w ogródku, bo było strasznie gorąco, więc miałam od niego trochę spokoju. Wieczorem przyjechała jego matka, moja kuzynka, i jego ojciec na obiad. Jak pojechali, przyszła jakaś znajoma z papierami wynajmu, a potem udało mi się iść wcześniej spać. W piątek wstałam po 9:00, zjedliśmy znów wspólne śniadanie i pojechałam z ciocią do T-Mobile po kartę do komórki za $30. Potem zawieźli mnie do biblioteki uniwersytetu w Chicago. Siedziałam tam do 16:00, a potem wsiadłam w pociąg do centrum i poszłam zobaczyć "Fasolkę", czyli rzeźbę "Cloud Gate" Anisha Kapoora. Tam spotkałam się z Ronem z Couch Surfing i Rosyjanką, która u niego mieszkała. Pojechaliśmy do niego na obiad, ale po drodze złapała nas taka burza, że trochę zmokliśmy w drodze do sklepu po jedzenie :) Po obiedzie pojechaliśmy na tango do Latvian Community Center, gdzie dołączył do nas Alex. Ciocia i wujek przyjechali po mnie po północy i potem rozmawialismy jeszcze w domu prawie do 2:00 w nocy!

  
The Joseph Regenstein Library na kampusie University of Chicago oraz "Cloud Gate", czyli fasolka :)

W sobotę obudziłam się około 9:00, zjedliśmy wspólnie śniadanie i pojechałam z ciocią do Associated Bank. Założyłam tam sobie konto, za które nie muszę płacić, więc byłam bardzio zadowolona, a potem pojechałyśmy do sklepu. Wróciłyśmy o 14:00, a że się doczytałam na stronie firmy Metra, iż o 16:04 mam pociąg do Chicago, to ciocia zrobiła mi obiad, a potem zawiozła mnie na stację. Na szczęście poczekała ze mną, bo pociąg nie przyjechał. Zadzwoniła do wujka, który sprawdził, że w soboty pociąg jest dopiero o 17:04, więc wróciłyśmy do domu i zadzwoniłam do mamy, bo nie zorientowałyśmy się, że w Polsce dochodzi północ! :) Prozmawiałam z mamą, a potem ciocia znów zawiozła mnie na pociąg, który tym razem przyjechał :) Przed 18:00 byłam w Chicago i doszłam do Millenium Park, ale okazało się, że salsa jest w Grant Park, więc musiałam przejść jeszcze kawałek. Spotkałam się tam z Ronem z Couch Surfing, który poznał mnie ze swoimi znajomymi, a potem poszliśmy tańczyć salsę i cha-cha-cha. Zespół grał od 19:30 do 21:30 i w tym czasie zdążyłam się wytańczyć :) Później się pożegnałam i zaczęłam powoli iść do stacji. Dotarłam tam o 22:30, a o 22:40 pociąg ruszył. O 23:20 byłam na miejscu i ciocia z wujkiem czekali na mnie w samochodzie. Pojechaliśmy do domu i obejrzeliśmy w telewizji
końcówkę filmu "Striking Distance" z 1993 roku z Brucem Willisem i Sarah Jessicą Parker, popijając whisky. W końcu przed 1:00 stwierdziłam, że idę spać, ale zanim się położyłam dochodziła 1:30 :)

  
"Cloud Gate", czyli fasolka nocą oraz Bruce Willis i Sarah Jessica Parker w filmie "Striking Distance".

W niedzielę wstałam o 9:00 i wzięłam prysznic. Zjedliśmy wspólne śniadanie i najpierw pojechałam z ciocią na zakupy, a potem zjedliśmy razem obiad i przed 17:00 ciocia zawiozła mnie na pociąg do Chicago. Z dworca podeszłam Randolp Street
spacerkiem, który zajął mi około 40 minut, do restauracji Alhambra, po drodze zahaczając o bankomat. Napiłam się ginu z tonikiem, a potem doszedł Ron z Couch Surfing i razem poszliśmy na 19:00 na lekcję tanga. W czasie lekcji doszedł też jego znajomy Alex i razem z ich znajomymi zostaliśmy do północy na milonga. Trochę potańczyłam i wypiłam dwie sangrie, a potem Alex odwiózł mnie na stację. O 24:20 wsiadłam w pociąg, który ruszył o 24:40 i o 1:20 byłam na miejscu. Ciocia z wujkiem czekali znów na mnie w samochodzie i jak tylko dotarliśmy do domu, poszłam od razu spać! :) W poniedziałek było święto państwowe - Labour Day. Jak się obudziłam rano, wydało mi się, że słyszę płacz. Poszłam dalej spać i wstałam dopiero o 9:00. Wzięłam prysznic, a potem ciocia przyszła, żeby mi powiedzieć, że zmarł mój kuzyn z Pensylwanii! A więc jednak mi się nie zdawało! Pojechałyśmy do sklepu, a potem poszłam z laptopem do ogródka, ale zamiast pisać, zdrzemnęłam się. Poczytałam coś na Internecie, a potem od 17:00 poszłam gotować z ciocią obiad i zrobiłam zupę. W końcu o 19:00 usiedliśmy do obiadu, ale ciocia dostała ataku płaczu. Wujek ją uspokajał, a ja poszłam do siebie na dół i usiadłam do komputera. Zanim poszłam spać było po 22:00.