Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 31 października 2005

105.

Nie cierpie poniedzialku! Po wczorajszym basenie obudzilam sie z kaszlem, ktory caly czas nie daje mi spokoju. Poza tym rano mialam problemy z nastawieniem wody pod prysznicem - byla albo za goraca, albo za zimna i albo mnie parzyla, albo mrozila, tak ze zaczelam krzyczec i przeklinac :))) Potem w pracy caly czas zacinalo mi sie xero. Z ulga poszlam w czasie lunchu na godzinke do domu, zeby odpoczac troche od mojej szefowej. Ale jak wrocilam, to mnie zdenerwowala, bo stwierdzila, ze zastanawia sie jeszcze nad moim urlopem, ktory chcialam wziac na Wielkanoc. W piatek sie zgodzila, a teraz robi problemy! Stwierdzila, ze jade juz do domu na Boze Narodzenie i nie moge brac wolnego na kazde swieta, bo inni, tez chca w tym czasie pojsc na urlop. Problem polega na tym, ze zostalo mi az 7 dni wolnego, a biorac je w okolicach Wielkiejnocy mialabym wolne cale 2 tygodnie. Ale nie, za dobrze by mi bylo. Tlumacze jej, ze moja sytuacja jest troche inna, bo nie oplaca mi sie leciec do domu dwa razy i dwa razy placic za bilet, dlatego chce pojechac raz a dobrze. Niby rozumie, ale cos marudzi. Niech jej bedzie! Jeszcze nic jej nie mowie, ale i tak zostaje tu tylko do czerwca. A potem niech sobie szuka innej naiwnej :)

Po pracy poszlam do college'u skorzystac z internetu, a o 5:30 na zebranie w glownym hallu na temat przyszlosci miasta "The Born of the New City"! Okazalo sie, ze Bratfoot jest od jakiegos czasu reklamowane w calym kraju, nawet w Londynie na taksowkach! :) Chca odnowic stare kino Odeon i zrobic tam centrum handlowo-rozrywkowe. W zwiazku z tym college tez zastanawia sie nad swoja przyszloscia i niezbednymi zmianami. Najpierw byla prezentacja z Power Pointa, a potem dyskusja, a co najwazniejsze poczestunek :))) O dziwo mieli francuskie rogaliki - pycha! :) Ciekawe, jak bedzie wygladalo to miasto za 10, 20 lat? :) Tak sobie mysle, ze kiedys tu przyjade, zeby zobaczyc, jak sie pozmienialo. Zrobie sobie taka "podroz sentymentalna"...

niedziela, 30 października 2005

104.

W piatek udalo mi sie w pracy zlapac "Radiostacje" przez internet! :) Ale moja szefowa w pewnym momencie nie wytrzymala i spytala, co to za radio. Powiedzialam jej, ze zlapalam inna stacje niz do tej pory, a ona stwierdzila, ze tamta byla lepsza! Coz, bardziej popowa... I tak wrocilysmy do RMFu :))) W korytarzu spotkalam jednego ze "starszych panow", czyli wiecznych studentow, ktorzy chodza ze mna na kurs "Kreatywnego pisania". Dal mi swoj adres mailowy i zaproponowal, zebym mu przesylala swoje teksty do sprawdzenia, zanim je wysle naszej prowadzacej. Byc moze skorzystam z tej propozycji, ale bede go pytac tylko o konkretne rzeczy, ktorych nie jestem pewna, zamiast wysylac mu caly tekst! Jest troche zbyt zaborczy. Zaczyna planowac jakies rzeczy za mnie, nie pytajac mnie nawet o zdanie. Bede musiala go ukrocic...

W czasie lunchu weszlam po drodze do domu do pobliskiego sklepu i zrobilam ostatnie zakupy na wieczor. W domu zaczelam kroic skladniki do salatki greckiej i wtedy zdalam sobie sprawe, ze nie kupilam najwazniejszego - sera feta! :) Kupilam go wiec wracajac z pracy (szefowa znow mnie puscila wczesniej do domu :) a oprocz tego zrobilam znow salatke z tunczyka i usmazylam lososia. Gemma dala mi znac, ze beda troche pozniej. Saj przyjechal pierwszy i mimo, ze wystawilam cala baterie butelek, poprosil o szklanke wody. Poprzedniego dnia znow zabalowal i zle sie czul. Ale jak przyszla Gemma napil sie razem z nami. Potem pojechalismy do Calico, naszego "stalego" pubu kolo mojej bylej pracy, na impreze pozegnalana. Zamykaja go, zeby powiekszyc i zmienic wystroj! W powodu zamkniecia wszystkie drinki kosztowaly tylko 1 funta :))) Nie wiem, gdzie bedziemy teraz chodzic w weekendy? :) Ale pewnie sobie poradzimy. W koncu po Calico zawsze szlismy gdzies dalej.. Tym razem dotarlismy do Lloydsa, gdzie spotkalismy Briana (tez z mojej bylej pracy :) z kolega, ktory wkrotce bedzie obchodzil urodziny i ktory z tej okazji jedzie we wtorek do Hiszpanii! :) Ja tez chcialam wyjechac na swoje urodziny, ale szefowa nie dala mi w tym czasie urlopu, bo mamy podobno byc wtedy bardzo zajete... Nigdy nie jestesmy!

Potanczylysmy troche z Gemma w Lloydsie, ale panowie wkrotce stwierdzili, ze przenosimy sie do Walkabout. Troche mnie denerwuje fakt, ze Anglicy nigdy nie moga usiedziec na jednym miejscu i musza wciaz wedrowac z klubu do klubu, ale trudno, musze sie do tego przyzwyczaic. W Walkabout porozmawialam troche z kolega Briana (nie pamietam jego imienia :) i dowiedzialam sie, ze tanczy salse! Potem poszlam z Gemma i Sajem na parkiet. Chwile pozniej podeszla do mnie jakas dziewczyna, ktorej wczesniej na oczy nie widzialam i spytala, czy mam na imie Anna... Okazalo sie, ze to jego kolezanka, ktora powiedziala mi, ze bardzo mu sie spodobalam i ze on nie wie, ze ona mnie o to pyta, ale czy nie zechcialabym sie przejsc z nimi do jakiejs resturacji, do ktorej mieli sie wlasnie cala grupa przenosic. Powiedzialam, ze jestem tu z moimi przyjaciolmi i ze pojde tam, gdzie oni. Za chwile przyszedl ten kolega, zeby sie pozegnac. Wzial ode mnie numer telefonu i powiedzial, ze zadzwoni przed wyjazdem. Coz, ludzie sa tu bardzo bezposredni :) Jak wypija :))) W zeszly weekend w klubie podeszla do mnie jakas dziewczyna, powiedziala, ze swietnie wygladam i spytala, gdzie kupilam to, co mam na sobie! :) A teraz jak tanczylam z Gemma na scenie, jakas dziewczyna stojaca za mna powiedziala mi, ze swietnie tancze :) Nie wiem, co sie z nimi dzieje, ale musze przynzac, ze to dosc mile. Przynajmniej po alkoholu sa szczerzy! :)

Saj poszedl wczesniej do domu, a my z Gemma zostalysmy w Walkabout, ale gdy jakis pan bez pytania nas o zdanie przyniosl nam po drinku, stwierdzilysmy, ze czas zmienic lokal :) Wszedzie ostrzegaja tu, zeby nie przyjmowac drinkow od nieznajomych, bo nigdy nie wiadomo, czego tam wczesniej dosypali :))) Poszlysmy do "Love Apple", gdzie spotkalysmy jednego ze znajomych Saja (Bratfoot to male miasto :) Nie przepadam za nim, bo jak wiekszosc tubylcow jest falszywy. Jak zobaczyl, ze tym razem Saja z nami nie ma, zaczal podrywac Gemme. Przeszlysmy do innej sali, ale poczlapal za nami. Potem przyczepil sie do niej jakis chlopak, ktory podobno byl bardzo mily, ale Gemma miala juz najwyrazniej dosc i powiedziala, ze wychodzimy! Wyszlysmy z klubu, a za nami bieglo dwoch chlopakow, wolajac ja po imieniu! :) Wygladalo to naprawde komicznie :))) Gemma wziela mnie pod reke i zaczelysmy biec :) Znajomy Saja dal za wygrana, ale drugi chlopak nas dogonil i poprosil ja o numer telefonu. Gemma wziela numer od niego i powiedziala, ze wysle mu wiadomosc. Na co on stwierdzil, ze na pewno sie do niego nie odezwie, bo dziewczyny nigdy tego nie robia! :) Powiedzialam mu, zeby uwierzyl w siebie! :)))

Odprowadzil nas pod moj dom (namowilam Gemme, zeby przyszla do mnie i stad zadzwonila po taksowke :) i nie chcial jej puscic. Ale ile mozna stac na dworzu? Weszlam do srodka i powiedzialam, zeby zadzwonila domofonem, jak skoncza :) Poszlam na gore, napilam sie czegos i posprzatalam, ale ile mozna czekac? Wyslalam jej SMSa, ze ide spac. Polozylam sie juz do lozka, kiedy dostalam odpowiedz, ze juz idzie! :) Chlopak wyciagnal w koncu od niej numer telefonu i pozwolil jej odejsc :))) Przyjelam ja w szlafrok, bo troche im to zajelo :))) W kazdym razie powiedziala mu, ze ma chlopaka i ustalili, ze beda przyjaciolmi! :))) Juz to widze! :))) Zanim przyjechala taksowka bylo juz po 2:00. Mimo to rano obudzilam sie dosc wczesnie i poszlam na zakupy. Musialam sobie kupic kurtke z kapturem (bo parasolki zawsze gubie :) jakies kozaki i spodnie. Najpierw poszlam do "zaglebia sklepow" i kupilam kurtke, potem w centrum przymierzylam z 10 par spodni, ale stracilam tylko czas, bo nie zdecydowalam sie na zadne. Kupilam sobie jednak wysokie buty. W koncu kupilam tez jedzenie na caly tydzien :) Na obiad zaprosilam Anete z chlopakiem, bo z poprzedniego dnia zostalo mi tyle jedzenie, iz balam sie, aby sie nie zepsulo :) Aneta dojechala sama, zjadlysmy rybke, napilysmy sie do tego bialego wina i poszlysmy do teatru.

Tym razem wybralysmy sie do Alhambry na "Monologi waginy". Aneta widziala je juz w Polsce, a ja czytalam ksiazke, wiec nie mialysmy wiekszego problemu ze zrozumieniem. Na scenie byly tylko trzy aktorki, ktore wciagaly do gry publicznosc i trzeba przyznac, ze byly naprawde znakomite i potrafilyt sobie poradzic i zapanowac nad rozbawionymi paniami. Na samym koncu w lozy siedziala bowiem grupa pan, ktore najwyrazniej mialy "babski wieczor" lub moze "wieczor panienski" i przed przyjsciem do teatru, a pozniej takze w czasie przerwy, zdazyly sie chyba wzmocnic jakims trunkiem :) W czasie przedstawienia zaczely wiec wykrzykiwac swoje komentarze, niepomne na to, ze byc moze nie wszyscy sa zainteresowani. Nikt im nie zwrocil uwagi, bo to przedstawienie mialo byc interaktywne, ale szczerze mowiac niezbyt mi sie to podobalo. Pamietam, ze jak czytalam ksiazke, wydala mi sie dosc powazna, tymczasem ta sztuka zrobila z niej parodie. A moze bylam po prostu zmeczona? Prawde mowiac po tym winie chcialo mi sie spac :) Po teatrze pozegnalam sie wiec z Aneta i poszlam wczesniej do lozka. Mialysmy sie co prawda z Gemma wybrac na Halloween party, ale bylysmy zbyt zmeczone po piatku :)

Dzis znow wczesnie sie obudzilam. W dodatku w pewnym momencie zdalam sobie sprawe, ze jest o godzine wczesniej, bo w nocy byla zmiana czasu! Slyszalam co prawda, jak mowili o tym w RMF FM, ale jakos do mnie nie dotarlo, ze w Anglii tez zmieniaja czas :))) Zobaczylam jednak, ze na moim laptopie jest zupelnie inna godzina niz na pozostalych zegarkach, bo tam zmienia sie to automatycznie! :) Wyslalam SMSa do Gemmy z pytaniem, czy idzie ze mna na basen. Odpisala, ze bedzie za godzine, czyli kolo poludnia i potwierdzila, ze musze przestawic wszystkie zegarki (na kuchence, mikrofali i w komorce :) Przyjechala samochodem, wiec podjechalysmy do Sport Centre, choc ode mnie to tylko kawalek. Basen miesci sie kolo uniwerku i jako pracownica oraz studentka mam tam znizke, ale do tej pory nigdy nie udalo mi sie tam dotrzec :) Okazalo sie, ze jako studentka place tylko poltora funta, schowalam wiec legitymacje pracownicza i wyjelam studencka (moge wybrac :) Gemma zaplacila ponad dwa funty, ale byla zadowolona, ze poszlysmy razem, bo zawsze to razniej, mimo ze ona dosc dobrze i szybko plywa, a ja poszlam tam raczej, zeby sie zrelaksowac, bo przeciez nie mam w domu wanny! (tylko prysznic :) Polezalam wiec sobie pol godzinny w wodzie, a potem posiedzialysmy jeszcze troche u mnie i porozmawialysmy o naszych planach wyjazdu w czerwcu. Ustalilysmy, ze powtorzymy to znow za tydzien. Gemma wyszla, a ja przyszlam do biblioteki :)

czwartek, 27 października 2005

103.

Nadal nuda :) Nic sie nie dzieje :))) W pracy, jak to w pracy - slucham sobie RMF FM (bo tylko to udalo mi sie zlapac przez internet :) i udaje, ze cos robie, zeby nikt sie nie przyczepil. A jak nikt nie patrzy, otwieram explorera i surfuje po necie :) I czas jakos mija. Dzis minal mi bardzo szybko, bo w polowie dnia mialam zajecia z "Kreatywnego pisania" :) Czytalismy jak zwykle swoje teksty na glos i jak doszlismy do mojego, prowadzaca znow powiedziala, ze naleza mi sie oklaski, bo pisze w obcym jezyku. Jak za kazdym razem bedzie tak robic, to sie chyba zdenerwuje :) Musze jej cos powiedziec, bo to sie robi niepowazne :))) Nie wiem, czy mam to rozumiec jako komplement, czy probe usprawiedliwienia :))) W kazdym razie dzisiaj powiedzialam, ze oklaski naleza sie chlopakowi, ktory moim zdaniem napisal najlepszy tekst z nas wszystkich. Prowadzaca powiedziala, ze nie ma "najlepszy-najgorszy", ale Daniel i tak dostal oklaski :) Naprawde jest niezly - w zeszlym tygodniu napisal jeden z lepszych, jesli nie najlepszy (wiem, nie ma "najlepszy-najgorszy" :) wiersz, a jego dzisiejszy tekst byl powalajacy! Mielismy napisac charakterystyke, a on napisal ja z pozycji przedmiotow, ktore mowia o sobie: gitara, lozko, serce, puszka po napoju... Cos niesamowitego! Ma chlopak talent! Jeszcze o nim uslyszymy! Moze wezme autograf? :)))

środa, 26 października 2005

102.

To musi byc wpis na 102 :) Bedzie krotki i wezlowaty, bo pozno juz i musze wracac do domu :) Dostalam dzis maila od Seana, w ktorym napisal, ze nie wstal w poniedzialek na zajecia (studiuje fotografie w college'u :) chociaz nastawil budzik w komorce, bo rano byl tak nieprzytomny, iz myslal, ze to ktos dzwoni i odebral telefon :) A ze nikt nie odpowiadal, to poszedl dalej spac! :))) Od razu mi sie skojarzylo z kawalem, o tym jak ktos prasowal ubrania i gdy zadzwonil telefon, to "odebral" zelazko! :))) Auuu! :) Poza tym nic sie nie dzieje. W pracy bylo ok. Mielismy znow alarm przeciwpozarowy, ale tym razem nie trwalo to zbyt dlugo. Poszlam w tym czasie na chwile do pobliskiego banku, a jak wrocilam bylo juz po wszystkicm. Nudaaa, jak w  polskim filmie :))) Ale moze jutro po zajeciach bede miala o czym napisac? :)

101.

W piatek wieczorem wypilysmy z Aneta czerwone wino, zagryzajac camembertem i anchois :) A potem poszlysmy do klubu. Tym razem dotarlysmy po raz pierwszy do Livingstone. Co prawda jak przyszlysmy o 22, to bylo jeszcze calkiem pusto, ale DJ na nasz widok tak sie ucieszyl, ze zostalysmy :) Obiecal, ze pusci nam kazda piosenke, jaka tylko zamowimy. Wybralysmy po jednej, ale nie doczekalysmy sie zadnej. Poszlysmy do niego z pytaniem, co z naszym zamowieniem. Powiedzial, ze jednak ich nie ma i zebysmy wybraly cos innego :) Wybralysmy, ale znow sie nie doczekalysmy. Albo mial chlopak skleroze, albo angielski refleks, wiec dalysmy sobie z nim spokoj:) Byc moze pusci je za tydzien, jak nas nie bedzie :))) Tanczylysmy na scenie, tymczasem klub zaczal sie zapelniac i jak zeszlysmy z parkietu, zeby sie czegos napis, to mialysmy problemy z powrotem :) Jakims cudem wytrzymalysmy jednak do zamkniecia, czyli do 2:00. Pod koniec imprezy zaczelo sie robic troche dziwnie, bo wiekszosc klubowiczow byla juz troche podpita. Jeden wyspiewal do mnie cala piosenke, a potem sobie poszedl. Inny okazal swoje zainteresownie klepnieciem. Odwrocilam sie i uderzylam go na oslep, trafiajac w ramie, a potem powiedzialam, ze ma mnie przeprosic. Tak zglupial, ze przeprosil :) To tutaj bardzo czeste zachowanie i na poczatku nie wiedzialam, jak sie zachowac, ale teraz od razu reaguje :) W kazdym razie wyszlysmy z klubu zanim DJ skonczyl grac, bo zdesperowni panowie ruszyli wlasnie na ostatnie polowanie :)

Zanim zasnelysmy bylo po 3:00, ale udalo sie nam zwlec przed 11:00. Po winie nie bylysmy wcale glodne, wiec zamiast sniadania napilysmy sie tylko kawy i herbaty, a potem Aneta poszla, a ja wzielam prysznic i zadzwonilam do domu. Rozmawialam z rodzina przez 2 godziny, az mi wlosy wyschly i wtedy moglam pojechac do sklepu. Zrobilam zakupy na wieczor, ale cykorii oczywiscie nie znalazlam. Zreszta Aneta mowila, ze nigdzie jej tu nie widziala. Jak juz bylam przy kasie i wylozylam wszystko na tasme, dostalam SMSa od Saja, ze zle sie czuja, bo za duzo wczoraj wypili i czy w zwiazku z tym moglibysmy przeniesc wizyte u mnie na kiedy indziej. Umowilismy sie na przyszly piatek, a mi udalo sie oddac 4 kawalki lososia, ktory nie moglby czekac przez tydzien, a sama bym tyle nie zjadla! Dalam wiec znac Anecie, ze mam wolny wieczor i ze moge pojsc z nia do polskiego klubu. Wiedzialam, ze nie jest tam za fajnie, bo czekalam kiedys na autobus z Polski, ktorym przyjechala moja sukienka balowa :) Ale na szczescie znalam barmanke, wiec siedzialam przy barze, rozmawiajac z nia i pijac Zywca. Dlatego zaproponowalam Anecie, ze jej potowarzysze. Przyszlysmy troche wczesniej i klub byl jeszcze zamkniety, wiec poszlysmy do pobliskiego Bombay Store obejrzec hinduskie ubrania. Jak wrocilysmy, klub byl juz otwarty, wiec wzielysmy po piwku (ja Zywca, a Aneta Tyskie), bo trudno przepuscic tak zadka okazje napicia sie polskiego piwa :) Kiedy konczylysmy, przyjechal akurat autobus z chlopakiem Anety na pokladzie :) Podprowadzilam ich kawalek do centrum, a potem skrecilam do biblioteki uniwerrsyteckiej, zeby upewnic sie, ze mam dobry numer do Seana, bo do tej pory nie odpisal mi na SMSa, ktorego mu wyslalam w piatek. Po drodze do domu weszlam jeszcze do wypozyczalni i wzielam "Infernal Affairs" na DVD. Wiele slyszalam o tym flmie, a teraz dowiedzialam sie, ze wchodzi w Polsce do kin, wiec pomyslalam, ze musze go zobaczy pierwsza :) A warto, bo choc powstal w 2002 roku, to jest to ponadczasowa opowiesc o walce dobra ze zlem i relatywizmie tych pojec. Polecam!

W niedziele posprzatalam troche w lazience i polozylam wreszcie nowy dywanik, a na wieszakach rozwiesilam pasujace do niego reczniki. Slicznie to wyglada :) Potem wzielam sie za gotowanie, az przed 17:00 dostalam wiadomosc od Seana, ze czeka w Muzeum Fotografii, Filmu i Telewizji i zastanawia sie, czy dostalam w piatek jego SMSa. Nic do mnie nie doszlo, wiec odpisalam mu tylko, ze bede za 15 minut. Musialam jeszcze oddac film do wypozyczalni, a wiedzialam, ze po kinie moze byc za pozno. Potem pobieglam do muzem, po drodze wyjmujac jeszcze pieniadze z bankomatu :) Spotkalam Seana pod Muzeum, kupilismy bilety i poszlismy na "The Red Shoes" Michaela Powella z 1948 roku (tego samego, ktory w 1960 roku zrobil "The Peeping Tom" - ostatni film w swojej karierze) "The Red Shoes" oparto na basni Andersena o tym samym tytule, ale film opowiadal o balecie Lermontowa. Zagral w nim znany tancerz Leonide Massine oraz Moira Shearer, ktora w "The Peeping Tom" byla jedna z ofiar mordercy. Ciekawie bylo porownac te dwa filmy! Potem poszlismy do mnie, zeby sie czegos napic i porozmawiac. Po tak dlugiej przerwie mialam troche problemow z francuskim, ale jakos sie dogadywalismy :) Kolo polnocy zaproponowalam, zebysmy cos zjedli, bo zaczelo mi juz burczec w brzuchu :) Sean mial szczescie, bo poprzedniego dnia spodziewalam sie przeciez gosci, wiec mialam w lodowce pare dobrych rzeczy, m.in. camemberta i dwie pyszne salatki - z tunczyka i z kurczaka w curry :) Pare razy mowil, ze musi juz isc, bo pozno, ze ma jeszcze cos do zrobienia, ze rano musi wstac na zajecia, a ja do pracy, ale tak sie nam dobrze rozmawialo, ze w koncu wyszedl o 5:30.

Polozylam sie na dwie godziny i poszlam do pracy troche nieprzytomna :) W dodatku poniewaz cala noc rozmawialam po francusku, zaczelam sie mylic i musialam sie bardzo skoncentrowac, zeby przestawic sie na angielski :) A nie bylo to proste, bo po 2 godzinach snu trudno sie skupic :) Bylam tak zmeczona, ze gdy w czasie lunchu poszlam do domu, zmiast jak zwykle cos zjesc, zrobilam sobie polgodzinna drzemke. Niestety, nie czulam sie po niej duzo lepiej i mialam duze problemu ze wstaniem z lozka i z powrotem do pracy, ale jakos sie zwloklam i dowloklam :) Na miejscu okazalo sie, ze od 1:30 mialam byc na kursie komputerowym i ze prowadzacy juz dzwonil z pytaniem, gdzie jestem! Pobieglam wiec na gore, ale niewiele stracilam, bo jeszcze przez pol godziny zdazylam sie wynudzic, zanim dowiedzialam sie czegos nowego o programie Meeting Maker, ktorego i tak juz uzywam :) Jak wrocilam, pomoglam szefowej, ktora chciala dokonczyc to, co robi, bo nastepnego dnia mialo jej nie byc w pracy. Zostalam dluzej, zeby jej pomoc, bo nigdzie mi sie nie spieszylo, a potem poszlam do biblioteki uniwersyteckiej, zeby odpisac na maile i zaplacic przez inetenet za mieszkanie. W koncu wrocilam do domu i juz przed 21:00 poszlam spac. Dzieki temu we wtorek rano nie mialam wiekszego problemu ze wstaniem do pracy. Moja druga szefowa siedziala ze mna w pokoju i sluchalysmy sobie muzyki, najpierw z jej CD, a potem radia RMF FM :) Pokazala mi tez zdjecia zespolu, w ktorym gra jej syn. Od tego poniedzialku przez caly tydzien nagrywaja w studiu Sony i jesli demo spodoba sie szefom wytworni, maja duza szanse na kontrakt! Nazywaja sie Movement i mozna ich posluchac i zobaczyc na stronie http://www.movementhq.tk/ Jak beda slawni, to bede sie mogla pochwalic, ze poznalam osobiscie bassiste! :))) Nastepnym razem musze go poprosic o autograf, tak na wszelki wypadek :))) W Manchesterze, gdzie zwykle graja koncerty, juz sa slawni! :)

Juz przed poludniem zrobilam w pracy wszystko, co moglam zrobic, wiec poszlam wczesniej na lunch. Po poludniu siedzialam w internecie, ale tak, zeby moja szefowa nie widziala :) Kiedy poszla do domu, moglam juz bez ogrodek wydrukowac sobie na pamiatke liste ludzi z moich dwoch kursow, ze zdjeciem przy kazdym nazwisku. Caly dzien byla brzydka pogoda, a w dodatku zrobilo sie bardzo wietrznie, ale musialam w koncu wyjsc na dwor, zeby wrocic do domu! Oczywiscie po drodze zlapal mnie deszcz, ale bylo mi juz wszystko jedno. W domu zjadlam kolacje i od razu poszlam do lozka, ale z laptopem w reku, bo musialam jeszcze napisac charakterystyke na czwartkowe zajecia z "Kreatywnego pisania" :) W pisaniu skutecznie przeszkadzali mi znajomi :) Najpierw zadzwonil Saj i niezle sie ubawil z faktu, ze wlasnie odrabiam lekcje :) Potem zadzwonila Gosia, z ktora mieszkalam kiedys w hotelu Balmoral, a ktora niedawno dostala od panstwa mieszkanie w pobliskiej miejscowosci. Wyprowadzilysmy sie z Balmoralu niemal rownoczesnie, jedna po drugiej. Niedlugo mina dwa miesiace. Przez te telefony pisanie zajelo mi prawie 5 godzin, ale swietnie sie przy tym bawilam i jestem zadowolona z efektu. Zobaczymy, co w czwartek powiedza inni :) W kazdym razie stworzylam jednostronnicowe opowiadanie o parze siedzacej w restauracji. Wymyslilam sobie dwie postacie i staral sie w nie wczuc. Kreatywne pisanie drastycznie rozni sie od dziennikarstwa. Tam wystaczy zebrac fakty i polaczyc je w logiczny tekst, dorzucajac czasem troche wlasnych przemyslen. Tutaj trzeba stworzyc swoj wlasny swiat od podstaw. Niesamowita zabawa :)))

piątek, 21 października 2005

100.

Uhu, setny wpis! Trzeba to uczcic :))) Moze z tej okazji napisze cos pozytywnego? :) A tak sie sklada, ze mam dzis swietny humor i dobre wiesci :) Po pierwsze wczoraj wieczorem spotkalam sie w koncu z Gemma, ktora chciala, zebym udzielila jej rady w pewnej sprawie. Zamiast przyjechac do mnie, dalysmy sie jednak Sajowi wyciagnac do "Deliusa" - specjalnie dla mnie wybrali miejsce niedaleko mojego domu, bo wiedzieli, ze nadal nie najlepiej sie czuje i przyjde tylko po to, zeby sie z nimi zobaczyc i bede pic wylacznie cole :) Gemma zaczela mi opowiadac, ze chce wyjechac, a ja westchnelam, ze tez bym sie stad juz wyrwala. I wtedy okazalo sie, ze chciala mnie zapytac, czy pojade z nia! Mieszkanie ma na nas czekac, praca tez, a jej bedzie razniej i jesli powiem, ze jade, to juz zaczynamy oszczedzac. Nie chce na razie zdradzac dokad sie wybieramy, ale jak nic sie nie zmieni, to w czerwcu (bo do czerwca mam lekcje polskiego) bede pisac tego bloga z innego kontynentu! :)))

W dodatku jestem w niedziele umowiona na randke :) Ide do kina ze znajomym Francuzem. Poznalam go pod koniec czerwca, na pierwszej wycieczce z college'u, po ktorej zaraz wyjechal do domu na wakacje. Ale teraz wlasnie wrocil z Francji i spotkalismy sie w sklepie. Porozmawialismy sobie po francusku, wymienilismy sie adresami, potem spotkalismy sie w bibliotece na internecie i teraz mailem wymienilismy sie numerami. Wybieramy sie na film Michaela Powella "Red Shoes" :) Ma angielskie imie, bo jego matka jest z Bretanii - Sean, i polskie nazwisko, bo jego dziadkowie pochodzili z Polski :) Narzekal, ze nikt nie potrafi poprawnie wymowic jego nazwiska, bo we Francji z "ch" robia "sz", a w Anglii "cz" :) Ale sam tez zle je wymiawia, bo czyta "ch" jako "k", wiec go uswiadomilam, ze to po prostu "h" i co jego nazwisko znaczy :)

Trzecia dobra wiadomosc, to fakt, ze nie wyrzucili mnie z pracy! :))) Co prawda znow nie moglam zasnac, ale tym razem wiedzialam, ze musze wrocic. Jak w koncu zasnelam, to obudzilam sie o 5:00 rano, zrobilam sniadanie i wzielam prysznic. Potem zaczelam przewieszac ubrania w szafie - juz najwyzszy czas, zeby schowac letnie, a powiesic jesienno-zimowe! :) Moja szefowa byla bardzo mila i nie moge dzis na nia narzekac. Jak sie doweidziala, ze nadal zle sie czuje, kazal mi jak najszybciej isc do lekarza. Zadzwonilam do przychodni i okazalo sie, ze ktos zrezygnowal z wizyty o 11:10, wiec znow poszlam zalatwiac swoje sprawy w godzinach pracy :))) Wlasciwie to moglam sie wybrac do lekarza w ciagu zeszlego tygodnia, jak siedzialam w domu, ale okazalo sie, ze i tak nie dostalabym zwolnienia, wiec ciesze sie, ze tak wyszlo :)

Trafilam do tej samej pani doktor, co ostatnio. Powiedziala, ze ten katar to wirusowa sprawa i poradzila inhalacje. Mam sobie kupic jakis olejek, nalac goracej wody do miski, zarzucic recznik na glowe i oddychac! :) I duzo pic! :) I po taka rade musialam isc do lekarza?! :))) Co prawda sama na to nie wpadlam, ale przypomnialo mi sie, jak kiedys w Polsce poszlam do pani doktor ze zlamaniem, a ona kazala mi brac duzo witaminy C i przykladac oklady z rumianku! :))) W kazdym razie musze znow chodzic do pracy, ale w tym tygodniu nie bede miala przynajmniej lekcji polskiego. Poza tym szefowa puscila mnie o 3:00 do domu, bo stwierdziala, ze dosc sie juz dzis napracowalam! :))) Ostatnio zaczyna mi sie podobac ta robota :)))

Musze zaraz pojsc do sklepu i kupic jakis alkohol na wieczor, bo Aneta przychodzi do mnie w odwiedziny. Dzis mamy "zielona noc" :) Jutro przyjezdza z Polski jej chlopak i skonczy sie balowanie :))) Choc znajac Anete, to nie da sobie mowic, co ma robic, a czego nie :))) W kazdym razie umowilysmy sie, ze wpadnie wieczorem na winko, a potem pojdziemy do jednego z pobliskich klubow :) I pewnie zostanie na noc, bo kluby dzialaja tu do 2 rano, a autobusy jezdza tylko do 23 :))) A jutro jestem umowiona z Gemma i Sajem. Przyjda do mnie wieczorem na drinka i cos do jedzenia (chyba zrobie salatke z tunczyka i moze lososia z cykoria (jak ja tu gdzies znajde, bo jeszcze nigdzie nie widzialam :) a potem pojdziemy balowac :)

czwartek, 20 października 2005

99.

We wtorek po lekcji polskiego wrocilam do domu taksowka. Nadal nie jestem zbyt zdrowa i nie mialam juz sily jechac autobusem. Taksowka kosztowala mnie 7 funtow, czyli tyle, ile mi placa za pol godziny lekcji :) Jeszcze 3/4 pozostaja dla mnie, wiec chyba sie oplaca i odtad bede juz co tydzien wracac taksowkami :))) A w srode mialam bardzo fajna lekcje polskiego w college'u. Pani, ktora na zeszlych zajeciach byla podpita, tym razem zachowywala sie przyzwoicie :) Moze ktos jej cos powiedzial, bo najwyrazniej ktos na nia naklablowal :) Nic nie mowilam mojemu szefowi, a tymczasem zadzwonil do mnie w niedziele wieczorem mowiac, ze slyszal o calej sprawie! Powiedzial, ze to sie jeszcze nie przydarzylo zadnemu tutorowi :))) I ze dobrze sie spisalam, ale w przyszlosci mam jej zwrocic uwage. Na szczescie nie musialam i miejmy nadzieje, ze to sie wiecej nie powtorzy i nigdy nie bede musiala :))) Za tydzien nie ma zajec, a za dwa tygodnie wezme sie z nimi ostro do roboty! :) Na razie przerobilismy tylko alfabet i pare podstawowych wyrazen. Ale koniec zabawy - zaczyna sie nauka! :)

Wieczorem pomyslalam, ze moze wreszcie dotre do pracy, ale nie moglam zasnac! Zanim wreszcie zasnelam bylo po 3 rano, wiec nawet nie probowalam rano wstac. Wylaczylam budzik i obudzilam sie w poludnie - akurat na czas, zeby sie zebrac na zajecia z "Kreatywnego pisania". Tym razem czytalismy wiersze. Prowadzaca zle sie czula i zostawila nas samych, ale o dziwo poszlo nam calkiem niezle. Potem porozmawialismy jeszcze ogolnie o poezji i pisaniu. Okazalo sie, ze pare osob pisze ksiazke lub opowiadania. Jedna dziewczyna tanczy. Inna zapisuje co rano swoje sny. Jednym slowem ciekawi ludzie tam przychodza :))) A na nastepny tydzien mamy napisac charakterytyke postaci. Sprobuje to zrobic w weekend.

Jutro musze wrocic do pracy - nie mam wyboru! :) Dzis, jak bylam na zajeciach, prawie wpadlam na jedna z moich szefowych. Ale na szczescie chyba mnie nie widziala :) Bo mogla by sie zdziwic, czemu na zajecia chodze, a do pracy nie :) Ale sami sa sobie winni - wyslali mnie do domu, to poszlam. I wroce dopiero po tygodniu, bo moge :))) Odkad mam kontrakt, moge sobie wreszcie pochorowac :))) Po raz pierwszy odkad tu przyjechalam, moglam sobie poleniuchowac! :) I nawet nie mialam wyrzutow sumienia, ze nic nie robie, bo w pracy tez bym nic nie robila :))) A tak przynajmniej odpoczelam i czulam sie jak na wagarach :))) Ciekawe, jak mnie jutro przywitaja :) Moze juz nie mam pracy, tylko jeszcze o tym nie wiem? :) Mam nadzieje, ze nie bedzie az tak zle! Dzis przychodzi do mnie w odwiedziny Gemma. W zeszly weekend nigdzie z nimi nie poszlam, wiec dostalam potem smsy, ze tesknili i ze Gemma musiala tanczyc z Insanem, a Travolta to on nie jest :))) Milo, ze sie tak o mnie martwia. Dostalam nawet maila z kotkiem na kaloryferze z napisem "Trzymaj sie cieplo" :) Slodkie :)

wtorek, 18 października 2005

98.

W sobote rowniez nie ruszylam sie z domu, a i z lozka nie wychodzilam zbyt czesto :) Zadzwonilam do Polski i przegadalam z rodzina jakies 4 godziny. W koncu zjadlam obiad i obejrzalam po raz kolejny bollywoodzki film “Czasem slonce, czasem deszcz”, ktory przywiozla mi na DVD siostra. Oczywiscie zarowno w piatek, jak i w sobote znajomi probowali mnie wyciagnac z domu, ale choroba byla przekonujaca wymowka. Wlasciwie to jestem zadowolona, ze dopadlo mnie to przeziebienie. Poza katarem i lekkim kaszlem czuje sie dosyc dobrze, a przynajmniej moge sobie bez skrupulow poleniuchowac :))) Kiedy pracowalam dla agencji, jako pracownik czasowy, nie moglam chorowac, bo nie dostalabym wyplaty, ale teraz moge sobie chorowac przez tydzien na “slowo honoru”, a dopiero powyzej tygodnia musze przyniesc zaswiadczenie od lekarza! :)

W niedziele musialam sie wreszcie ruszyc z domu, bo konczyly mi sie zapasy jedzenia w lodowce :) Zrobilam pranie i obiad, po czym wybralam sie na zakupy. Kiedy dojechalam do supermarketu, okazalo sie, ze wlasnie go zamykaja! A ja kupilam bilet dzienny, zeby wrocic z zakupami pod sam dom. Wrocilam zla do domu, ale zeby bilet sie nie zmarnowal namowilam Anete na spacer. Po drodze na przystanek poszlam oddac “Donniego Darko” do wypozyczalnii. Poszlysmy z Anetado parku na hustawki. Potem zaprosila mnie do domu na winko, a ze lekarstwa zdawaly sie nie pomagac, postanowilam zmienic kuracje :) Winko jednak tez nie pomoglo.W poniedzialek rano nadal zle sie czulam, wiec wyslalam szefowej SMSa, ze nie przyjde do pracy, dopoki sie nie wykuruje, co mam nadzieje nastapi do konca tego tygodnia. Najpozniej w piatek i tak bede musiala wrcic do pracy, bo przeciez nie mam zwolnienia i nawet sie nie wybieram do lekarza! :)

Poniedzialek przespalam (co chyba jednak swiadczy o tym, ze jestem chora :) ale we wtorek po poludniu zaczelam sie szykowac do wyjscia na lekcje polskiego. Za dobrze mi za to placa, zebym wolala chorowac niz uczuc :) Szczegolnie, ze dzis i jutro mam ostatnie lekcje przed tygodniowa przerwa w zajeciach (nastepne odbeda sie dopiero w listopadzie :) Poza tym w college’u nikt mi nie powiedzial, ze mam nie przychodzic i nie zarazac! Do pracy tez bym wlasciwie mogla juz wrocic, ale postanowilam, ze nie bede sie wiecej poswiecac, skoro nikt tego nie docenia. Jutro tez sie jeszcze tam nie wybieram. A w czwartek rano zobacze, jak sie bede czula i wtedy zdecyduje. Ale domyslam sie, ze w praktyce wroce dopiero w piatek, jak juz nie bede miala wyboru! :)))

97.

Szefowa od poniedzialku miala do mnie pretensje, ze przychodze do pracy i rozsiewam zarazki. Co za czlowiek - nie dosc, ze sie poswiecam i przychodze do roboty, bo nie chce jej zostawiac samej, a Catherine choruje juz trzeci tydzien, to ona jeszcze narzeka! :))) W czwartek stwierdzila, ze pewnie przyszlam tylko z powodu kursu. Odpowiedzialam jej, ze skoro i tak wychodze z domu, to rownie dobrze moge przyjsc do pracy. Ale widze, ze byloby duzo lepiej, gdybym przyszla po protu na kurs “Kreatywnego pisania”, a jej w ogole nie pokazywala sie na oczy! W dodatku moglabym wtedy pojsc tez rano na zajecia z “Kina Europejskiego”, na ktore przez nia przestalam chodzic, bo powiedziala, ze moge chodzic tylko na jedne i musialam wybrac. Ale teraz znow cos marudzi i boje sie, ze z tymi zajeciami tez mi bedzie robila problemy. Wczesniej zgodzila sie, zeby mnie nie bylo przez godzine, a teraz sie jej nie podoba, ze znikam na pol! Zajecia trwaja poltorej godziny, wiec poswiecam na nie godzine swojego lunchu i nie bede miala nawet kiedy zjesc! Tym razem mi sie udalo, bo bylismy wszyscy zaproszeni na lunch sponsorowany przez uniwersytet w przerwie wykladow :) I cale szczescie, bo przeciez przyszlam do pracy bez sniadania i w koncu bym im tam padla z glodu! :) A tak przynajmniej cos zjadlam zanim poszlam na kurs :)

Zajecia z “Procesu pisania”prowadzi bardzo fajna babka. Tydzien temu dostalam od niej odbite na ksero teksty pozostalych kursowiczow. Wiekszosc z nich to mlodziez, ale oprocz mnie jest jeszcze dwoch studentow “zewnetrznych”, czyli dojrzalych juz panow, ktorzy tak jak ja postanowili po prostu wrocic na studia :) W zeszlym tygodniu wszyscy pisali teksty autobiograficzne i czesc z nich byla moim zdaniem na dosc niskim poziomie. Nie mialam wiec wiekszych problemow z przeslaniem swojego tekstu, pisanego z perspektywy zolnierza, ktory tym razem dostalam do reki, wraz z odbitymi na ksero tekstami pozostalych. Kazdy czytal swoj tekst na glos, a reszta wypowiadala sie  na jego temat. Moj byl czwarty z kolei. Zanim do niego doszlismy, okazalo sie, ze inni nie pisali o zolnierzach, wiec myslalam, ze to jakas pomylka. Ale okazalo sie, ze na poprzednich zajeciach wymyslali sobie swojego bohatera i mieli przedstawic poczatek jakiejs historii jego oczami.

Pierwsze opowiadanie rozgrywalo sie w szpitalu i bylo pisane przez narratora wszechwiedzacego, a nie bohatera w pierwszej osobie, jak to bylo w moim przypadku, choc to wlasnie mielismy cwiczyc na tych zajeciach. Ale opowiadanie byla naprawde bardzo dobre i swietnie napisane, wiec zaczelam sie powoli zastanawiac, co ja tam wlasciwie robie. :) Pozostale teksty tez byly calkiem dobre i w przeciwienstwie do mojego, nie uzywaly najprostszych slow, tylko byly nafaszerowane wysublimowanymi zdaniami, chwilami tylko zachaczajac o grafomianie :) Ogolnie musze wiec przyznac, ze tym razem poziom tekstow byl naprawde wysoki. Zanim doszlismy do mojego, wysluchalismy jeszcze spowiedzi kierowcy autobusu, ktory spowodowal wypadek i zwierzenia syna, ktory odwiedza chora na Alzheimera matke. A potem prowadzaca zajecia poprzedzila moj monolog oklaskami, bo jak stwierdzila, nie latwo jest pisac w obcym jezyku. Mnie to mowi! :) W kazdym razie rozumiem, ze mialo to tlumaczyc poziom mojego tekstu :))) Okazalo sie jednak, ze zrobilam tylko piec bledow, a tekst im sie podobal, wiec obeszli sie ze mna delikatnie. Jeden z dojrzalszych studentow (ktory wczesniej bezskutecznie probowal zgadnac po moim akcencie, skad jestem :) stwierdzil nawet, ze brzmialo to jak monolog z z filmow Bogarta. Traktuje to jako komplement :)

Na koniec dostalismy do przecztania w domu fragment tekstu o poezji i na przyszle zajecia mamy napisac wiersz. Albo rymowane epitafium. Podoba mi sie ten kurs! :) Szefowa nie jest tym faktem zachwycona, ale mam nadzieje, ze nie bedzie mi robic zadnych problemow. Jak wrocilam do pracy, powiedziala ze mam dokonczyc to, co robie i isc do domu. Wyszlam okolo 3:00, ale zamiast do domu poszlam do pracownii Michaela, zeby wziaz tekst, ktory mam przeczytac na nastepne zajecia z “Kina Europejskiego” i ewentualnie wypozyczyc “Meza fryzjerki” Patrice’a Leconte. Okazalo sie, ze film jest tylko na wideo, wiec od razu zostalam i go obejrzalam. Widzialam go juz kiedys, ale to bylo dawno, wiec pomyslalam, ze lepiej go sobie przypomne. Skonczylam ogladanie po 5:00 i po drodze do domu weszlam jeszcze do sklepu, zeby kupic miod i mleko. Przed 6:00 bylam umowiona ze znajoma z bylej pracy, ktora pracuje w centrum, ze ja odwiedze i przyniose jej Wisniowke :)

Tymczasem w sklepie spotkalam znajomego Francuza, ktorego nie widzialam od paru miesiecy, bo na cale wakacje pojechal do domu. Teraz wrocil do Bratfoot na drugi rok Fotografii w college’u. Porozmawialismy troche po francusku, ale powiedzialam mu, ze musze biec, bo mam sie jeszcze spotkac ze znajoma. Kiedy stalam w kolejce do kasy, zadzwonila z pytaniem, gdzie jestem. Zapewnilam ja, ze przed 6:00 sie pojawie. Ale wychodzac ze sklepu spotkalam znajoma Polke, z ktora zamienilam dwa slowa, potem nauczycielke z college’u, ktora jezdzila z nami na wycieczki, a na koniec Piotra z Balmoralu, ktorego tez juz dlugi czas nie widzialam. Chcial kupic jakis zeszyt, bo wybieral sie do biblioteki i nie mial na czym zrobic notatek, wiec zaproponowalam, zeby wpadl do mnie, to dam mu notes, bo w okolicy nie znajdzie zadnego sklepu papierniczego.

Piotr w Polsce studiowal filozofie i teraz mysli o tym, zeby zapisac sie na jakis kurs na uniwerku. Obiecalam mu, ze dowiem sie jakie sa ceny. Dalam mu notes i przeprosilam, ze nie zaproponuje nawet herbaty, ale musze leciec! Ustalilismy, ze na kawe zajrzy  kiedy indziej i wyszlismy. Do Human Resources wpadlam tuz po 6:00 i pojechalam winda na gore. Kiedy wysiadalam z windy, spotkalam moja znajoma, ktora wlasnie wsiadala do drugiej windy, zeby zjechac na dol. Zjechalysmy wiec razem i pogadalysmu troche na dole, zanim dalam jej Wisniowke, a ona mi za nia pare funtow. Po drodze weszlam jeszcze do biblioteki, zeby sprawdzic poczte i do wypozyczalnii, zeby wziac jakis film, zanim pojde na dobre chorowac :) Wypozyczylam “Donniego Darko” - niesamowity film, ktory widzialam juz jakis czas temu, ale ktory chcialam zobaczyc ponownie.

Wieczorem napisalam zabawne epitafium i wiersz na przyszle zajecia, a potem wzielam lekarstwa i poszlam wczesniej spac. W piatek obudzilam sie ok. 8:30 - najwyrazniej moj organizm na ta godzine nastawil swoj zegar biologiczny :) Caly dzien przelezalam w lozku. Obejrzalam film, ktory jest wspolczesna wersja “Ostatniego kuszenia Chrystusa” - Donnie Darko zostal wybrany do tego, zeby uratowac swiat, ale zanim wreszcie przyjmie na siebie te role, probuje zyc normalnie i byc szczesliwym nastolatkiem. Oczywiscie nie jest to proste, szczegolnie jesli tak jak Donnie, ma sie przewidzenia, w ktorych wielki krolik Frank mowi mu, co ma robic. Pozniej obejrzalam film jeszcze raz z komentarzem obsady z offu. Producentka i odtworczynia jednej z rol byla Drew Barrymore. W filmie wystapil tez m.in. Patrick Swayze, ktory podobnie jak reszta aktorow, zgodzil sie zagrac w nim za darmo! Dzieki nim powstal wspanialy, kultowy film i chyba nikt z nich tego nie zaluje :)

96.

Srodowa lekcja polskiego byla wyjatkowa. Jedna z pan przyszla lekko wstawiona i przez caly czas sie podsmiewala, komentowala i opozniala cala lekcje! :) Az sama sie sobie dziwie, ze bylam taka wyrozumiala :) Jej syn probowal ja hamowac, ale nie za bardzo mu to wychodzilo. Poprosilam wszystkich, zeby uzywajac pytan i odpowiedzi, ktore przerobilismy, ulozyli krotki dialog po polsku - rozmowe przez telefon. Jako pierwsza o przeczytanie swojego dialogu poprosilam rozbawiona pania, ale okazalo sie, ze nic nie napisala i ze o niczym nie wie! Jak powtorzylam, co ma zrobic, stwierdzila, ze to glupi pomysl. Spytalam pozostalych, czy wedlug nich to tez glupi pomysl, ale oczywiscie staneli po mojej stronie. Wytlumaczylam jej, ze to po prostu cwiczenie, ktore ma jej pomoc w nauce. Synowi bylo chyba troche za nia wstyd. Wspolczuje chlopakowi, ale moze przynajmniej powie jej w domu, zeby nastepnym razem przyszla trzezwa (mam nadzieje :)

Wracajac z lekcji weszlam do pobliskiej wypozyczalni DVD, ale okazalo sie, ze aby sie zapisac oprocz jakiegos dowodu tozsamosci, musze miec przy sobie list z adresem, ktory bedzie dowodem na to, ze tam mieszkam. Taka jest brytyjska logika (ktora przeniosla sie tez do Stanow :) ze jesli pokaze list ze swoim nazwiskiem i jakims adresem, to jest to dowod na to, ze wlasnie pod tym adresem mieszkam, bo inaczej nie odebralambym tego listu. Oczywiscie jest to zupelna paranoja, poniewaz ostatnio musialam jechac do hotelu Balmoral, zeby odebrac 7 listow do mnie, a nie mieszkam tam juz prawie od dwoch miesiecy! W jednej z kopert bylo zaproszenie na rozmowe o prace do Olicana House - to glowny budynek Social Services, w ktorym pracowalam zanim znalazlam prace na uniwerytecie i do ktorego za zadne skarby nie chce wracac. Oczywiscie nie poszlam na to interwiev, bylam tylko zdziwiona, czemu list przyszedl tak pozno, skoro od sierpnia nie wyslalam zadnej aplikacji o prace! Ale wlasciwie nie powinno mnie to dziwic. Pracowalam w koncu w Human Resources Bratfoot Council i widzialam, jakie tam maja tempo :)))

W czwartek nadal nie najlepiej sie czulam. Obudzilam sie okolo 6 rano, ale udalo mi sie jeszcze zasnac. Niestety, jakims cudem budzik znow nie zadzwonil i obudzilam sie o 8:30. Biegiem wzielam prysznic i pobieglam do pracy bez sniadania. Przed 9:00 musialam powiem podlaczyc sprzet do prezentacji w jednej z sal wykladowych. Dotarlam do pracy o 8:50 i mialam nadzieje, ze znow nikt nie zauwazy mojego spoznienia, ale profesor Tell juz tam byl. Nic nie powiedzial, tylko poprosil mnie o podlaczenie laptopa i projektora, jak gdyby nigdy nic. Myslalam, ze powie cos szefowej, ale nie! Jest strasznie roztrzepany i pewnie myslal, ze pracuje od 9:00, a przyszlam wczesniej tylko dlatego, iz poprzedniego dnia powiedzial mi, ze trzeba podlaczyc sprzet. I znowu mi sie udalo :)

 
1 , 2