Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 29 października 2006
Jedno oko na Maroko :)

233.

Dzisiaj obudziłam się o 10:00 i przestawiłam zegarek na 9:00. Potem porozmawiałam z rodziną przez Skype'a. W końcu zabrałam się za układanie papierów, bo leży ich już cała sterta, a ja za każdym razem muszę ją całą przekładać, żeby coś znaleźć! Od jutra zaczynam znów lekcje polskiego, więc postanowiłam, że ułożę osobno pierwszy i drugi rok, a francuski schowam do szafy. Chciałabym dziś jeszcze zrobić całą papierkową robotę, żeby mieć już to z głowy. Ciągle mi przysyłają jakieś listy z college'u i coś ode mnie chcą. A jeszcze mi za nic nie zapłacili, odkąd zaczął się ten rok szkolny! :) W każdym razie zaczęło mi się robić niedobrze od tych papierów, więc jak zadzwoniła Gosia, dałam się jej namówić i poszłam do niej na obiad, szczególnie że nie chciało mi się dziś nic gotować. To znaczy zaczęłam gotować kapustę z grzybami, bo dawno jej nie robiłam, ale to trochę potrwa, zanim będzie dobra. Zjadyśmy więc razem gołąbki, a potem wróciłam do domu i usiadłam do komputera. Odpisałam wreszcie na maila Seanowi i porozmawiałam godzinę z José, który odezwał się do mnie przez SKYPE'a. Nadal jest w Hiszpanii, ale ma propozycję pracy w Maroku i pewnie się tam wkrótce na parę miesięcy przeniesie. Może zamiast jechać wiosną do Hiszpanii, to go odwiedzę? :) A do Hiszpanii pojadę jesienią, jak już wróci. Rozmawialiśmy dziś wstępnie na ten temat i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Dobra, zabieram się znów za te papiery, bo zajmują mi całe łóżko i nie będę miała gdzie spać! :)

    

José przysłał mi zdjęcie Kofi Annana, mówiąc że wyglada jak Morgan Freeman (coś w tym jest :)

sobota, 28 października 2006
Łabędzie jezioro na lodzie :)

232.

W piątek rano pozmywałam naczynia i sprzątnęłam troszeczkę mieszkanie, bo na lunch byłam umówiona z Gosią u mnie. W pracy skończyłam zlecenie nowej szefowej i do końca dnia nie miałam już co robić. Dziewczyna z pracy, która zaprosiła mnie na sobotę na imprezę, podała mi wreszcie swój adres i numer telefonu. Powiedziałam jej, że jeszcze nie wiem, czy przyjdę. Z Gosią umówiłam się już w domu, bo po drodze musiałam jeszcze wejść do sklepu i kupić łososia! :) Nawet nie zauważyła, że płaty ryby zamieniły się w dzwonki :) Dopiero jak zjadłyśmy, przyznałam się jej, że poprzedniego spaliłam :) Siedziałyśmy przy oknie, kiedy zadzwonił telefon i Shaz spytał, czy tonas widzi w oknie :) Podobno akurat przechodził obok, więc wpadł :) Powiedziałyśmy mu, że Malwina miała w środę urodziny i że kupiliśmy jej prezent, który wieczorem mamy zamiar jej wręczyć. Myślałam nawet o tym, że zrobić jej "surprise party", ale dopiero rano dała mi znac, że zajrzy do mnie po pracy. Było już więc za późno, żeby zapraszać gości. Shaz stwierdził, że wpadnie wieczorem z prezentem dla niej.

Wróciłam do pracy i z nudów zaczęłam przeglądać w Internecie strony o Kieślowskim. Tylko od czasu do czasu ktoś zadzwonił lub przyszedł i musiałam się wtedy na bieżąco nimi zająć. Jeden student stwiedził, że skądś mnie zna i spytał, czy tu uczę. Powiedziałam, że uczę w college'u, a on stwierdził, że raz przechodził koło naszej klasy i spytał, co to za język, którego uczę, bo brzmi podobnie do hiszpańskiego. Rzeczywiście, przypomniałam sobie tą sytuację, ale w życiu bym go nie poznała :) W końcu wybiła 17 i pobiegłam do domu. Na szczęście Malwina dała mi znać, że przyjedzie z kolegą dopiero około 18. Zawiadomiłam więc Shaza, o której ma być, zapakowałam prezent i zabrałam się za sprzątanie. Minęła 18, Shaz już przyjechał, a Malwiny nadal nie było. Zawiadomiłam więc Gosię, żeby szybko przyszła, to może jeszcze zdążymy zrobić jej niespodziankę. Kiedy Malwina przyjechała wreszcie z kolegą, Shaz i Gosia wyskoczyli zza drzwi i zawołali "Surprise!" :)))

Od nas Malwina dostała dwie książki Clarksona, a od Shaza perfumy. Nie mógł długo zostać, więc siedzieliśmy we czwórkę, popijając kawkę lub herbatkę i zagryzając słodyczami. W końcu stwierdziliśmy, że robimy spontaniczną imprezę u Gosi. Pojechaliśmy do Tesco i zrobiliśmy zakupy. Spotkaliśmy tam mojego środowego adoratora, od którego przed wyjściem z pracy dostałam maila, że oczywiście jesteśmy przyjaciółmi i że nie może się już doczekać, kiedy się znów zobaczymy, bo za mną tęskni i że może spotkamy się wieczorem. Czyli stary numer, żebyśmy zostali przyjaciółmi nie zadziałał :) Jak mnie zobaczył, od razu stwierdził, że to przeznaczenie i że przecież mówił, że spotkamy się wieczorem! Na szczęscie nie próbował się do nas wprosić. Pod Gosi domem spotkaliśmy się jeszcze z jej chrześnicą. U Gosi pokroiliśmy i położyliśmy na talerzu ser, melona i winogrona, tak że wyglądało to jak ciasto z owocami :) Malwina zrobiła wyjątek i napiła się z nami - kupiła sobie cyder, ja Smirnoff Ice (bo ostatnio się dobrze sprawdza:) a reszta piła piwo. Zabalowaliśmy tak do północy, aż wreszcie ja i Malwina stwierdziłyśmy, że jesteśmy zmęczone i idziemy spać. Poszłam spać koło 1 w nocy! :)

Dziś obudziłam się rano, jakbym miała iść do pracy. Tak świetnie działa mój wewnętrzny budzik :) Poszłam więc dalej spać i wstałam dopiero o 10:30. Zjadłam śniadanie i weszłam pod prysznic. O 12 byłam umówiona z Gosią i jej chrześnicą pod Alhambrą. Kupiłyśmy bilety na 14:30 na "Jezioro łabędzie" na lodzie i poszłyśmy do "Chińczyka" na obiad. Niestety, okazało się, że nasz ulubiony "Chińczyk" jest zamknięty, więc poszłyśmy do tej samej restauracji w centrum, w której dwa dni temu miałam randkę :) Ponieważ mają tam bufet, najdałyśmy się po pachy i z trudem namówiłam dziewczyny, żebyśmy potem przeszły się chwilę po sklepach, bo muszę kupić sobie jakieś kozaki. Chrześnica Gosi chciała iść do niej do domu, żeby się położyć na chwilę po obiedzie, ale przekonałam je, że spacer po sklepach lepiej nam zrobi :) Kupiłam sobie półbuty, które zaniosłyśmy do Gosi do domu i pobiegłyśmy do teatru na przedstawienie. Było naprawdę niesamowite! Jak balet, ale bardziej płynne. Nie mogłam się nadziwić, jak oni się mieszczą na tej małej scenie i jeszcze skaczą! W dodatku było tam parę niezłych pomysłów, typu łyżwiarze na szczudłach, łyżwiarki latające na linach i jeszcze świecące w ciemności! :) Super! :)))

Po przedstawieniu poszłyśmy do mnie, żeby zgrać zdjęcia z Gosi aparatu. W międzyczasie zrobiłam pranie i porozmawiałam chwilę z rodziną, która akurat zadzwoniła przez SKYPE'a. Potem chrześnica Gosi pojechała do domu się przebrać, a my poszłyśmy do drugiego sklepu, gdzie kupiłam sobie kozaki :) Tam doszła do nas chrześnica Gosi i poszłyśmy jeszcze do Tesco po jedzenie. Spotkałyśmy tam dwóch kolegów Malwiny, którzy kupowali właśnie coś do picia i szli do niej świętować :) My wróciłyśmy z siatami do Gosi, ale nie siedziałyśmy u niej długo. Byłyśmy wszystkie zmęczone, więc przed 21 wyszłam z jej chrześnicą i każda z nas poszła na swój autobus. W domu włożyłam zakupy do lodówki i usiadłam oczywiście do komputera. Wysłałam też wreszcie SMSa do dziewczyny z pracy, że nie przyjdę na jej imprezę, ale dziekuję jeszcze raz za zaproszenie. A potem zabrałam się przegrywanie zdjęć dla Gosi. Jak skończę, to idę spać :)

   

Nasze "ciasto" z sera, melona i winogron :) oraz "Jezioro łabędzie" na lodzie w wykonaniu The Imperial Ice Stars z Rosji (http://www.imperialicestars.com :)

czwartek, 26 października 2006
Wiedziałam, że tak będzie! :)

231.

We wtorek skończył się Ramadan. Rano przyszedł do nas jeden ze studentów i przyniósł nam z tej okazji czekoladki! :) To bardzo miło z jego strony - widać, że dba o dobre imię muzułmanów! Na lunch byłam znów umówiona z Gosią - tym razem zaprosiła mnie na bigos :) Nastawiłam sobie budzik, żeby się znów nie spóźnić do pracy :) Ten tydzień jest bardzo spokojny i prawie nic nie robię. Odbieram tylko telefony i przeważnie Leah musi mi pomóc w załatwieniu problemów, z którymi ludzie dzwonią :) Po pracy byłam umówiona z Matthieu i ludźmi z jego grupy angielskiego w Deliusie. Wysłałam mu SMSa z prośbą, żeby dał mi znać, jak już dotrą do pubu, to do nich dojdę. Poszłam do księgarni  i kupiłam dwie książki dla Malwiny na urodziny, a potem wróciłam do domu i położyłam się do łóżka. Około 20 zadzwonił Matthieu i powiedział, że poszli do pubu Titusa Salta, a nie do Deliusa. Powiedziałam, że zaraz tam będę, wstałam, ubrałam się i wyszłam. Jak doszłam do pubu, Matthieu stał akurat przy barze i kupował piwo. Na mój widok od razu spytał mnie, czy spałam, powiedziałam więc, że zasnęłam nad książką.

Poszliśmy do stolika, przy którym siedział jego nauczyciel angielskiego z college'u, którego znam dobrze z widzenia (i z dość ciekawych opowiadań :) oraz parę osób z jego grupy, między innymi Sergiusz! Mieszkaliśmy kiedyś razem w Balmoralu, ale ostatnio dawno go nie widziałam i jakoś nie brakowało mi jego towarzystwa! :))) Oprócz niego było tam jeszcze dwóch Polaków, Słowaczka, Chilijczyk i Hiszpan, którego poznałam w sobotę w Douglas Tower, bo jest jednym z wolontariuszy. Najfajniejsze było to, że mogłam z Matthieu wszystkich obgadać po francusku i nikt nas nie rozumiał :))) Matthieu powiedział mi, że wszyscy wolontariusze jadą w środę do Londynu i wracają dopiero w niedzielę. I w dodatku za nic nie płacą :) Fajnie im! :) Po jakimś czasie ludzie zaczęli się rozchodzić. W końcu zostałam tylko ja, Matthieu i Sergiusz! :) Wypiliśmy jeszcze po jednym piwie, a potem obaj odprowadzili mnie do domu. Sergiusz sobie poszedł, a ja porozmawiałam jeszcze chwilę z Matthieu i umówiliśmy się, że dam mu znać, jak będzie następne "Kółko Francuskie".

W środę od rana nie czułam się najlepiej. Pogoda całkiem się popsuła i ciśnienie spadło, a fakt że wypiłam poprzedniego dnia 3 Żywce też nie pomagał :) Wzięłam więc proszek przeciwbólowy, bo czułam, że wkrótce ból głowy uniemożliwi mi funkcjonowanie, nie wspominając już w ogole o jakiejkolwiek pracy :) Na lunch byłam znów umówiona z Gosią, ale tym razem namówiłam ją, żebyśmy poszły do mnie, to zrobię łososia na obiad. Niestety, zapomniałam go rozmrozić, więc jak przyszłyśmy, to stanęło na tym, że ugotowałam makaron i zjadłyśmy spaghetti :) A łososia przesunęłyśmy na późniejszy termin :) Po lunchu wróciłam do pracy i skończyłam już prawie robotę, którą przed wyjazdem zleciła mi nowa szefowa. Postanowiłam więc trochę przystopować, żebym miała co robić do końca tygodnia :) Zajęłam się zamiast tego mailami...

Jakiś czas temu jeden z byłych studentów z Graduate School - jak się dowiedział, że już tam nie pracuję - zaprosił mnie na obiad, żeby mi podziękować za to, że byłam dla nich taka dobra i miła :) A szczególnie dla niego, bo kiedyś pozwoliłam mu oddać pracę semestralną po ustalonym terminie (spóźnił się parę minut :) Pomyślałam sobie, że czemu nie - jak mnie ktoś zaprasza na obiad, to nigdy nie odmawiam :))) Ale jak się zaczęliśmy umawiać mailowo, to zaczął coraz bardziej ze mną flirtować i trudno mi było udawać, że tego nie widzę. Zawsze był bardzo miły i uśmiechnięty, ale jak zaczął mi pisać, że zrobi wszystko, co tylko powiem, bo jest na moje rozkazy, to zaczęłam się trochę zastanawiać...  :))) Zgodziłam się już wcześniej, że pójdziemy na ten obiad, ale wolałam ustalić, że każdy płaci za siebie, żeby sobie czegoś nie pomyślał! Sprawdziłam sobie jego dane w naszym systemie i wiem już, ile ma lat i gdzie mieszka :) Ostatnio się nie odzywał, bo był do wtorku w Londynie, więc miałam nadzieję, że sprawa rozeszła się po kościach, ale wczoraj odpisał i umówilismy się na kolację. Pomyślałam, że im wcześniej będę miała to z głowy, tym lepiej :)

Po pracy zaczęłam iść w stronę domu, kiedy zadzwoniła do mnie Gosia, z którą miałam się na chwilę zobaczyć i odebrać od niej pojemnik, który zostawiłam u niej w sobotę. Poszłam więc pod college, żeby się z nią spotkać. Oddała mi pojemnik pełen bigosu! Ponieważ już wcześniej mi wspomniała, że pustego mi nie odda, a ja miałam jej pojemnik, który zabrałam z imprezy u Agnès, więc oddałam go jej z sałatką w środku :) Potem poszłam w deszczu do domu i weszłam pod prysznic, bo trochę zmarzłam i zmokły mi nogi, a nie chcę się teraz rozchorować - dopiero zaczęłam tą pracę i nie mogę iść na od razu na chorobowe! :) Potem wyszłam z łazienki i położyłam się do łóżka, bo ta pogoda mnie wykańcza :) Wstałam o 18, z nadzieją, że może przestało padać, ale niestety - musiałam wziąć ze sobą parasolkę i płaszczyk, bo kurtka z kapturem była nadal mokra! Poszłam do chińskiej restauracji w centrum, gdzie byliśmy umówieni. Już tam na mnie czekał...

Usiedliśmy przy stoliku i zamówiłam herbatę. Potem poszliśmy, żeby sobie nałożyć coś do jedzenia, bo tam mają bufet. Wybrałam sobie parę owoców morza. Chodziliśmy tak parę razy, w międzyczasie rozmawiając. Okazuje się, że do Anglii przyjechał 3 lata temu, żeby pracować w college'u. Wcześniej przez 7 lat pracował dla nich w Tajlandii. Prawie cała jego rodzina mieszka na Florydzie. Jak skończy studia doktoranckie, planuje zamieszkać w Dubaju albo gdzieś w Arabii Saudyjskiej. Zdziwił się, że ja też zaczęłam studia doktoranckie i udzielił mi paru przydatnych rad. Fajnie się nam rozmawiało, więc zgodziłam się, gdy zaproponował, żebyśmy poszli obok do Lloydsa na drinka. Uparł się, że on płaci za kolację, mimo moich nieśmiałych  sprzeciwów :) No dobrze, może za bardzo nie protestowałam, ale powiedziałam, że w takim razie ja stawiam drinka :) Na miejscu okazało się jednak, że on nie pije alkoholu! Nie pił, nie pije i pewnie nigdy pić nie będzie. To już drugi taki przypadek po Shazie! :)

Kupiłam mu jakiś sok, a sobie - za jego namową - Smirnoff Ice. Jego sok nie był chyba za dobry, bo pił go prawie przez cały wieczór! :) W tym czasie zdążył mi kupić - bo nie pozwolił mi już więcej zapłacić - jeszcze 4 butelki Smirnoff Ice. Oprócz tego wypiliśmy jeszcze po Coli. W międzyczasie zadzwonił do niego jakiś przyjaciel, który pilnie potrzebował samochodu, żeby pojechać do Londynu! Umówił się więc z nim na zewnątrz, żeby dać mu kluczyki. A już myślałam, że mnie podwiezie te parę metrów pod górkę samochodem :))) Cóż, trudno! Po północy, jak już zamykali pub, poszliśmy więc pod górę na piechotę. Odprowadził mnie do domu, licząc najwyraźniej, że go zaproszę do siebie. Nie chciał jeszcze wracać do domu i próbował mnie namówić na nocny spacer. Powiedział, że możemy przecież zadzwonić jutro do pracy i powiedzieć, że jesteśmy chorzy, liczył więc chyba na kolację ze śniadaniem :))) Ale powiedziałam, że dopiero zaczęłam pracę i że muszę jutro do niej iść, a wcześniej trochę się wyspać. Na koniec próbował mnie pocałować, ale zrobiłam unik, więc wpił się w moją szyję :) Próbował wszystkich trików (włącznie z braniem na litość :) ale byłam nieugięta :))) Pożegnałam się z nim i poszłam na górę. Było już po pierwszej w nocy, więc sprawdziłam tylko pocztę i szybko poszłam spać.

Dziś znów pogoda nie dopisuje. Co prawda wyszło słońce, ale wieje silny wiatr i chwilami coś pada z nieba. Rano dostałam maila od mojego wczorajszego "adoratora". Napisał, że nie spał prawie całą noc i że to był najlepszy wieczór, jaki spędził od swojego przyjazdu do Anglii. Pytał, czy jestem bardzo zajęta, bo jeśli nie, to zadzwoni do mnie do pracy. Odpisałam mniej egzaltowanie, że też miło spędziłam wieczór (przynajmniej do momentu, jak doszliśmy do mnie :) i że rozmowy przez telefon mnie stresują, ale może spróbować, jeśli chce. Zadzwonił za jakiś czas, ale akurat zajmowałam się jakimś studentem, więc nie porozmawialiśmy zbyt długo. Napisał więc kolejnego maila, w którym zarzucił mnie wręcz komplementami na temat mojego uśmiechu, wyglądu, oczu i sama nie wiem czego jeszcze :) Na koniec dodał, że prędzej umrze, niż mnie zrani :) Słodkie :))) Widząc, że muszę go szybko ustawić, bo inaczej narobi sobie biedny nadziei, odpisałam mu, że chcę, żebyśmy zostali przyjaciółmi ;)

Przed lunchem zadzwoniła Gosia mówiąc, że dziś bierze nadgodziny, więc łososia przełożyłyśmy na jutro, a dziś umówiłam się z Jessicą w bibliotece. Poszłyśmy załatwić sobie karty, które upoważnią nas do korzystania z innych bibliotek w Anglii. Podobno niedaleko nas, w Boston Spa, znajduje się filia British Library, w której trzymają egzemplarz każdej książki wydrukowanej w UK! Muszę się tam wybrać w któryś weekend. Cóż, na pewno nie w ten, bo jestem już umówiona z Gosią do Alhambry. Idziemy na "Jezioro Łabędzie" na lodzie. Jak przechodziłam wczoraj koło Alhambry, widziałam maszynę do robienia lodu czy może śniegu, bo trochę sztucznego śniegu leżało obok na ulicy, mimo że padał deszcz :) Chcemy iść najpierw do Chińczyka na obiad, potem na przedstawienia na 14:30, a po nim do mnie do domu, żeby zgrać Gosi zdjęcia z aparatu. A na wieczór zostałam właśnie zaproszona przez jedną z dziewczyn z pracy na imprezę dla przebierańców. Jeszcze nie wiem, czy pojdę, ale miło, że o mnie pomyślała.

Wyszłam 5 minut wcześniej z pracy, bo na 17 szłam do znajomej już lekarki. Czekałam na wizytę ponad półgodziny. Na szczęście zamiast polecać mi jak zwykle inhalację, dała mi receptę na jakiś krem do skóry z witaminą A. Chciałam na 18 iść do kina na dokument o Zidane, ale do domu dotarłam dopiero parę minut po, więc postanowiłam zamiast tego pójść na 18:30 na "Ghost World" z Thorą Birch, Scarlett Johansson i Stevem Buscemi. Wstawiłam łososia do piekarnika, żeby go trochę podpiec i zrobiłam sobie coś do jedzenia. Potem pobiegłam do kina na film. "Ghost World" bardzo mi się podobał, w dodatku nie płaciłam za bilet, bo kasjerka dała mi jakiś darmowy, który jej został. Zapłaciłam więc tylko za drugi film, "Clerks 2" Kevina Smitha, który też mi się w sumie podobał, choć takiej ilości bluźnierstw i wyzwisk nie słyszałam od sześciu lat, kiedy to poszłam do kina na "South Park: Bigger, Longer and Uncut" :) Jak tylko weszłam do domu, poczułam zapach ryby - okazało się, że zapomniałam przed wyjściem wyłączyć łososia! Dobrze, że nie puściłam całej chałupy z dymem! :) Teraz właśnie się wietrzy, a łosoś w środku o dziwo okazał się jadalny, tylko trochę przypieczony, więc go teraz jem na kolację :) 

     

"Ghost World" i "Clerks 2", w którym małą rólkę zagrał Jason Lee :)

poniedziałek, 23 października 2006
Czara goryczy? :)

230.

Nie mogłam wczoraj zasnąć i obudziłam się dziś nad ranem przed budzikiem. Myślę, że to przez tą deszczową pogodę. Rano trochę się rozpogodziło, więc założyłam spódnicę do pracy. Jak przyszłam, nikogo jeszcze nie było. Potem przyszła Leah, ale Rachel i mojej nowej szefowej nie ma przez cały tydzień, więc w tym tygodniu będziemy tylko we dwie. Do południa odpowiedziałam tylko na maile, głównie prywatne :) Potem zadzwoniła Gosia i zaprosiła mnie do siebie na lunch. Zagadałyśmy sie, więc spóźniłam się 10 minut do pracy. Udałam, że nic się nie stało i zabrałam się za robotę, którą w piątek zleciła mi nowa szefowa. Dzięki temu szybciej mi zleciał czas do 17 :) A po pracy byłam umówiona z Jessicą - studentką z Chin, którą poznałam w Graduate School. Poszłyśmy do pobliskiego klubu studenckiego Delius, żeby pogadać.

Siedziała już tam Leah, która wyszła przede mną z pracy. Siedziałyśmy niedaleko od niej i mam nadzieję, że nie słyszała, albo przynajmnie nie rozumiała, kiedy Jessica krzyczała" Nie przejmuj się pracą! Twoje studia doktoranckie są najważniejsze!" :) bo nie chwaliłam się jej nawet, że chcę studiować! Ale miło, że ktoś jest po mojej stronie, bo ostatnio miałam wrażenie, że muszę walczyć o to, żeby pozwolono mi studiować i że nikt mnie w tym nie wspiera. Oczywiście poza rodziną - w niedzielę mama powiedziała mi, że jest ze mnie dumna. Mam nadzieję, że będzie miała jeszcze większe powody do dumy, jeśli naprawdę uda mi się zrobić te studia. A czy się uda, to jeszcze zobaczymy! :))) Jak na razie w ten weekend nie udało mi się nawet zabrać za zrobienie "planu 3-letniego", który za miesiąc muszę przedstawić moim promotorom :))) Ale im więcej przeszkód napotykam na swojej drodze, tym bardziej chcę spróbować, żeby udowodnić sobie i innym, że potrafię! :)

Posiedziałyśmy z Jessicą w Deliusie do 20 i jak wychodziłyśmy, Leah nadal siedziała tam ze swoimi znajomymi i piła piwo. Tak sobie pomyślałam, że gdybym tak po ludzku (żeby nie powiedzieć po angielsku :) spędzała wieczory po pracy, zamiast mieć jakieś fanaberię, typu uczenie polskiego w college'u czy robienie studiów doktoranckich, to życie byłoby prostsze :) Moje szefowe i koleżanki z pracy bardziej by mnie lubiły i łatwiej byłoby się nam dogadać. Nawet gdybym wpadła w alkoholizm byłoby to chyba lepiej widziane, niż moje "zachciewajki", bo to przecież takie ludzkie! Jednym słowem, gdybym co wieczór po pracy piła na umór, nikogo by to nie obchodziło, ale jak chcę robić coś konstruktywnego, to już to komuś przeszkadza! Co za kraj! A może co za natura ludzka?! Bo mogę się założyć, a nawet wiem na pewno, że w Polsce, czy w każdym innym kraju też się to zdarza. I chyba lepiej, że nie spotyka mnie to w Polsce, bo mogę sobie przynajmniej ponarzekać na Angoli :))) A Polskę moge sobie idealizować, że tam wszyscy są dla siebie mili i szczerzy :) Cóż, może miałam dużo szczęścia, ale tak właśnie ją wspominam.

Hm, obawiam się, że z moich słów zieje dziś goryczą. I nie da się ukryć, że jestem trochę rozgoryczona. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, że zmieniłam pracę. Nie wiem, czy dobrze robię, że zaczynam te studia. Nie wiem, czy chcę tu zostać kolejne 3 czy 4 lata. Właściwie sama nie wiem, czego chcę i na tym chyba polega problem :) To znaczy wiem, czego bym chciała, ale na razie jest to poza moim zasięgiem. Ale mam nadzieję, że te studia, a także czas spędzony tutaj, przybliżą mnie do tego celu, dlatego gotowa jestem wiele znieść. W razie czego mogę przecież zawsze zmienić pracę... albo miasto... albo kraj :) Jak to mówią "Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma" :))) Zazdroszczę Seanowi. Właśnie przysłał mi dzisiaj maila z Włoch. Jest w Neapolu, a potem wraca na tydzień lub dwa do Rzymu, zanim wróci do Francji i - jak napisał - pomyśli o szukaniu jakiejś pracy. Takiemu to dobrze! Jeździ sobie po Włoszech i robi zdjęcia! Ja też bym tak chciała! :) Nie wiem, skąd on ma na to pieniądze, bo tu przecież żył na koszt rodziców. Może tą podróż też mu zasponsorowali? Choć mówił, że ma jakieś oszczędności. W każdym razie mam nadzieję, że ta podróż coś mu da i że znajdzie to, czego szuka.

niedziela, 22 października 2006
Japońska uczta :)

229.

W sobotę obudziłam się przed południem, wzięłam prysznic i zjadłam śniadanie, a potem spakowałam wszystko i wyszłam z domu. Tuż po 12 byłam u Gosi, która właśnie jadła śniadanie. Zrobiłyśmy od razu u niej sałatkę z tuńczyka, żeby nie dzwigać całego słoika majonezu do Malwiny. W końcu przed 13 wyszłyśmy z domu. Kiedy byłyśmy już w połowie drogi, zdałyśmy sobie sprawę, że zapomniałyśmy łososia i krewetek z lodówki! Wróciłyśmy więc do Gosi, a potem umówiłyśmy się z Malwiną, że po nas wyjdzie, żebyśmy nie błądziły i nie szukały, gdzie mieszka. W końcu dotarłyśmy do niej i rozpakowałyśmy torby. Najpierw zwiedziłyśmy mieszkanko - jest naprawdę super! Na dole kuchnia i salon, a kręcone schody prowadzą na górę do sypialni. Zanim zabrałyśmy się za przygotowania, była już 14. W dodatku dopiero w trakcie krojenia składników zauważyłyśmy, że zapomniałyśmy jeszcze o awokado i białej rzepie! Gosia poszła jeszcze raz do siebie do domu, żeby wziąć je z lodówki. W końcu zabrałyśmy się za zwijanie maków (okrągłe sushi z wodorostem dookoła :) Około 16 pojawił się Piotrek, a potem doszła jeszcze chrześnica Gosi. Mieliśmy już siadać do stołu, ale Piotrek stwierdził, że pójdzie jeszcze do pobliskiego sklepu po piwo. Ja w tym czasie skończyłam robić sushi, bo skończył się ryż.

    

Przygotowane składniki i gotowy produkt :)

W końcu usiedlismy do stołu. Oczywiście szybko się najedliśmy i nie daliśmy nawet rady zjeść tego, co na widać na zdjęciu! Wbrew pozorom sushi jest bardzo sycące i wcale nie takie trudne do zrobienia, jak mi się zawsze wydawało! :) Kiedy wszyscy się już najedli, zaczęliśmy się zbierać na imprezę pożegnalną Agnès. Wtedy zadzwonił do mnie Matthieu i umówiliśmy się z nim oraz resztą wolontariuszy pod Tesco. My dotarliśmy tam jako pierwsi i zdążyliśmy już się zaopatrzyć na drogę, więc czekając na nich pod sklepem, podziwialiśmy fajerwerki z okazji Deevali - Święta Świateł! W końcu doszli i razem było nas kilkanaście osób, ale część z nich chciała jeszcze iść do Tesco, więc podzieliliśmy się na dwie grupy - my poszliśmy na squata, a reszta miała do nas dojść później. Po drodze rozmawiałam z Christophem z Niemiec, który ma jednak bardzo poplątane korzenie, łącznie z polskimi :) Dotarliśmy do starego squatu, w którym wszyscy się zbierali, a jak reszta doszła, przenieśliśmy się na imprezę do nowego squatu ulicę dalej. Tam wszyscy rozłożyli jedzenie, więc wyjęłam też nasze sushi i sos sojowy. Wszystkim bardzo smakowało :)

Około północy z naszego towarzystwa została już tylko chrześnica Gosi, którą odprowadziłam do Balmoralu. Pomyślałam, że chętnie zobaczę stare śmieci :) Potem wróciłam na imprzezę  i wyszłam z niej dopiero po 1 w nocy z wolontariuszami, bo mieszkają tuż koło mnie. Kiedy jednak doszliśmy i chciałam skręcić do domu, zaciągnęli mnie do siebie :) Zajmują cztery mieszkania w Douglas Tower, jednym z budynków Bratfoot Council. Pracują społecznie i dostają tylko kieszonkowe na jedzenie i drobne wydatki (takie jak białe wino, którym mnie poczęstowali :) Jest wśród nich jeden Polak, Niemiec, Hiszpanie, Francuzi, ale czasem zdarzają się też ludzie z innych krajów. Każdy poniżej 25 roku życia może zostać wolontariuszem i wyjechać do któregoś kraju Unii na rok lub parę miesięcy. Usiedliśmy w parę osób w jednym z mieszkań, a reszta poszła spać w pozostałych mieszkaniach. W końcu zostałam tylko ja, Nina i Matthieu oraz Christoph, który wcześniej wydawał mi się miły, a teraz zaczął mnie wkurzać, bo zrobił się jakiś zarozumiały i operował stereotypami. Zaczęłam się więc zbierać, umówiłam się na wtorek z Matthieu i jego znajomymi na piwo i przed 4 byłam już w domu :) A dziś spałam do południa i cały dzień spędziłam przy komputerze, głównie wrzucając resztę zdjęć na "fotki". Nie chciało mi się nawet zrobić obiadu :) I zaraz idę spać:)

piątek, 20 października 2006
Sushi!

228.

Dziś rano moja nowa szefowa przyszła i przyniosła mi parę rzeczy do zrobienia, żebym się nie nudziła :) W przyszłym tygodniu jej nie będzie, więc pewnie pomyślała, że musi mnie czymś zająć, bo inaczej spędzę cały ten tydzień w Internecie :) I pewnie ma rację, bo teraz, jak nie mam nic do roboty, to tak właśnie robię :))) Zabrałam się za nową rzecz, ale wtedy na całym piętrze padł system. Zajęłam się więc dokumentami, które trzeba było powkładać do teczek studentów (żeby nie było, że siedzę bezczynnie :) Leah na przykład w tym czasie czytała książkę, ale znów mam wrażenie, że muszę się bardziej starać i wciąż im coś udowadniać, tylko dlatego, że nie jestem Angielką. W czasie lunchu poszłam jak zwykle do domu i w skrzynce znalazłam pocztówkę z Rzymu od Seana! Było to dla mnie bardzo duże zaskoczenie, bo wiem, że on nie przywiązuje wagi do takich rzeczy. Nie lubi kiczowatych pocztówek, ale dla mnie to duża przyjemność, bo w skrzynce znajduję tylko rachunki lub reklamówki. Rok temu dostałam kartkę na Boże Narodzenie od cioci, ale od tamtej pory nikt znajomy mi niczego nie przysłał...

Po lunchu dostałam wreszcie odpowiedź na temat moich kursów, o których wczoraj rozmawiałyśmy z nową szefową, ale główna musiała się tym zająć. Trochę się martwiłam, że nie mam wciąż odpowiedzi, bo pierwszy z nich jest już pierwszego listopada, a jak nie będzie wolnych miejsc, to mnie nie zarejestrują! No i niestety miałam racje. Tuż przed wyjściem z pracy znalazłam wreszcie chwilę, żeby się zarejestrować, ale wtedy okazało się, że najbliższe wolne terminy to dopiero 7 i 29 listopada. Ale w sumie to i tak nieźle :) Poza tym dowiedziałam się, że zgoda na moje studia jest tymczasowa i będzie podlegała ponownemu rozpatrzeniu, na podstawie co dwumiesięcznych raportów od moich promotorów. Mam nadzieję, że to ich nie zniechęci! Ale wydają się obaj bardzo fajni i jak na razie są po mojej stronie :) Mam nadzieję, że coś jednak z tego wyjdzie, bo nieźle bym się wkurzyła, gdybym po paru miesięcach spędzonych w bibliotece dowiedziała się nagle, że jednak nie mogę kontynuować tych studiów. Ale zaryzykuję. Co ma być, to będzie!

Po pracy zabrałam się wreszcie trochę za sprzątanie. Umyłam naczynia i sztućce w zlewie, bo nie miałam już żadnych czystych :) Potem zrobiłam sobie sałatkę, żeby nie być głodną, bo po 18 byłam umówiona z Gosią na wyprawę do Tesco. A jechanie na zakupy na głodniaka nie jest dobrym pomysłem :) Lepiej się wcześniej najeść, to wtedy człowiek nie kupuje tylu niepotrzebnych rzeczy :))) Podjechałyśmy specjalnie autobusem do nowego Tesco, bo Malwina mówiłam, że tylko tam w całym Bratfoot mają składniki do sushi, ale nie mogłyśmy ich nigdzie znaleźć. Zapytałam o to paru pracowników, to młodsi się roześmiali, a starszy odesłał nas do działu ze swieżymi rybami. Murzyn, który tam obsługiwał nie wiedział w ogóle, co to jest sushi! Zadzwoniłam więc do Malwiny, ale nie odbierała telefonu. Zaczęłyśmy więc w międzyczasie szukać innych składników, a Malwina później oddzwoniła i wytłumaczyła nam, gdzie mamy szukać. W końcu Gosia znalazła półkę, na której było prawie wszystko, czego nam było trzeba :) Spytałam jeszcze tylko pracowników w dziale alkoholowym o sake, ale oczywiście musialam im tłumaczyć, co to takiego, więc wzięłyśmy po prostu białe wino i poszłyśmy :)

Podjechałyśmy do Gosi do domu, gdzie zostawiłam zakupy na jutro, bo przyjdę najpierw do niej, a potem razem pójdziemy do Malwiny. Jesteśmy umówione około południa, bo sushi jest dość czasochłonne. A wieczorem na squacie będzie impreza pożegnalna Agnès, więc planujemy od Malwiny pójść po drodze do Tesco koło niej, które jest otwarte cała dobę, żeby kupić coś do picia i zabrać do nich resztę sushi, którego nie damy już rady zjeść :) U Gosi rozpakowałyśmy wszystko i to, co jest potrzebne na jutro poszło do lodówki, a resztę zabrałm do domu. Oczywiście nie chciało mi się iść z siatami pod górę, więc podjechałam te dwa przystanki autobusem :) W domu usiadłam do komputera, bo muszę powrzucać nowe zdjęcia na "fotki" - iluminację ratusza, wycieczkę do Liverpoolu i otwarcie atrium. Ostatnio oprócz zdjęć z Francji wrzuciłam też fotki z Fountains Abbey i Shipley Glen. Jak mi się uda, to może w ten weekend wrzucę resztę i będę wreszcie na bieżąco! :)

czwartek, 19 października 2006
Frankofonia :)

227.

W środę od rana trwały przygotowania do obchodów 40-lecia tutejszego universytetu, które miały się odbyć po południu w nowo wybudowanej części budynku, tzw. atrium. Postanowiłam więc, że po lunchu przyniosę aparat i porobię zdjęcia. Kiedy wchodziłam do domu, zaskoczona usłyszałam dźwięk odkurzacza i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam na korytarzu panią odkurzającą dywan! Najwyraźniej agencji ją zatrudniła, bo ubrana była w fartuszek i wyglądała na pracownicę profesjonalnej agencji sprzątającej. Do tej pory zwykle ktoś z mieszkańców dorabiał sobie do czynszu sprzątając. Sama się nawet nad tym zastanawiałam, bo od lutego mam płacić o 20 funtów miesięcznie więcej, ale nie mam już na nic czasu! :) W końcu zaczynam studia doktoranckie! :))) W każdym razie od paru tygodni nikt nie sprzątał, na schodach leżały jakieś papierki, a na parapecie pod witrażem zdechły komar. Nawet myślałam, żeby zadzwonić z pretensjami do agencji, ale widzę, że ktoś mnie uprzedził.

Po lunchu wróciłam do pracy i wraz z resztą pracownic poszłam zobaczyć otwarcie atrium. Stanęłyśmy na jednym z balkonów, z którego nawet był niezły widok, ale potem zeszłam na dół, żeby zrobić zdjęcie skrzypaczce Tasmi Little, która recitalem uświetniła ceremonię otwarcia. Jej imię nosi uniwersyteckie centrum muzyczne i podobno jest znana na świecie, ale przyznam, że przed przyjazdem do Bratfoot nigdy o niej nie słyszałam. Razem z nią zagrała tutejsza orkiestra i przemawiało parę "ważnych" osób. Potem kilkanaście osób, które pracowały na uniwersytecie przez te 40 lat dostało skomne prezenty, a na koniec wszyscy mogli się napić wina i zjeść kawałek urodziniowego tortu. Nie obyło się też oczywiście bez śpiewania "Happy Birthday". Uniwersytet w Bratfoot był 40-tym uniwersytetem otwartym w Anglii. Zanim dostał uprawnienia uniwersyteckie, był to Instytut Mechaniczny, który mieścił w dzisiejszym starym budynku college'u. Teraz campus uniwersytecki się rozrósł, a najnowszym osiągnięciem budowalnym jest owo atrium. Transmisję z jego otwarcie można było zobaczyć na żywo na ekranie wystawionym na placu pod ratuszem i na całym świecie przez Internet.

    

Atrium z zewnątrz i wewnątrz :)

    

Tasmin Little na oficjalnych zdjęciach... i na otwarciu nowego atrium na Uniwersytecie w Bratfoot :)

Po pracy usiadłam do dalszych przygotowań do mojej ostatniej lekcji francuskiego. Po czym zupełnie nieprzygotowana poszłam na lekcję polskiego :) Na szczęście zadałam im ostatnio pracę domową, więc teraz ją wspólnie poprawialiśmy. Potem przerobiliśmy temat "Która godzina?" i dwie godziny minęły jakby z bicza strzelil :) Jedna z moich studentek przyniosła śmietankowe "Ptasie Mleczko" (wersja limitowana) z okazji ostatniej lekcji przed tygodniową przerwą i na koniec dała mi pudełko z resztą czekoladek. Zabrałam je ze sobą do pubu Titusa Salta, gdzie byłam umówiona z Agnès i jej znajomymi. Kiedy przyszłam siedziała już z nią jakaś Angielka hinduskiego pochodzenia, która nie mówiła jednak najlepiej po francusku, więc rozmowa toczyła się po angielsku. Na szczęscie później doszedł jeszcze wykładowca socjologii z Leeds. Conrad jest frankofonem, który mieszkał przez wiele lat z rodzicami w Belgii, ale teraz wrócil do Anglii i wykłada socjologię. Podobno od paru lat nie miał okazji rozmawiać po francusku, więc był bardzo szczęśliwy, że ma znów okazję porozmawiać w tym języku, w gronie Francuzów i frankofonów (czyli jego i mnie, frankofonki :)

Po jakimśczasie doszła jeszcze para Francuzów - Nina i Mathieu. Oboje przyjechali do Bratfoot jako wolontariusze i mieszkają w "councilowskich" mieszkaniach niedaleko mnie. Zaczęliśmy rozmawiać o polityce i problemach z asymilacją, które widać we Francji, w Anglii, czy w Niemczech. Polski na razie ten problem tak nie dotyczy, ale pewnego dnia też zacznie. Po dwóch piwach i trzech godzinach rozmowy wyszliśmy z pubu, bo już go zamykali. Agnès pojechała na rowerze do domu, a Nina i Mathieu namawiali mnie, żebym poszła do nich na wino, skoro mieszkam tuż obok :) Poszliśmy więc do jednego z trzech dużych bloków zwanych "towerami", w których mieszkają wolontariusze z całego świata. Nie brakuje wśród nich Polaków. Na szczęście dla mnie Nina nie wzięła ze sobą klucza do domu, więc poszła spać do Mathieu, a wino odłożyliśmy na kiedy indziej. Wróciłam więc wreszcie do domu i około pierwszej w nocy położyłam się spać.

Dzisiaj rano miałam pewne problemy ze wstaniem, bo pogoda pod psem, a wczorajsze piwo też dawało się we znaki :) Humor miałam jednak dużo lepszy i zaczęłam nawet zagadywać do ludzi w pracy :) Co prawda nie szło mi chyba najlepiej, bo mam dziwne wrażenie, że połowa nie rozumie, co do nich mówię - najwyraźniej nie przyzwyczaili się jeszcze do mojego akcentu :))) Potem zaczęłam czytać maila i okazało się, że połowa dotyczy wciąż jednego probemu - wspólnej kolacji z okazji Świąt Bożego Narodzenia. W zeszłym tygodniu pojawił się pierwszy e-mail na ten temat. Organizator, czyli jeden z wykładowców, wysłał do wszystkich maila z pytaniem, jaki dzień najbardziej im pasuje, żebyśmy poszli razem do Tramshead - tam, gdzie chodziłam kiedyś na "Singles Night" :) Wtedy jedna z wykładowczyń odpisała, że rok temu ona i jej niepełnosprawny partner zostali źle potraktowani, kiedy zauważyli, że restauracja nie jest przystosowana dla niepełnosprawnych, w związku z tym ona w tym roku tam nie idzie. No i się zaczęło...

Dziś nastąpiło chyba apogeum i pojawiło się najwięcej maili na ten temat. Dostają je wszyscy pracownicy naszego działu. Problem polega na tym, że trzeba w takim razie zmienić miejsce, na co jest już trochę późno, bo większość restauracji może być już zarezerwowana. Inni proponowali, żeby w związku z tym pójść tam jeszcze w tym roku, ale powiedzieć im, że to już ostatni raz, bo nie podoba im się obsługa. Ale wtedy inni stwierdzili, że wtedy obsługa napluje nam do jedzenia :) I że nie ma to właściwie sensu, nawet jeśli powiemy im to dopiero wychodząc :))) Zaczęły się więc poszukiwania innego miejsca i dywagacje na temat ułatwień dla niepełnosprawnych. Pod koniec dnia przyszedł kolejny mail od wykładowczynii, która bojkotuje Tramshead. Jak się okazało jej partner, to tak naprawdę partnerka (teraz pojawiło się imię) a ona wykłada na "Gender Studies" :) Typowy przykład negatywnego obrazu feministki :))) Co jakiś czas ktoś przychodzi i pociesza mnie, żebym się nie przejmowała całą tą sytuacją, ale coraz poważniej się zastanawiam, czy chcę iść na tą kolację :)))

Porozmawiałam dziś chwilę z nową szefową na temat czterech kursów związanych z moimi studiami, na które chciałabym się wybrać w tym roku. Dwa z nich trwają cały dzień, a dwa pozostałe po pół dnia, więc w sumie nie byłoby mnie w pracy tylko trzy dni. Powiedziała, że porozmawia o tym z główną szefową i dam mi znać. Powiedziałam jej też, że nie chcę, by odnosiły wrażenie, że interesuje mnie wszystko, tylko nie braca, bo tak nie jest. Zapewniła mnie, że tak nie myślą. Wygląda na to, że jednak pójdą mi na rękę. Mam nadzieję, bo bardzo mnie męczy cała ta sytuacja i trudno mi się zabrać za studia, skoro nie wiem jeszcze na 100 procent, czy mogę studiować, czy też nie. Na razie zresztą i tak nie miałam czasu się za nie zabrać, bo w czasie lunchu kończyłam przgotowywać ostatnią lekcję francuskiego. W końcu tuż przed wyjściem z pracy, jak już nikogo nie było, wydrukowałam ją i odbiłam na ksero. W domu posiedziałam jeszcze nad książką, aż poczułam, że jestem gotowa.

Wsiadłam w autobus do Queensbury. Teraz szybciej robi się ciemno, wiec trochę się martwiłam, że nie bedę wiedziała, gdzie wysiąść, ale na szczęście zobaczyłam, że jedzie nim też chłopak z futerałem, który jechał ze mną i Agnès tydzień temu. Widziałam go już zresztą wcześnie i wiedziałam, że też jedzie na lekcję do Queensbury. Jak wysiedliśmy zagadał do mnie i spytał czy też jestem nauczycielką. Okazało się, że uczy gry na giotarze elektrycznej (jego futerał wyglądał raczej jak jakiś keybord :) Myślał oczywiście, że uczę francuskiego, bo w zeszłym tygodniu słyszał, jak cała drogę rozmawiałam z Agnès po francusku. Pewnie myślał też, że jestem Francuzką, dlatego do mnie zagadał :))) Poszliśmy razem do szkoły i tam dał mi swoją wizytówkę. Powiedziałam mu, że dziś przyjechałam tu na moją ostatnią lekcję francuskiego, bo zaczęłam studia i już nie mam czasu. Okazało się, że on gra w jakimś zespole, który łączy rock z techno i ambiance. Może się wybiorę na koncert? Szukają perkusisty, więc jakby ktoś był chętny, to proszę dać znać - będę miała powód, żeby do niego napisać :)))

Tym razem byłam bardzo dobrze przygotowana do lekcji. Zresztą nie dziwne - w końcu te przygotowania zajęły mi cały tydzień! Szkoda, bo naprawdę dobrze by mi to zrobiło, gdybym nadal ich uczyła, ale nie dam rady czasowo. Rozdałam im kartki z ćwiczeniami i cała lekcja upłynęła nam na ich odrabianiu. Każdy po kolei robił jedno ćwiczenie, a ja ich tylko poprawiałam i od czasu do czasu coś tłumaczyłam. Na koniec zaśpiewaliśmy sobie "Non, je ne regrette rien" Édith Piaf i wtedy powiedziałam im, że za tydzień nie ma lekcji, bo jest "half term", a jak wrócą za dwa tygodnie, będą już mieli nowego nauczyciela, bo ja zaczęłam nową pracę i studia w moim wolnym czasie, więc musiałam zrezygnować, bo prawie go nie mam! Stwierdzili, że szkoda, bo zaczęłi się już do mnie przyzwyczajać :))) Podziękowali mi, a ja powiedziałam, że mają mój numer telefonu, więc możemy się kiedyś umówić na czerwone francuskie wino :)

Po lekci czekałam pół godziny na przystanku, zanim wreszcie przyjechał autobus (tak też nie może być, bo to jest męczące :) W końcu przed 22 byłam w domu i od razu po przyjściu włączyłam komputer, bo byłam umówiona z Malwiną na rozmowę. Tym czasem zadzwoniła do mnie moja siostra. Porozmawałyśmy więc chwilę we trzy, a potem ja z Malwiną ustaliłyśmy szczegóły na temat sobotniej imprezy z sushi :) Stanęło na tym, że ja z Gosią robię zakupy, a sushi robimy w nowym mieszkaniu Mawliny, do którego wprowadziła się w zeszły weekend. Po jedzeniu zabieramy resztę sushi i jedziemy na pożegnalną imprezę do Agnès, która odbędzie się u nich na nowym squacie. Agnès wraca we wtorek do Francji, ale ma nadzieję, że wróci znów na parę miesięcy w lutym. Ja też mam taką nadzieję, bo jest bardzo otwarta i fajnie się z nią gada :)

wtorek, 17 października 2006
Niewygodna prawda i ciężkie czasy

226.

Rano poszłam do pracy i postanowiłam, że nie okażę po sobie, jak się stresuję całą tą sytuacją. Nie było nic do roboty, więc bez żadnych wyrzutów sumienia czekałam, aż minie poranek, serfując co jakiś czas w Internecie lub odbierając telefony. Wynudziłam się za wszystkie czasy i po raz kolejny przekonałam się, że "nic nie robienie" jest szalenie męczące. Wychodziłam też z pokoju, jak często się dało, bo nie mogę słuchać tych fałszywych uprzejmości, jakimi wszyscy się tu darzą. I głupich rozmów o tym, czy według alfabetu nazwiska na "Mc..." powinny się znaleźć za czy przed nazwiskami na "Ma..."! Około 10 poszłam do stołówki kupić sobie jedną z obrzydliwych kanapek, jakie tu sprzedają, bo zgłodniałam, a wiedziałam, że nie będę miała czasu, żeby coś zjeść w czasie lunchu. Nie rozmawiałam z żadną z moich szefowych, bo stwierdziłam, że same mi powiedzą, jak już będzie coś wiadomo. Zastanawiałam się nawet, czy nie skontaktować się bezpośrednio z działem rejestracji, w którym znam prawie wszystkich osobiście i spytać, na czym polega problem, ale pomyślałam, że szefowa się obrazi, jak się dowie. Postanowiłam więc poczekać, aż sama poruszy ten temat.

Tuż przed 13 poszłam do budynku obok spotkać się z moimi promotorami. I znów wszystko zaczęło nabierać kolorów. Zgodzili się, żebym robiła wszystko w moim wolnym czasie i widać, że są bardzo pomocni. Poradzili mi też, żebym porozmawiała z kimś z działu Personal Development, czyli Własnego Rozwoju? :) Podobno powinni mnie wspomóc, jeśli chcę studiować i wpływać na moje szefowe, żeby mnie puszczały z pracy na różne kursy. Cóż, Rachel znika co tydzień na całe popołudnie, bo studiuje w college'u, Leah chodzi na kursy komputerowe, a ja mam ciągle siedzieć w biurze? Może dlatego, że jestem Polką? Powinnam o to zapytać szefowe, może się przestraszą :) Po rozmowie z promotorami zrobiło mi się trochę raźniej, choć jednocześnie zdałam sobie sprawę, jak mi będzie ciężko. Muszę się teraz zabrać za zbieranie i czytanie materiałów - im szybciej, tym lepiej. Czyli muszę się zmusić do pracy! A trochę trudno mi to zrobić, skoro nie wiem jeszcze do końca, na czym stoję. Męczące to wszystko. Przekonałam się po raz kolejny, że Anglia to dziwny kraj, w którym nic nie jest takie, jakim się zdaje... Dobrze chociaż, że w przyszłym tygodniu nie mam lekcji i będę miała trochę czasu dla siebie! Muszę go jak najlepiej wykorzystać!

Wróciłam do pracy i obijałam się dalej aż do 17, chwilami mając wrażenie, że zaraz zasnę. W końcu wszyscy poszli, więc też się zebrałam i poszłam do domu coś zjeść. Potem na 17:45 pobiegłam do Muzeum, gdzie byłam umówiona z Agnès. Wybrałyśmy się na film "An Inconvenient Truth" Davisa Guggenheima o wykładach Ala Gore, które wygłasza na całym świecie o globalnym ocieplenieu. To kolejny długometrażowy dokument, uderzający pośrednio w administrację Busha, choć dotyczacy o wiele poważniejszych spraw. Niby wszyscy wiemy, że mamy poważny problem ze zmianą klimatu, ale chyba nikt nie zdaje sobie sprawy, jak poważny! Sama nie wiedziałam, jak wysokie liczby już osiągnęliśmy i że tak drastycznie szybko rosną. Potem wypiłyśmy z Agnès po piwku w barze kina, gdzie posiedziałyśmy pół godzinki, zanim ona poszła do domu, a na "Harsh Times" Davida Ayera z Christianem Balem w roli głównej. To film o byłym żołnierzu, który próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Wraz ze swoim przyjecielem jeżdżą po Los Angeles, szukają pracy i pakują się w kłopoty. Bale jak zwykle świetnie zagrał i powoli zaczynam nabierać do niego szacunku jako aktora.

  

"An Inconvenient Truth" i "Harsh Times" - polecam oba! :)

poniedziałek, 16 października 2006
Po-nie-dzia-łek...

225.

Stawiłam czoła pierwszemu dniu nowego tygodnia ze świeżymi pokładami energii, ale dosyć szybko mi się wyczerpały. Do południa jak zwykle czas zleciał mi dość szybko. Poszłam piętro wyżej rozliczyć się za wycieczkę do Liverpoolu. Oddałam im resztę mapek i nasze rachunki za jedzenie. Wydałyśmy prawie 30 funtów, bez paru pensów, więc byliśmy kwita :) Potem poszłam na lunch i wróciłam na 14, bo czekało mnie spotkanie z główną szefową, którą poznałam w Graduate School, gdzie była naszą studentką. No i się zaczęło. Na spotkaniu obecna była też moja nowa szefowa. Powiedziały mi, jaki będzie zakres moich obowiązków. Część z nich wydaje się prosta lub znajoma, innych będę musiała sie nauczyć. Oczywiście straciłyśmy prawie godzinę na to, żeby powiedzieć głośno wiele oczywistych rzeczy, ale problem zaczął się dopiero pod koniec spotkania, kiedy myślałam, że to już wszystko.

Główna szefowa powiedziała, że jest jakiś problem z moimi studiami. A już uwierzyłam, że mi się udało i że mogę wreszcie robić to, co chcę. Nie powiedziała mi, o co chodzi, bo podobno sama jeszcze nie wie. Ma dopiero iść porozmawiać na ten temat z działem rejestracji, a ja mam się jutro dowiedzieć od moich promotorów, jak to ma wyglądać w praktyce, szczególnie czasowo. Przyznam, że trochę się zdenerowałam, ale nie okazałam im tego. Wydawało mi się, że powinni się cieszyć, iż zamieniłam studia magisterskie na doktoranckie, bo nie będę znikać im co tydzień na dwie godziny, tylko mam zamiar je robić w swoim własnym czasie. Wiem, że nie będzie łatwo. Ale jeśli ktoś mi powie, że nie dam rady, tym bardziej będę chciała spróbować, żeby udowodnić, że się myli. Ja nie dam rady! Ja nie dam rady! :))) Rezygnuję tylko wtedy, kiedy sama czuję, że sobie nie poradzę, tak jak było z lekcjami francuskiego. Ale musiałam spróbować, żeby się o tym przekonać! W każdym razie, jeśli zabronią mi studiować, bo moja praca powinna być dla mnie najważniejsza, to znów zmienię pracę!

Odniosłam dziś dziwne wrażnie, że problem może być poważniejszy, niż mi się wcześniej wydawało. Być może to uniwersytet jako taki robi mi problemy? Niby mówią, że zachęcają pracowników do studiowania za darmo, ale jak próbuję, to w praktyce okazuje się, że mogę jedynie doskonalić się w dziedzinach związanych z moją pracą. Może nie podoba im się fakt, że jakaś sekretarka chce zrobić doktorat z kina europejskiego? Ale przecież ja nie chcę tu spędzić całego życia i robić kariery w administracji! Jeśli nie będę mogła studiować, to właściwie praca na uniwersytecie całkowiecie traci sens! Mogę równie dobrze poszukać sobie pracy gdzie indziej. Właściwie to wtedy mogę nawet poszukać sobie pracy w innym mieście. Co prawda ostatnio zdecydowałam się tu zostać nawet na 3 kolejne lata, żeby zrobić studia, ale jeśli ten pomysł upadnie, to będę wolna w czerwcu, jak tylko skończę lekcje w college'u. A wtedy mogę poszukać znów pracy w Londynie, tym razem na poważnie. Nic mnie już nie będzie tu trzymać!

Po spotkaniu wróciłam do swojego biurka, ale właściwie nie miałam dziś co robić, poza odpowiadaniem na maile. Kiedy odpowiedziałam już na oficjalne, zabrałam się za odpisywanie na prywatne. W końcu o 17 poszłam do domu. Czułam się kompletnie wykończona, więc od razu położyłam się na półtorej godzinki do łóżka. Kiedy mam problemy i czymś się denerwuje, wtedy sen najlepiej mi robi. Obudziłam się już w dużo lepszym stanie i poszłam na kolejną lekcję polskiego. Nie byłam właściwie do niej przygotowana, więc skończyłam wcześniej. Wróciłam do domu i usiadłam do komputera. Dostałam SMSa od Jamesa, który odezwał się nagle nie wiadomo skąd po paru tygodniach. Nie udało się nam ostatnio spotkać i pomyślałam, że to nawet lepiej. A tu nagle pyta mnie, co robię w weekend! Cóż, mam nadzieję, że odpoczywam! :) Spodobał mi się taki sposób na weekend, jaki zastosowałam ostatnio. W sobotę coś robię, mogę nawet wyjść wieczorem na imprezę, ale w niedzielę siedzę cały dzień w domu, w piżamie i wstaję z łóżka tylko po to, żeby coś zjeść lub usiąść do komputera. A jak się zmęczę, to idę spać :) Należy mi się jeden dzień lenistwa po całym tygodniu stresów! :)))

niedziela, 15 października 2006
Beatlemania :)

224.

Ostatni dzień pracy w tym tygodniu jakoś minął. Rano przynieśli mi nowy komputer, z płaskim ekranem. Do lunchu mi go instalowali, a ja w tym czasie odpisałam wreszcie z nudów na zaległe SMSy, bo nawet na to nie miałam ostatnio czasu (o mailach już nawet nie wspomnę! :) Po lunchu usiadłam do nowego komputera i udało mi się wreszcie skończyć pracę, którą szefowa dała mi w poniedziałek. Wbrew moim obawom, jakoś sobie radzę, choć nikt mi nic nie pokazał. Na szczęście dziewczyny z mojego pokoju (starsza Rachel i młodsza Leah) pomagają mi na bieżąco, jak ktoś dzwoni albo przyjdzie z pytaniem do biura. A to chyba jest dla mnie najbardziej stresujące. Z komputerem lepiej sobie radzę. Mam już dostęp do systemu Blackboard - strony, na którą wrzuca się wszystkie wiadomości dla studentów i którą mam uaktualniać. Dopiero pod koniec grudnia będę musiała wysłać studentom przypomnienie o tym, że muszą wybrać dodatkowe zajęcia (tzw. "opcjonalne") na drugi semestr. Podobno najgorszy okres tutaj to wrzesień, czyli miałam szczęście, że mnie to ominęło :)

Kupiłam wreszcie bilety dla rodziny w obie strony, z lotniska do Bratfoot i z powrotem. Po przyjeździe zwiedzą od razu Londyn, a dopiero potem przyjadą do mnie. Malwina powiedziała, że po nich pojedzie, bo sama nigdy jeszcze nie była w Londynie. Myślę, że razem będzie im raźniej, szczególnie że moja rodzina nie zna za dobrze angielskiego. Ale z powrotem będą już sobie musieli radzić sami, dlatego po przylocie muszą się wszystkiemu dobrze przyjrzeć, bo będą wracać tą samą drogą :) Jak już zostałam sama w pracy wydrukowałam wszystkie bilety. Dzięki temu, że wychodzę jako ostatnia nie miałam też ostatnio problemu z wydrukowaniemi i odbiciem na ksero poprzedniej lekcji francuskiego, a to mi bardzo ułatwia życia i pomaga oszczędzić trochę czasu. Po pracy poszłam prosto do Morrisona na zakupy. Wróciłam do domu, włożyłam jedzenie do lodówki i już musiałam wychodzić, bo po 18 byłam umówiona z Gosią i jej koleżanką z pracy pod collegem. Tym razem wzięłam wreszcie ze sobą aparat fotograficzny!

Najpierw poszłyśmy do Gosi, gdzie dojechała jeszcze jej chrześnica. Dałam im bilety na wycieczkę do Liverpoolu, które wreszcie dziś rano wykupiłam. Ustaliłyśmy też, co będziemy zwiedzać, tzn. właściwie one stwierdziły, że będą zwiedzać ze mną :) A że byłam już parę razy w Liverpoolu i uważam, że dosyć dobrze go znam, umówiłyśmy się, że najpierw zobaczymy to, czego ja jeszcze nie widziałam, a potem jak zostanie trochę czasu, to pokażę im szybko miasto :) Ponieważ na dworzu zrobiło się już ciemno, stwierdziłam że idę robić zdjęcia podświetlonego ratusza, a potem spać, bo rano trzeba rano wstać. Zrobiłam prawie 100 zdjęć, tak się rozkręciłam :) Po drodze pstryknęłam jeszcze podświetloną Alhambrę. Nagle dostrzegłam, że Bratfoot to "miasto świateł" - wszystko jest slicznie podświetlone i nawet ładnie to wygląda :) Zanim doszłam do domu, była już 21, choć wyszłam od Gosi o 20! A to oznacza, że szłam od niej godzinę do domu, choć zwykle trwa to 15 minut :)))

    

Iluminacja ratusza (więcej zdjęć na www.fotki.com/annad9)

W sobotę wstałam o 8:00, czyli tak jakbym szła do pracy. Przed 9 byłam już pod uniwersytetem. Stał tam dopiero jeden autokar, choć miały być przynajmniej trzy. Za chwilę doszła Gosia z chrześnicą i koleżanką z pracy. Wsiadłyśmy do autokaru numer 4, a w końcu było ich aż 5! :) Policzyłyśmy ile mamy osób w autokarze, a potem przywitałam wszystkich przez mikrofon i podałam najważniejsze wiadomości. W tym czasie Gosia rozdała im mapki i tym samym zarobiłyśmy na obiad :) I śniadanie, bo zaraz po przyjeździe do Liverpoolu wybrałyśmy się do stołówki w Tate Gallery, żeby coś zjeść, bo rano żadna z nas nie była głodna, a teraz wszystkie zgłodniałyśmy :) Potem kupiłyśmy bilety na prom i udałyśmy sie na godzinny rejs po rzece Mersey. Później pokazałam im trochę miasto. Zaczęłyśmy od Mathew Street, czyli tzw. "uliczki Beatlesów", a potem zaprowadziłam je jeszcze do centrum. Tam zjadłyśmy obiad w hiszpańskiej restauracji, ale była chyba prowadzona przez Anglików, bo jedzenie nie było najlepsze.

    

Nasz prom "Royal Daffodil" i widok na tzw. "Trzy Gracje": The Royal Liver , The Cunard i The Port of Liverpool Buildings (za nimi widać też wieżę starej katedry Anglikańskiej)

Po jedzeniu przegoniłam je z powrotem do Doków Alberta, gdzie poszłyśmy do Muzeum Beatlesów. Stamtąd musiałyśmy szybko wracać do autokarów, bo mi i Gosi nie wypadało się spóźnić. Ale i tak czekaliśmy pół godziny na ostatniego spóźnialskiego z naszego autobusu! Do Bratfoot dojechaliśmy o 19:30, więc było jeszcze wcześnie, poszłyśmy zatem na piwo do Titusa Salta. Tam stwiedziłyśmy, że jesteśmy głodne i zamówiłyśmy coś do jedzenia. Moje chilli con carne nie było najlepsze, więc podjadałam pasty Gosi i jej chrześnicy. W końcu około 21 poszłam do domu i do łóżka. A dziś postanowiłam nic nie robić. Rano porozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a, a potem wróciłam znów do łóżka i pospałam jeszcze 4 godzinki :) W końcu zjadłam obiad i zabrałam się za przygotowywanie ostatniej lekcji francuskiego, przegrywanie i obrabianie zdjęć oraz uaktualniania bloga. Ale zaraz idę spać :)

    

The Cavern Club na Mathew Street i Muzeum Beatlesów.

 
1 , 2