Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
wtorek, 30 października 2007
"Imperium"!

370.

W poniedziałek wróciłam do pracy. Odpoczynek dobrze mi zrobił i nie musiałam się zmuszać do powrotu - nawet się sama obudziłam tuż przed budzikiem. Nie wiedziałam tylko, co powiedzieć szefowej, ale okazało się, że jest do czwartku na urlopie. A jak wróci to pewnie będzie miała inne rzeczy na głowie. Sarah powiedziała mi też, że Mark już u nas nie pracuje, bo nie było dla niego roboty. Rzeczywiście, dla nas tez już nie wiele zostało. Zaczyna się okres, w którym nic się nie dzieje :) W czasie lunchu nie poszłam do domu, bo nie chciało mi się gotować, a miałam ochotę na coś dobrego. Poszłam więc do Tree House na pyszne ziemniaki i kalafior sosie serowym :) Spotkałam tam Philipa, więc razem zjedliśmy, a potem wróciliśmy na uniwerek. W Atrium usiedliśmy przy jednym z komputerów i Philip pokazał mi swoje zdjęcia z podróży auto-stopem do Indii. Przesłał mi później linka do tej strony, więc jak wróciłam do pracy, obejrzałam resztę zdjęć. Prosto po pracy poszłam na godzinkę spać, a potem wstałam i na 19 poszłam do college'u na pierwszą po przerwie lekcję polskiego. Po lekcji znów wskoczyłam do łóżka i poczytałam przed snem "Imperium" Ryszarda Kapuścińskiego.

Dziś w pracy nie miałam za wiele do roboty, więc starałam się po prostu wyglądać na zapracowaną :) Tego mnie nauczyli w tym kraju. Na lunch poszłam do domu i przegrałam na płytę CD zdjęcia z różnych naszych wspólnych imprez w prezencie dla Severine. Potem w pracy wydrukowałam bilety na oba francuskie pociągi (z Paryża do Severine i TGV z Lille do Paryża) oraz na samolot do Polski na Święta. Po pracy poszłam do Severine, żeby dać jej tą płytę ze zdjęciami. Była już tam Nina i Tony. Severine dała mi sery, wina, pasztety i wiele pysznych rzeczy z Francji, których nie chciała zabierać z powrotem ze sobą, więc mamy je zjeść na Kółku Francuskim. Wszyscy umawiali się jeszcze na wieczór na imprezę, ale wybierałam się do kina. Nina powiedziała, żebym przyszła po filmie, ale wykręciłam się, bo rano muszę wstać do pracy. A poza tym wkrótce się zobaczę z Severine i Geoffreyem, więc nie ma się co żegnać. Wróciłam więc do domu i poczytałam dalej Imperium", a potem na 20:45 poszłam do Muzeum na nostalgiczny film "Quand j'etais chanteur" (Melodia życia) z Gérardem Depardieu i Cécile de France. Po filmie skończyłam książkę Kapuścińskiego, która mi się bardzo podobała, i poszłam spać.

    

Koszyki z winem i pasztetem od Severine oraz scena z filmu "Quand j'etais chanteur" (The Singer).

niedziela, 28 października 2007
Latino Party! :)

369.

W czwartek wstałam rano i zabrałam się za oglądanie pozostałych filmów od Toma. Zaczęłam od "Lśnienia", ale nie dałam rady:) Nie lubię horrorów, bo za bardzo się potem boję i nie mogę spać, więc obejrzałam film na przyśpieszeniu :) Później włączyłam thriller "The Wicker Man" (czyli "wiklinowy człowiek") - kultowy film brytyjski, którego polski tytuł brzmi "Kult". W zeszłym roku Amerykanie nakręcili nową wersję z Nicolasem Cagem i prawdę mówiąc chętnie bym ją obejrzała dla porównania, bo ta mi się bardzo podobała. Domyślam się, że nowa wersja kończy się happy endem, bo Cage nie może przecież na koniec zginąć! Chociaż Hollywood zaczęło się ostatnio zmieniać, więc może bym się zdziwiła? 

    

Jack Nicholson w "Lśnieniu" i scena z filmu "The Wicker Man" (Kult).

Potem obejrzałam bardzo dobry film historyczny "Barry Lyndon" Stanleya Kubricka, a na koniec gangsterski - "Chłopcy z ferajny" Scorsese. Płyta DVD z tym filmem była dwustronna. Po raz pierwszy taką widziałam i trochę mi zajęło, zanim to rozgryzłam :) Bo film mi się nagle urwał w połowie, a w pudełku nie było drugiej płyty, więc w końcu się domyśliłam :) Szczególnie, że po żadnej stronie płyty nie było naklejki z napisami i właściwie obie wyglądały tak samo. Potem sprawdziłam maile i od znajomej z Nowego Jorku dowiedziałam się, że przeprowadziła się z powrotem do Kalifornii, bo jej mąż, reżyser Darren Lemke, dostał właśnie zlecenie napisania czwartej części "Shreka" :) Poznałam ich na tutejszym festiwalu filmowym.

    

Ryan O'Neal w filmie "Barry Lyndon" i "Chłopcy z ferajny": DeNiro, Pesci i Liotta.

W piątek pospałam do południa, a potem zabrałam się za pisanie pracy. Potem sprawdziłam konto, a że dostałam już pensję, więc zapłaciłam od razu za mieszkanie. W końcu około 16 wzięłam prysznic i po 17 pojechałam do Morrisona. Wracając niestety musiałam się przesiąść na Interchange, więc w domu byłam dopiero o 20. Wzięłam sery, chleb, filmy dla Toma i prezent dla Severine (butelka i szkatułka) i poszłam na Kółko Francuskie będące jednocześnie ucztą pożegnalną dla Severine i jej chłopaka. Oprócz nich był juz Conrad, a później doszli Nina i Tony, Uxia, Jonathan, Tom, Fabrice i Yoann, Philip, Betty oraz wolontariusze z Leeds - Baptiste i Elize. Na przystawkę zjedliśmy "francuski kawior", potem "fois gras", a na koniec zapiekane ziemniaki i naleśniki. O serach zapomnieliśmy, bo wszyscy poszli już spać i zostaliśmy znów w tym samym składzie, co na początku - Severine, Geoffrey, Conrad i ja :) Ustaliłam z Severine szczegóły mojego przyjazdu i pokazała mi francuską stronę, na której kupuje się bilety pociągowe. Wyszliśmy od nich z Conradem o 5 rano! :)

W sobotę obudziłam się rano na kacu :) Otworzyłam więc okno, napiłam się wody i wzięłam proszek przeciwbólowy. Potem pospałam jeszcze do 13, wzięłam prysznic i na 14:30 poszłam do Alhambry na balet "Romeo i Julia". Pod koniec drugiego aktu, kiedy zginął Tybalt, na scenę tuż przed opadnięciem kurtyny spadła ściana wody. Taki prosty efekt, a zrobił dość niesamowite wrażenie. Po przedstawieniu pobiegłam do domu, gdzie czekała już na mnie Kinga. Zrobiłyśmy razem pranie, a potem ona pojechała do domu, a ja powiesiłam wszystko w szafie i wreszcie coś zjadłam, bo od rana byłam tylko na owocach. Na 20 miałam iść do kina, ale mi się odechciało. Zamiast tego kupiłam przez Internet bilety pociągowe na francuskiej stronie SNCF za niewiele ponad 20 funtów (31 euro). Później poszłam wyjąć pieniądze, które byłam winna Gosi i pojechałam je jej oddać. Wypiłyśmy po piwku i około 22 wróciłam z Kingą autobusem do domu. Już miałam iść spać, kiedy dostałam SMSa od Philipa i umówiłam się z nim na Latino Party, o którym wspomniał mi Maciek. Spotkaliśmy się w pubie i Philip przedstawił mnie parze Hiszpanów, z którymi we czwórkę poszliśmy na imprezę. Tam oprócz Maćka spotkałam jeszcze parę znajomych osób. Zabawiłam do 1:30, a potem poszłam do domu i przestawiłam zegar o godzinę wcześniej :)

    

"Romeo i Julia" w wykonaniu Northern Ballet Theatre.

Dziś obudziłam się przed południem i porozmawiałam z rodziną przez SKYPE'a, a potem poszłam dalej spać z powrotem do łóżka :) Byłam umówiona z Gosią, że wpadnie do mnie i pomogę jej odrobić pracę domową z kursu, który robi w pracy. Zadzwoniła i powiedziała, że przyjdzie około 17, więc wyłączyłam telefon i poszłam spać. O 17 obudził mnie budzik, więc wstałam i zanim Gosia przyszła ogarnęłam trochę mieszkanie. Posiedziałyśmy i pogadałyśmy do 19, a potem Gosia poszła do domu, a ja usiadłam do komputera. Ale zaraz odłączę się od sieci i może jeszcze coś napiszę przed snem, bo jutro muszę wysłać to, co mam do mojego promotora, a w czwartek po pracy mam się z nim spotkać i omówić plan na przyszłość :)

środa, 24 października 2007
Maraton filmowy :)

368.

W poniedziałek obudziłam się koło południa i oczywiście Sarah wysłała mi już SMSa z pytaniem, jak się czuję. Odpisałam, że źle i że tym razem nie wrócę do pracy, aż poczuję się całkiem dobrze. Usiadłam do komputera i odpisałam wreszcie na zaległe maila. Odezwał się między innymi Sean, że na początku listopada ma się przeprowadzić do Brukseli. Przyjaciel go namawia, żeby pojechał z nim i poszukał tam sobie pracy. Jeśli coś z tego wyjdzie, to może uda się nam spotkać, jak będę w Lille, bo to bardzo blisko. Za to Agnès stwierdziła, że nie wie jeszcze na pewno, czy przyjedzie. Mam nadzieje, że uda się nam wszystkim spotkać, ale zobaczymy. Wieczorem odłączyłam się od sieci i wzięłam komputer do łóżka, żeby pooglądać filmy. Zaczęłam od "Sahary" od Kingi, ale niestety okazało się, że obraz mi nie działa i mam tylko dźwięk. Spróbowałam więc puścić drugą płytę od niej, z "Dniem próby" (Training Day) i bez problemu obejrzałam cały film. Wolałbym jednak, żeby było na odwrót, bo "Dzień próby" już kiedyś widziałam, a"Sahary" jeszcze nie.

    

"Sahara", której do tej pory nie widziałam i mocny "Dzień próby".

Tymczasem Neil zaproponował mi obejrzenie 11 polskich filmów i wybranie znów paru na przyszłoroczny festiwal filmowy. Ustaliliśmy SMSami, że prześle mi je do domu, to może obejrzę je od razu w tym tygodniu. Odebrałam też telefon od KLM - co prawda chcieli rozmawiać z Gosią, ale podałyśmy mój numer jako jej kontaktowy - i dowiedziałam się, że odwołali wszystkie loty z Warszawy do Leeds 31 grudnia. Powiedzieli mi, że Gosia musi oddzwonić i dać im znać, czy chce wracać z niedzielę 30 grudnia czy we wtorek 1 stycznia. Czekałam, że do mnie też zadzwonią, ale nikt się nie odezwał, a mam dokładnie taki sam bilet jak ona. Potem obejrzałam jeszcze starą brytyjską komedię "Dr. Strangelove or: How I Learned to Stop Worrying and Love the Bomb" (Dr. Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę), która wydała mi się mało śmieszna i na koniec świetną "Historię przemocy" (A History of Violence). W końcu o północy poszłam spać.

    

Peter Sellers jako "Dr. Strangelove" i Viggo Mortensen w "Historii przemocy".

Wczoraj obudziłam się po południu, śpiąc non stop ponad 12 godzin. Chyba naprawdę jestem chora :) Potem tradycyjnie już usiadłam do komputera i odpisałam na maile. Po 16 przyszła Kinga, żeby przegrać pliki mp3 do telefonu, żeby mogła sobie słuchać w autobusie. Po drodze kupiła mi mleko, bo już mi się skończyło, a tym razem naprawdę nie wychodzę z domu. Odmówiłam nawet Francuzce, którą poznałam w zeszły czwartek, a która przysłała mi SMSa z pytaniem, czy idę wieczorem z nią i jej znajomymi na piwo. Chyba naprawdę jestem chora :))) Potem doszła jeszcze Gosia i przyniosła mi paczkę z 10 filmami od Neila, którą znalazła na dole w skrzynce i rozmawiałyśmy o biletach KLM, ale postanowiłyśmy, że poczekamy jeszcze aż zadzwonią do mnie i do Kingi. Po ich wyjściu przeczytałam list od Neila - napisał parę zdań po polsku! Pewnie mu ktoś przetłumaczył! :) Ale to dziwny zbieg okoliczności, bo Beatka, znajoma ze Stanów, też zaczęła do mnie pisać maile po polsku :) Co ich tak nagle wszystkich naszło, żeby się uczyć?! :)) Oglądanie polskich filmów zaczęłam od bardzo dobrego dokumentu "Jak to się robi" Marcela Łozińskiego i jestem na tak. Jest bardzo na czasie i pewnie pokażemy go na festiwalu. Potem obejrzałam "S@motność w sieci" i myślałam, że umrę z nudów. Lubię Cielecką i Chyrę, lubię też Adamka, zdjęcia były piękne, wnętrza i sceny miłosne też. Ale nie pokażemy tego filmu na festiwalu, bo nikt nie wytrzyma na nim do końca. Szkoda, bo to był inny obraz Polski i Polaków, niż mają tutaj na co dzień. Nie stereotypowy.

    

Piotr Tymochowicz w "Jak to się robi" i dobrana para - Cielecka z Chyrą - w "S@motności w sieci".

Dziś obudził mnie kolejny SMS, w którym Sarah prosi, żebym dała znać szefowej, jak się czuję. Pomyślałam, że wyślę jej maila po 17:00, pisząc iż przepraszam, że nie dzwonię, ale całymi dniami śpię. I oczywiście, że mam nadzieję wkrótce wyzdrowieć :) Napisałam już za to maila do mojego promotora, z którym miałam się jutro spotkać, że jestem chora i nie wychodzę z domu. Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że w tym tygodniu coś jeszcze napiszę, ale teraz raczej czarno to widzę. Zabrałam się za to za oglądanie filmów. Zaczęłam od dokumentu o śmierci "A czego tu się bać" Małgorzaty Szumowskiej. Potem była nie śmieszna komedia "Statyści" Michała Kwiecińskiego. Później obejrzałam krótki dokument o nauczycielu gry na fortepianie "Lekcja muzyki". Po nim następny dokument, tym razem o wojnie, "Powiedz mi dlaczego" Małgorzaty Imielskiej. Ta sama reżyserka nakręciła fabułę o szaleństwie "Chciałam ci tylko powiedzieć". W końcu zasnęłam, kiedy zaczęłam oglądać kolejny film - dokument o polskim astronomie Wolszczaku - "Gwiazdor" Jana Sosińskiego.

         

Mody Opania w "Statystach", Warchulska" w "Wieży" i świetny Gajos w "Jasminum".

Dokończyłam go, jak się obudziłam i obejrzałam kolejny przygnębiający film o nieszczęśliwej miłości - "Wieża" Agnieszki Trzos. Nabawiłam się tylko depresji od tych filmów :) Na szczęście na koniec zostawiłam sobie "Jasminum" Kolskiego, który trochę mi poprawił humor i skojarzył się z "Pachnidłem" Toma Tykwera. Może film Kolskiego był zainspirowany książką Patricka Suskinda? Zdecydowałam już chyba, które filmy pokażemy na festiwalu w marcu: "Plac Zbawiciela" Krauzego, który widziałam już wcześniej, "Jak to się robi" Łozińskiego i "Jasminum" Kolskiego. Jeśli Neil powie, że chce więcej, to jest tu parę fajnych dokumentów, ale wszystkie strasznie przygnębiające i pokazujące Polskę taką, jaką chcieliby tu oglądać, stereotypową, więc zawsze możemy dorzucić "A czego tu się bać" Szumowskiej czy "Powiedz mi dlaczego" Imielskiej. Ale żadna z pozostałych fabuł się raczej nie załapie. A jutro mam zamiar obejrzeć pozostałe filmy Toma, żeby móc mu je oddać w piątek na Kółku Francuskim. Ale teraz idę już spać :)

niedziela, 21 października 2007
Paszport na drogę :)

367.

Tak się wczułam w to chorowanie, że piątek rano ledwo doszłam do pracy :) W środku nocy zerwał mnie z łóżka skurcz nogi i rano nadal bolał mnie mięsień. Do tego doszedł jeszcze ból brzucha i Sarah powiedziała, że naprawdę źle wyglądam. Rozważałam nawet pójście do domu, ale wtedy nie mogłabym sobie chorować przez cały przyszły tydzień, tylko musiałabym wrócić w przyszły piątek do pracy. Tylko 5 dni mogę zostać w domu podpisując tzw. "Self Certificate" potwierdzający, że byłam chora. Potem muszę już mieć zwolnienie od lekarza, którego raczej nie dostanę, bo mam nadzieję, że przez ten tydzień całkiem się wykuruję. Prawdę mówiąc robię to nie tylko dla siebie, ale także dla nich. Jeśli teraz odpocznę i się podleczę, to potem nie będę tak wciąż chorować, tylko powinnam już non stop chodzić do pracy :) Oczywiście poza urlopem w przyszłym miesiącu i Świętami w grudniu :) A później aż do końca marca już nic nie planuję. Zacznę może za to odkładać pieniądze :) W każdym razie wytrzymałam cały dzień w pracy, a potem pojechałam do Morrisona na zakupy. Po drodze spotkałam Philipa i dowiedziałam się, że wyrzucili ich ze squatu, więc znów szuka sobie miejsca.

Wróciłam do domu około 19, a na 20 podjechałam do Gosi. Była już u niej Kinga. Napiłyśmy się szarotki, a później wróciłam z Kingą autobusem do domu. W międzyczasie odezwał się do mnie Maciek i umówiliśmy się, że przyjdzie wieczorem na Kółko Francuskie. Usiadłam do komputera i dopiero o 22 wzięłam białe wino, ser i poszłam do Severine. Była już w domu, choć mówiła, że może wróci później z pracy. Oprócz niej był też Geoffrey i Philip. Wkrótce doszła Nina i dowiedziałam się, że ich też wkrótce wyrzucają ze squatu, więc szukają nowego. To jakiś pechowy tydzień dla squatterów! Przez ten weekend będą szukać nowego domu. Paweł powiedział nawet, że z tego powodu nie pojedzie jednak na wybory, mimo że się zarejestrował, bo musi się przeprowadzić. Wkrótce doszła jeszcze Uxia razem z wolontariuszami z Bratfoot i z Leeds i po raz pierwszy od dawna mieliśmy tak wiele osób z Francji na raz! :) Oprócz Severine i Geoffreya byli jeszcze Baptiste, Betty, Fabrice, Yoann i Alice. Reszta to mieszanka z Polski, Anglii, Hiszpanii, Niemiec, Włoch i Urugwaju :)

Po północy zadzwonił Maciek, więc wyszłam po niego pod mój dom i wróciliśmy razem na Kółko. Był bardzo zadowolony, że może sobie poćwiczyć hiszpański. Wziął kontakt do wolontariuszy i zaczęli nawet planować Kółko Hiszpańskie :) A my tymczasem planowaliśmy ostatnie Kółko Francuskie z Severine i Geoffreyem przed ich wyjazdem. Ustaliliśmy, co kto przynosi. Za tydzień bowiem spotykamy się o 20 i gotujemy :) Nie zapraszamy żadnych nowych ludzi, tylko starą gwardię. I tak będzie nas z 14 osób! Czeka nas zatem kolejne pożegnanie... Na szczęście zobaczę ich wkrótce we Francji. Około 3 nad ranem zaczęliśmy się powoli zbierać. Maciek, Sally i ja poszliśmy pod mój dom, gdzie poczekaliśmy z nią na taksówkę, a potem rozeszliśmy się umawiając się na niedzielę na wybory :) Mamy się spotkać na dworcu i pójść razem zagłosować. A potem wrócimy pewnie tym samy autobusem do Bratfoot. W domu usiadłam jeszcze do komputera i sprawdziłam maile, zanim poszłam wreszcie po 4 spać :)

W sobotę obudziłam się przed 10 i nie mogłam już zasnąć, więc wstałam i zaczęłam się pakować. Po raz pierwszy jadąc do Manchesteru musiałam zabrać ze sobą paszport! :) Przed wyjazdem porozmawiałam jeszcze chwilę z rodziną i namówiłam mamę, żeby jednak poszła na wybory. Potem poszłam do centrum spotkać się z Gosią i Kingą, które kupiły Malwinie kartkę urodzinową. Podpisałam się i pobiegłam na dworzec. Spotkałam tam znajomą, której nie widziałam ze dwa lata i przegadałyśmy razem całą drogę. W Manchesterze czekała już na mnie koleżanka mojej znajomej i razem do niej podjechałyśmy, po drodze wchodząc jeszcze do sklepu po pieczarki. Znajoma bowiem robiła pizzę, w czym jej trochę pomogłyśmy :) Jak pizza była już gotowa, wszyscy jej współlokatorzy zeszli się w kuchni i wspólnie ją zjedliśmy :) Potem zabrałyśmy się za pisanie raportu z zebrania, bo moja znajoma musiała po raz pierwszy zrobić coś takiego w pracy i nie wiedziała, jak to się robi, więc niepotrzebnie się stresowała :) Skończyłyśmy około 21 i zaczęłyśmy rozmawiać o wyborach, na które się razem wybierałyśmy, złamałyśmy zatem ciszę wyborczą :) Potem odprowadziłyśmy koleżankę na autobus, a same weszłyśmy jeszcze na chwilę do pobliskiego pubu, gdzie trochę potańczyłyśmy. W domu byłyśmy po 1:00.

Dzisiaj pospałyśmy prawie do południa, a potem ja wzięłam kąpiel i poczytałam sobie trochę polskie gazety :) W tym czasie doszła do nas jeszcze koleżanka i zjadłyśmy razem śniadanie. Prowadziłam też polityczną dyskusję z mieszkającym z tym samym domu Anglikiem, który ma komunistyczne poglądy :) Tymczasem Malwina przysłała mi SMSa z wiadomością, że w Manchesterskim punkcie wyborczym jest dość duża kolejka, więc postanowiłyśmy nie iść po Maćka na dworzec, tylko zająć kolejkę i wytłumaczyć mu, jak ma dojść. Zadzwonił też Krystian, że już dojechał i umówiliśmy się, że damy mu znać, jak dojdziemy. Wyszłyśmy z domu po 14 i poszłyśmy spacerkiem do polskiego kościoła przy Moss Lane. Po drodze wytłumaczyłam Maćkowi jak ma do nas dojść. Kolejka rzeczywiście ciągnęła się wokół domu parafialnego. Zaczęłam iść wzdłuż ogrodzenia, aż znalazłam Krystiana i dołączyłam do niego. Miałam szczęście, bo wkrótce wyszedł jakiś pan z punktu wyborczego i poprosił, żeby osoby z nazwiskami od A do I szły za nim. Poszliśmy więc z Krystianem i chwilę później mieliśmy już w ręku karty do głosowania. Zagłosowałam za kimś, a nie przeciw komuś, czyli dokonałam selekcji pozytywnej, a nie negatywnej i czuję, że dobrze spełniłam swój obywatelski obowiązek :)

Wróciłam do dziewczyn do kolejki, a Krystian się z nami pożegnał i pojechał do domu. Po jakimś czasie doszedł do nas Maciek. Poczekałam z nimi i zrobiliśmy sobie nawet parę zdjęć przy urnie :))) A potem ja z Maćkiem musieliśmy już biec na dworzec, żeby złapać autobus o 17. W Bratfoot byliśmy o 18 i najpierw poszliśmy do Chińczyka po coś do jedzenia na wynos, a potem poszliśmy do mnie, żeby to po ludzku zjeść - na talerzu i metalowymi sztućcami :) Napiliśmy się herbaty i Maciek ściągnął mi jakiś program do ściągania plików. Wyszedł przed 20 i pojechał do pracy, a ja usiadłam do komputera. Potem pogadałam przez telefon z Gosią i ze znajomą z Manchesteru. Czekałyśmy niecierpliwie na wyniki wyborów, ciesząc się już z rekordowej frekwencji :) Później zadzwonił Krystian, który dojechał właśnie rowerem do Bratfoot. I czuć było w powietrzu, że to naprawdę wzniosły dzień. I mimo, iż znam już wyniki i Partia Kobiet, na którą głosowałam i tak nie wejdzie do Sejmu (co zresztą podejrzewałam :) to i tak czuję, że WYGRALIŚMY! :)

czwartek, 18 października 2007
Pójdę se na chorobowe :)

366.

W środę rano w pracy zobaczyłam ducha! I to nie byle jakiego, tylko "ducha zmarłej żony"! :) Pojawiała się u nas bowiem Ingrid wraz z mężem, czyli dziewczyna po której przejęłam to stanowisko. Wrócili właśnie z rocznej wyprawy do Ameryki Południowej, żeby odwiedzić znajomych z pracy i zebrali się wszyscy na jakieś pół godziny na korytarzu. Oczywiście nie wyszłam do nich, tylko dalej ciężko pracowałam, słysząc czasem kawałki rozmowy - o zimnej wodzie, biednych dzieciach i tych samych ciuchach, noszonych przez cały rok. Po czym Ingrid stwierdziła, że szybko wraca się do starych nawyków i poszła już z siostrą na zakupy. I powiedziała to w momencie, kiedy już zaczęłam wierzyć, że coś przez ten czas zrozumiała! Na przykład, że to nie jest normalne, że tam ludzie żyją w takich warunkach, tylko że my się do tego przyczyniamy. I jeżeli chce im pomóc, to nie musi koniecznie tam jechać, tylko próbować coś zmienić tutaj. Bo odniosłam wrażenie, że zachowała nadal to angielskie poczucie wyższości. "My wam pomagamy, bo wy jesteście słabiej rozwinięci". Zupełnie jak jedna wykładowczyni, która powiedziała mi, że ostatnio była w Krakowie i w Gdańsku. Oba wyjazdy wspomina bardzo miło, szczególnie polską gościnność, ale rozumie, że ludzie tu przyjeżdżają lepiej zarabiać. Nie wytrzymałam i powiedziałam jej, że mam przyjaciół w Warszawie, którzy pytają mnie, po co wyjeżdżałam, skoro w Polsce mogłabym żyć na tym samym poziomie? Próbuję im uświadomić, że pieniądze to nie jedyny powód!

Kiedy poszłam na lunch do domu znalazłam w skrzynce nową kartę do Muzeum Mediów, która przez rok znów uprawnia mnie do zniżki na filmy, a razem z nią 2 darmowe bilety. Wcześniej wyrobiłam sobie też nową legitymację studencką, która teraz jest ważna aż do 2010 roku! Mam nadzieję, że skończę te studia wcześniej! :))) Ale ważne, że legitka jest długo ważna, bo dzięki niej mam zniżki między innymi do teatru i do kina :) Po powrocie do pracy poszłam od razu na zebranie Wydziału Psychologii i teraz muszę napisać z niego sprawozdanie. Mam zamiar to zrobić do piątku, bo w przyszłym tygodniu chcę wreszcie pochorować! :) Nadal nie czuję się najlepiej i jak będę tak dalej chodzić do pracy, to nigdy nie będzie lepiej. Muszę po prostu zostać parę dni w domu i nigdzie nie wychodzić. Dopóki uczyłam w college'u było to niemożliwe, ale w przyszłym tygodniu mamy tak zwany "Reading Week" i nie ma zajęć, więc mogę wreszcie pochorować i trochę popisać pracę oraz obejrzeć parę filmów na DVD, które pożyczyłam od Toma i Kingi. Razem jest ich z osiem, więc tydzień na chorobowym powinien mi wystarczyć :))) Po pracy położyłam się na chwilę do łóżka i dokończyłam wypełnianie papierów na polski. Potem poszłam do college'u, modląc się, żebym nie miała jednak wizytacji :) Na szczęście jedna z moich studentek, która pracuje w college'u powiedziała mi, że wizytatorzy już wyjechali! :) I znów mi się udało :))) Inna studentka przyniosła makowca, którego sama po raz pierwszy w życiu upiekła i powiedziała, że nigdy więcej! :) Szkoda, bo był bardzo dobry, ale powiedziała, że zajęło jej to 8 godzin! :)))

Dzisiaj w pracy zabrałam się za raport z wczorajszego zebrania i uaktualnianie Blackboard. Potem poszłam do domu na lunch, a jak wróciłam, pojawił się znów "duch zmarłej żony", czyli idealna Ingrid, która wszystko wiedziała i nie popełniała błędów :) Na szczęście tym razem szybko zniknęła :))) Ale ja zaczęłam znów myśleć o zmianie pracy, jeżeli się tylko pojawi coś ciekawego, bo rok w jednej pracy to chyba dość?! :) Poza tym miałam już na sobie wszystkie swoje ciuchy, więc jeśli nie można nosić tych samych ciuchów dłużej niż rok, to czas na mnie! :) W nowej pracy znów będą nowe, bo nikomu się jeszcze nie opatrzą :))) Problem polega jednak na tym, że muszę znaleźć pracę na uniwerku, żeby nie tracić darmowych studiów. A tej roboty mam już powoli dość. Po pracy wróciłam do domu i tradycyjnie położyłam się do łóżka, gdzie wypełniałam "claim form", czyli formę, w której wpisałam ile college jest mi winien za te 30 lekcji, które do tej pory przeprowadziłam i wrzuciłam kopertę zaadresowaną do mojego szefa do pokoju sekretarek, żeby wysłały to jutro pocztą wewnętrzną. Potem na lekcji rozmawialiśmy o imprezie świątecznej, którą planujemy w Cartwright Hotel. A po lekcji poszłam z Wanyu do studenckiego pubu na terenie campusu i spotkałyśmy tam Danny'ego i jakiś Francuzów, których zaprosiłam na nasze "Kółka francuskie" :) Wymieniliśmy się numerami i może przyjdą za 2 tygodnie? A potem wyszłam z Wanyu i tuż przed 23 byłam w domu. Jutro muszę jeszcze poudawać chorą, wiec już się wczuwam :)

wtorek, 16 października 2007
Drugi blog :)

365.

W poniedziałek obudziłam się o 5 rano i nie mogłam już zasnąć, więc usiadłam do komputera i zaczęłam pisać drugiego bloga. Założyłam go dawno temu i miałam tam pisać o moich pierwszych wakacjach w Bratfoot, ale zmieniłam zdanie. Dlatego zmieniłam też nazwę, z "Lato w Anglii!" na mniej wyszukaną "Drania kosmopolitycznym okiem" :))) Potem poszłam do pracy, choć jestem nadal chora. Ale co z tego, że rano poleżę w łóżku, jak wieczorem i tak muszę iść do college'u? Dlatego postanowiłam, że przetrzymam jeszcze jakoś ten tydzień, ale w przyszłym wezmę sobie wolne, bo mam wtedy przerwę w college'u. W pracy pokaszliwałam od czasu do czasu, żeby mnie pożałowali i zobaczyli, jak się poświęcam :) Na lunch poszłam do domu, ale nie chciało mi się jeść, więc zamiast obiadu tylko coś przegryzłam. Potem wróciłam do pracy i do 17 udało mi się skończyć wreszcie rejestrować studentów na poszczególne wydziały. Tak mi się przynajmniej wydawało, ale okazuje się, że tutaj to się nigdy nie kończy! Ponieważ nie ma egzaminów wstępnych, tylko każdy sobie wybiera kierunek, może go też w każdej chwili zmienić. No i zmieniają, a ja już za nimi nie nadążam. Co chwilę okazuje się, że ktoś komu w systemie wstukałam jakieś zajęcia, już na nie nie chodzi i muszę je zamieniać na inne. W dodatku nikt się tu nie trzyma terminów i chociaż straszą czasem studentów konsekwencjami, to nikt ich właściwie nie egzekwuje.

Po pracy poszłam do domu i położyłam się na trochę do łóżka. Potem wstałam i wyszłam trochę wcześniej niż zwykle, bo miałam wypełnić jednej z moich studentek "withdrawn form", dzięki której może zrezygnować z zajęć bez płacenia, bo była tylko na pierwszych zajęciach, a teraz musi w tym czasie chodzić do pracy. W college'u mamy swój pokój, w którym trzymamy listy studentów i do którego dostałam klucz dopiero po paru miesiącach czekania. Ostatnio zaś okazało się, że oprócz klucza muszę jeszcze znać kod, bo założyli dodatkowe zabezpieczenia na drzwi. Spisałam dane tej studentki i przy okazji znalazłam w swojej przegródce informację o tym, że w tym tygodniu będzie wizytacja, więc powinnam mieć przy sobie całą papierkową robotę, której nawet jeszcze nie zaczęłam! Zdenerwowałam się lekko, szczególnie, że jak wyszłam z pokoju, to spotkałam jakąś kobietę, która spytała mnie o to, gdzie się odbywają zajęcia z polskiego. Powiedziałam jej, w której sali, nie zdradzając, że jestem nauczycielką i poszłam na dół, żeby zostawić tą "withdrawn form". Byłam przekonana, że ta kobieta przyszła na wizytację. Jak wróciłam na górę, spytałam ją podchwytliwie, czy jest nową studentką, a ona odpowiedziała, że tak! Kamień spadł mi z serc :) I znowu mi się udało :))) Po lekcji wróciłam do domu i przed snem wrzuciłam jeszcze jedną notkę na drugiego bloga. Obie można znaleźć na http://drania.blox.pl/html.

Dzisiaj rano mieliśmy cotygodniowe zebranie (o których zresztą zawsze zapominam :) a potem zabrałam się dalej za uaktualnianie listy studentów. To się chyba nigdy nie skończy. Oprócz zmiany kierunków i zajęć dodatkowych (na co teoretycznie mieli czas tylko w pierwszym tygodniu zajęć, a exodus trwa do dziś) studenci mogą jeszcze całkiem zrezygnować ze studiów (witdrawn) lub wziąć rok wolnego (interculating, albo inaczej mówiąc suspending), czyli tak zwaną dziekankę. Obie sytuacje dostarczają mi więcej pracy, bo muszę wypełnić za nich formę, a potem usunąć przypisane już do nich zajęcia z systemu. I nie mam w ogóle czasu, żeby sprawdzić maile, albo uaktualnić Blackboard, co miałam zamiar dzisiaj zrobić. Do tego wszystkiego doszło jeszcze godzinnie zebranie i akademicy, którzy przychodzą z jakimiś problemami, lub po prostu poplotkować, i zanim się człowiek obejrzy, mija 17. Poszłam prosto do domu i od razu wskoczyłam w piżamę. Posiedzę jeszcze chwilę w sieci, a potem biorę się za przygotowanie papierkowej roboty do college'u, bo wizytacja może mnie jeszcze dopaść jutro lub w czwartek :) Być może wrzucę też kolejną notkę na drugiego blog? Zobaczymy :)

niedziela, 14 października 2007
Bratfoot Eye :)

364.

W piątek rano poszłam do pracy szczęśliwa, że ten tydzień już się kończy, choć był przecież dla mnie krótszy. Ale nadal nie najlepiej się czułam i męczył mnie suchy kaszel. Po pracy poszłam na chwilę do domu, a potem na 18:15 na francuski film "L'Héritage" (Legacy). Akcja działa się w Gruzji i grała w nim Sylvie Testud. Była to opowieść o różnicach między Wschodem i Zachodem. Po filmie poszłam prosto do Chino Tai na lekcję salsy. Była tam już Agata, Krystian, Piotrek i ich współlokator. Lekcja zaczęła się z opóźnieniem, przez co musiałam wyjść przed końcem, żeby na 21 zdążyć do Titusa Salta na Kółko Francuskie. Ale za tydzień mam zamiar zostać dłużej, bo wtedy Kółko zacznie się dopiero po 22. Tym razem jednak Conrad i ja umówiliśmy się z nowymi ludźmi, ale przyszedł tylko Ray. W dodatku nie mógł zostać, więc po dwóch Żywcach poszliśmy bez niego do Severine. Była już tam Nina, Tom, Paweł i Uxia oraz Geoffrey. Piliśmy białe wino, a potem ciemne piwo i czerwone wino :) Po północy przyszedł Philip z kolegą i z nimi zabrałam się po 3:00 nad ranem do domu. Ale wcześniej poszliśmy zobaczyć nowy squat, który otworzyli zaraz koło mnie, znów w samym centrum! :) Oprócz Philipa będzie tam mieszkać Sally, Zibby i jeszcze parę znajomych osób, które wcześniej mieszkały razem z Agnès.

    

"L'Héritage": Leo Gaparidze, George Babluani, Olga Legrand, Sylvie Testud i Stanislas Merhard.

W sobotę obudziłam się w południe z bólem głowy i leżałam w łóżku, aż zadzwoniła Kinga mówiąc, że jedzie do pralni koło mnie zrobić pranie, bo pralka jej nadal nie działa. Wstałam więc z łóżka, ale przyjęłam ją w szlafroku :) Przegrałam jej zdjęcia z aparatu, bo nie miała już miejsca, ale miałam problem z nagraniem ich na płytkę, bo wszystkie programy, które miałam, zniknęły. Dopiero po jej wyjściu udało mi się nagrać płytkę. Później zadzwoniła do  mnie siostra ze SKYPE'a i umówiłyśmy się, że zdzwonimy się następnego dnia w południe, jak moje rodzeństwo obierze już z lotniska mamę, która była w Etiopii. Około 16:30 dojrzałam wreszcie do tego, żeby zjeść śniadania :) A potem kupiłam bilet do Glasgow na pierwszy weekend grudnia. Moja znajoma ze Stanów przylatuje odwiedzić swoją kuzynkę, więc postanowiłyśmy skorzystać z okazji i spotkać się po 10 latach! :) Weekend wcześniej będzie w Amsterdamie i namawiała mnie, żebym tam też przyjechała, ale jak sprawdziłam ceny biletów, to zrezygnowałam. Kupiłam za to bilet do Francji na połowę listopada. Mam zamiar wykorzystać ostatnie 3 dni urlopu i odwiedzić Severine, która wraca do domu pod koniec października. Lecę do Paryża, ale Severine mam mnie odebrać z lotniska i pojedziemy do Lille, gdzie jeszcze nigdy nie byłam. Tam mam nadzieję dojedzie do nas Agnès i może Matthieu :)

Wieczorem wzięłam komputer do łóżka i napisałam kolejne pięć stron pracy, ale szybko zachciało mi się spać. Położyłam się, ale obudziłam się o 5 rano i nie mogłam już zasnąć, więc usiadłam znów do pisania. O 7 poszłam dalej spać i dopiero o 12 obudził mnie budzik. Wzięłam prysznic, a potem zadzwoniłam do rodziny i porozmawiałam z mamą przez SKYPE'a. Wróciła z wycieczki bardzo zadowolona i przywiozła mnóstwo zdjęć. O 13 poszłam do sklepu, a potem wróciłam tuż przed 14, więc włożyłam tylko wszystko do lodówki i poszłam na kolejną lekcję angielskiego z Aldo. Wyszłam od niego o 16 i parę minut później przyszedł do mnie Paweł, którego wpuściłam do domu, żeby skorzystał u mnie z Internetu i zarejestrował się na wybory :) Chwilę później musiałam już wychodzić, bo Gosia zadzwoniła do mnie, że wsiada właśnie w autobus i za chwilę będzie u mnie. Dosiadłam się do niej, a potem przesiadłyśmy się na Interchange'u i pojechałyśmy do Cartwright Hotel, gdzie doszła do nas Kinga. Umówiłyśmy się tam na polski obiad, po którym wróciłam z Gosią do centrum. Wzięłam aparat i wsiadłyśmy na koło, które stanęło w piątek pod ratuszem. Potem ona pojechała do domu, a ja do kina na "Testosteron". Na sali było paru moich uczniów i film bardzo im się podobał. Ja też się dobrze bawiłam, choć był pełen stereotypów. Po filmie podjechałam do domu, bo miałam dzienny bilet i zaraz idę spać :)

    

„Bratfoot Eye” :) i „Testosteron": Stuhr, Stelmaszczyk, Kosiński, Szyc, Kot, Karolak i Adamczyk.

czwartek, 11 października 2007
Wybieram.pl :)

363.

W środę rano wstałam z łóżka i stwierdziłam, że muszę coś zrobić, żeby zasłonić czoło, bo cera mi się ostatnio bardzo popsuła. Obcięłam więc grzywkę, a potem poszłam do pracy :) Nadal nie czułam się najlepiej, ale chciałam zobaczyć, jak wygląda Access Day, czyli taki Dzień Otwarty dla "mature students", czyli dojrzałych studentów, którzy postanowili wrócić do nauki po latach, kończąc college i być może wybierając się na uniwerek. Access Day miał ich zachęcić do tego, żeby studiowali u nas Psychologię. Najpierw jedna z wykładowczyń powiedziała im o wszystkich dobrych stronach takiego wyboru, a potem zabrała ich na zwiedzanie campusu. Ja tym czasem zabrałam się za nadrabianie w czytaniu maili. W czasie lunchu poszłam do domu, a potem wróciłam do pracy i zanim się obejrzałam, była już 17. Poszłam do domu i położyłam się na godzinkę do łóżka. A potem wstałam i poszłam na kolejną lekcję polskiego z trzecim rokiem. Po lekcji poszłam do domu i poczytałam chwilę książkę "Imperium" Kapuścińskiego przed snem.

Dzisiaj obudziłam się nadal z suchym kaszlem, który mnie męczy już od tygodnia. Poszłam do pracy, a na lunch przyszłam jak zwykle do domu. Potem wróciłam na uniwerek i szefowa znalazła mi nową robotę, choć jeszcze nie skończyłam z mailami. Przed 17 odbiłam na xero materiały na wieczorną lekcję polskiego z pierwszym rokiem, po czym wyszłam zostawiając je na biurku! Dopiero w domu zdałam sobie sprawę, że zapomniałam ich zabrać. Poszłam znów na godzinkę do łóżka, a potem wyszłam wcześniej z domu i poszłam najpierw na uniwerek zabrać materiały. Na szczęście udało mi się otworzyć drzwi na naszym korytarzu, które po 17 trzeba najpierw odblokować kartą pracowniczą. A potem poszłam na kolejną lekcję. Po lekcji spotkałam się znów z Wanyu i podobnie jak w zeszłym tygodniu poszliśmy znów we trójkę z nią i z Davidem do Titusa Salta na piwko. Przeprowadziliśmy bardzo fajną rozmowę o związkach i o życiu w ogóle. Do domu wróciłam przed 23 i usiadłam do komputer, ale dokończę tylko aktualizację bloga i idę spać.

Wspomnę jeszcze tylko, że jakiś czas temu Malwina przesłała mi maila, w którym był link do strony, na której można się rejestrować, żeby głosować w wyborach (oto on: http://www.wybory.co.uk) a że od jakiegoś czasu parę osób przemówiło mi rozumu, tudzież sumienie mnie ruszyło, postanowiłam zagłosować po raz pierwszy od paru dobrych lat. Najpierw przeprowadziłam kolejną poważną rozmowę polityczną z Conradem. Potem kolega ze studiów spytał, czy będę głosować. W końcu parę innych osób zadało mi to pytanie i doszłam do wniosku, że tak. Bo mimo iż nie mam zamiaru wracać do kraju, to nie chcę się wstydzić tego, że jestem z Polski, tak jak to bywało ostatnio. Zwerbowałam już znajomą z Manchesteru, gdzie zresztą będę głosować, oraz Maćka. W niedzielę popracuję nad Gosia i Kingą :) A dziś trafiłam przypadkiem na spoty reklamowe kampanii "Wybieram.pl". Mnie nie musieli już przekonywać, ale sam pomysł bardzo mi się spodobał. Super jest też pomysł znaku ręki (trzy środkowe palce, zamiast jednego :) nawiązujący do solidarnościowego znaku zwycięstwa. Jednym słowem, abstrahując zupełnie od tematu, świetna kampania społeczna.

     

Aktorzy Andrzej Chyra i Maciek Maćkowiak.

    

Piosenkarz Maciek Maleńczuk i reżyser Krzysztof Zanussi. Oraz spoty reklamowe:

http://www.youtube.com/watch?v=mD81aVPMHZ4&mode=related&search,

http://www.youtube.com/watch?v=-0KXnmJ5IOM&mode=related&search,

http://www.youtube.com/watch?v=p73wNdkl43c&mode=related&search,

http://www.youtube.com/watch?v=2GBwwY7Rv_A&mode=related&search.

wtorek, 09 października 2007
Pierwsza rocznica...

362.

W poniedziałek rano budzik zadzwonił jak zwykle o 7:50, ale tym razem wyłączyłam go po prostu i poszłam dalej spać. Za oknem było brzydko i pochmurno, a mnie bolało gardło i męczył kaszel. Postanowiłam, że najpierw się wyśpię, potem zdecyduję, co powiem w pracy :) Obudziłam się po 10:00 i zobaczyłam, że Sarah przysłała mi SMSa z pytaniem, co się dzieje. Odpisałam jej, że zapomniałam nastawić budzik i zaspałam, ale że w ogóle źle się czuję i chyba pójdę do lekarza. Zadzwoniłam do Health Centre i umówiłam się na wizytę na 14. Poleżałam więc jeszcze w  łóżku, a potem wzięłam prysznic i poszłam do lekarki, która powiedziała mi oczywiście, że to mój kaszel to sprawka wirusa i że nic z tym nie można zrobić. Mam się dobrze odżywiać, wysypiać, pić dużo wody i ssać cukierki :) Przepisała mi lekarstwa na cerę, która mi się ostatnio bardzo popsuła i przy okazji zauważyła, że odkąd jestem w Anglii, nie miałam robionego wymazu, a tu trzeba go robić co trzy lata. Zaproponowała więc, żebym zrobiła go od razu, jak już tu jestem, i zapisała mnie do pielęgniarki. Jakieś pół godzinki później przyjęła mnie pielęgniarka i dosłownie w minutę załatwiła sprawę. Zabieg nie różnił się za bardzo od tego, co pamiętam z Polski, poza tym, że w Polsce robi to lekarz ginekolog, a nie pielęgniarka, na zwykłym łóżku.

Wróciłam do domu i zjadłam obiad, a potem zabrałam bilet na autobus i na koncert i poszłam na Interchange. Tam spotkałam się z Philipem, Uxią, Severine i jej chłopakiem Geoffreyem i o 17:30 pojechaliśmy w piątkę do Manchesteru. Po drodze cykaliśmy zdjęcia i zanim się obejrzeliśmy, minęła godzinka i byliśmy już na miejscu. Kaszel niestety nadal mnie męczył, w dodatku w Manchesterze było jak zwykle zimniej niż u nas, ale mimo to postanowiliśmy iść na piechotę i nie brać taksówki, chociaż nie wiedzieliśmy, gdzie dokładnie jest teatr Apollo. Udało się nam tam jednak dotrzeć w jakieś 20 minut. Tuż obok była stacja benzynowa, więc poszliśmy kupić coś do jedzenia, bo Severine i Geoffrey byli głodni. Potem poszliśmy pod teatr, gdzie było pełno ludzi. Spotkałam między innymi jednego z wykładowców z naszego wydziału, z którym miałam kiedyś zajęcia z Kreatywnego Pisania. Poza tym było słychać wiele języków - szczególnie hiszpański, ale także polski :) Ponieważ nasz bilet był przesłany mailem, okazało się, że muszę iść do Box Office'u, żeby odebrać faktyczne bilety. Wtedy okazało się, że powinnam mieć jeszcze jakiś wydruk, który też mi przesłali. Na szczęście pan w kasie był bardzo miły i wydrukował mi 3 bilety. Severine i Geoffrey kupili swoje osobno i mieli miejsce stojące na dole, a my siedzące na górze.

    

Zachód słońca w autokarze National Express do Manchesteru.

Koncert miał się zacząć o 21, a wcześniej o 19:50 jako support miał zagrać Keziah Jones. Ponieważ była dopiero 19:20, poszliśmy znów na tą samą stację benzynową i ja z Philipem kupiliśmy sobie po jednym Tyskim :) W końcu poszliśmy wszyscy z powrotem do Apollo i rozdzieliliśmy się na dwie grupy - Severine i Geoffreyem poszli na dół na koncert Keziah Jones - którego znali, a który nam był zupełnie nieznany - a my na górę. Okazało się, że mamy miejsca w ostatnim rzędzie! Bez okularów nic właściwie nie widziałam. Kupiliśmy sobie z Philipem jeszcze po piwku, a potem szybko zaczęłam kombinować, co by tu zrobić, żeby wkręcić się na dół. Kiedy kupowałam bilety przez Internet, nasze miejsca pokazały mi się jako najlepsze dostępne, tymczasem Severine kupiła bilety na dół po mnie. W dodatku zapłaciła tyle samo! Stwierdziliśmy, że to nie sprawiedliwe i kiedy Keziah Jones skończył, zadzwoniłam do Severine. Okazało się, że mniej więcej w tym samym czasie wpadliśmy wszyscy na ten sam pomysł - zeszliśmy na dół i najpierw Severine wprowadziła mnie na salę jednym wejściem, pokazując bilet Geoffrey'a, potem ja wprowadziłam Philipa drugim wejściem, a on znów pierwszym wejściem Uxię, korzystając wciąż z tych samych dwóch biletów! :) Potem przecisnęliśmy się pod scenę do Geoffrey'a.

    

Apollo Theatre z zewnątrz i wewnątrz - widok na scenę z naszych miejsc w ostatnim rzędzie! :)

Manu Chao wyskoczył na scenę i od razu wprowadził tłum w szał :) Wszyscy tańczyli i skakali, większość śpiewała, choć wykonywał głównie swoje hiszpańsko-języczne piosenki, tylko kilka po angielsku, jedną po arabsku i żadnej po francusku. Zrobiłam ponad 150 zdjęć, choć niektóre oczywiście do niczego się nie nadają, bo ktoś mnie pchnął lub wsadził rękę w kadr :) Ale fakt, że parę z nich jest naprawdę niezłych zakrawa na cud, biorąc pod uwagę warunki w jakich były robione :) To co się działo na sali - zarówno na dole jak i na górze na balkonie - to było jedno czyste szaleństwo :))) Dawno nie byłam na takim koncercie. Manu Chao z zespołem bisowali ze trzy razy. Wszyscy byli mokrzy, a dziki wrzask jaki się rozlegał po każdej piosence rozrywał bębenki w uszach :) Zarówno widownia jak i zespół tryskali energią, która znalazła ujście w szalonym tańcu :) Udało mi się dopchać prawie do samych barierek pod sceną. Co jakiś czas któryś z ochroniarzy podawał ludziom plastikowe kubki z wodą, pewnie żeby nikt nie zasłabł. Jeszcze czegoś nigdy takiego nie widziałam, ale angielskie koncerty - podobnie jak wszystko inne - różnią się trochę od naszych :) Choć ten mimo wszystko był nietypowy, bo publiczność jednak w większości składała się z Hiszpanów i innych Europejczyków, co było widać, słychać i czuć :)

    

Manu Chao na scenie Apollo Theatre (więcej zdjęć na http://public.fotki.com/annad9)

Koncert po trzech bisach skończył się o 22:45, więc bez problemu dotarliśmy na czas piechotką na dworzec autobusowy, szczególnie, że teraz znaliśmy już drogę. O 23:30 wsiedliśmy w autokar i pojechaliśmy z powrotem do Bratfoot. Ponieważ od razu zasnęłam, wydawało mi się, że podróż trwała 15 minut, a nie godzinę. Ale jak mnie obudzili na dworcu, to miałam problem z dojściem do domu :) Philip i Uxia spali u Severine, więc odprowadziłam ich najpierw pod Douglas Tower, a potem poszłam do domu, ale zanim poszłam spać o 1:30, sprawdziłam jeszcze maile i obejrzałam zdjęcia z koncertu :) Idąc spać nie nastawiłam budzika, bo stwierdziłam, że jak będę się czuć na tyle dobrze, żeby iść do pracy, to sama się obudzę na czas :) A muszę iść, bo mamy Dzień Otwarty. Oczywiście obudziłam się znów po 10 i do pracy nie poszłam :) Zamiast tego dokończyłam świetną książkę o polskim kinie, o której będę pisać w mojej pracy doktoranckiej. Wieczorem zaczęłam się zastawiać czy nie iść na salsę, albo pokaz filmu o łamaniu praw człowieka w Birmie, na który zaprosił mnie Maciek, ale doszłam do wniosku, że jak mam się lepiej poczuć i wstać jutro rano do pracy, to powinnam raczej zostać w domu. Mimo iż miałam dziś obchodzić fakt, że pobiłam swój rekord, bo minął właśnie rok odkąd pracuję w jednym i tym samym miejscu :)

niedziela, 07 października 2007
Niech żyje bal! :)

361.

W poniedziałek w pracy trochę się uspokoiło i miałam wreszcie czas, żeby przeczytać zaległe maile. Okazało się, że było w nich parę ważnych informacji. Na lunch poszłam do domu, a po pracy do łóżka, ale nie spałam tylko przygotowywałam się do kolejnej lekcji polskiego. Tym razem zaczęłam z drugim rokiem omawiać przypadki. Mianownik już właściwie znali, ale jeszcze o tym nie wiedzieli, bo mówiłam po prostu, że to jest pierwszy przypadek, a nie "nominative" :) Natomiast przy "genetive", czyli dopełniaczu, załamali się i wyszli z sali z nietęgimi minami. Biedacy! Nie mogłam się powstrzymać i dogadałam im, że to co teraz robimy, to się nazywa "gramatyka" :) Po lekcji poszłam na salsę do Love Apple. Właśnie kończyła się druga lekcja, ale było za mało pań (to rzadkość, zwykle brakuje panów :) więc przyłączyłam się na ostatnie 10 minut, bo Nigel nie miał partnerki i mnie zawołał. Krystian miał dość i wkrótce poszedł do domu, a ja zostałam i potańczyłam z Nigelem i Sergiuszem, który odprowadził mnie po 23 do domu.

We wtorek w pracy znów było zebranie, ale nie mamy już noża na gardle i wszystko wróciło do normy - znów jest nudno :) A przynajmniej było, dopóki przez przypadek nie wysłałam przez pomyłkę SMSa do 170 studentów o nazwisku Ali, który miał być przeznaczony tylko dla jednej osoby :) Szefowa kazała mi natychmiast wysłać drugą wiadomość, że bardzo ich przepraszam i żeby zignorowali poprzednią. Na lunch poszłam do domu i zrobiłam sobie pyszny obiadek - łososia i cykorię ze śmietaną. Cykorie znalazłam przypadkiem w Lidlu, a pamiętam, że jak jej kiedyś szukałam, to nigdzie nie mogłam znaleźć. Potem poszłam do biblioteki i spóźniłam się 15 minut do pracy, ale szefowej i tak nie ma :) Po pracy przebrałam się i poszłam na przystanek, ale spotkałam Shaz, więc podwiózł mnie do Cartwright Hotel. Spotkałam się tam z Szymonem, a potem poszliśmy do niego na piwko. Pokazał mi swoje mieszkanie, które jest większe i tańsze niż moje, oraz swoje zdjęcia. Na 20 poszłam do Hotelu Dunkierka na salsę. O dziwo tym razem nie było Sergiusza! Po lekcji zatańczyłam z paroma panami, a około 22:30 przyszła Kinga i o 23 poszłyśmy razem na przystanek. W domu byłam przed północą.

W środę w pracy przyszło do mnie parę osób z Polski, którzy studiują na naszym wydziale. Ponieważ mogą się ze mną dogadać, to przychodzą teraz do mnie z każdym pytaniem, a ja niestety musze ich odsyłać do konkretnych działów, bo w Anglii króluje profesjonalizacja - każdy zna się tylko na swojej działce, a o reszcie ma dość mgliste pojecie. Sama nie mam na przykład pojęcia o finansowaniu studiów i pożyczkach dla studentów. Ale myślę, że jednak jakoś pomagam tym dwóm studentkom i dwóm studentom z Polski, bo wracają z nowymi pytaniami :) Jestem przynajmniej w stanie im wytłumaczyć niektóre różnice w tutejszym systemie edukacyjnym i dzięki temu pomniejszam trochę ich szok, który na początku jest nieunikniony :) Czekam tylko, aż ktoś mi w pracy zwróci uwagę, że nie powinnam rozmawiać z nimi po polsku! Niech no tylko ktoś spróbuje! :) Po pracy poszłam jak tradycyjnie już do łóżka, a potem na polski. Po lekcji spotkałam się z Wanyu i Davidem, który chodzi do niej na chiński, a który też pracuje na uniwerku. Poszliśmy do Titusa Salta, gdzie spotkaliśmy Ellie i Damiana z wydziału psychologii. Ja i Wanyu posiedziałyśmy najdłużej, ale i tak po 23 byłam już w domu.

W piątek w praca nareszcie miałam luzy. Lunch zjadłam w domu, a potem pogadałam trochę z Markiem, który powiedział mi między innymi, że oczekują właśnie z żoną synka, któremu dadzą na imię Levi :) Po pracy weszłam do domu, żeby się przebrać, a potem poszłam do Alhambry, żeby kupić bilet na wieczorne przedstawienie amerykańskiego baletu Alvina Aileya. Zapłaciłam tylko 13 funtów za miejsce w drugim rzędzie, bo jako studentka płacę tylko połowę ceny. Potem poszłam do Muzeum, ale jak stałam w kolejce do kasy, zdałam sobie sprawę, że zgubiłam 10 funtów, które właśnie specjalnie wyjęłam z bankomatu. Wróciłam więc do Alhambry i okazało się, że ochroniarz znalazł mój 10-funtowy banknot na podłodze! Jak sam powiedział, miałam naprawdę dużo szczęścia :) Na 17:45 poszłam na film "2 Days in Paris" (2 dni w Paryżu) z Julie Delpy, która go również wyreżyserowała. Była to bardzo zabawna historia Francuzki i jej Amerykańskiego chłopaka, którzy odwiedzili jej rodzinę w Paryżu. Po filmie pobiegłam do Alhambry, ale przedstawienie już się zaczęło, więc usiadłam gdzieś z brzegu. Dopiero na pierwszej przerwie usiadłam na moim miejscu. Druga część była dużo lepsza (tzw. "Golden section"), a trzecia najlepsza ("Revelations", które widziałam już we wrześniu 2005 roku, ale nadal robią wrażenie). Po przedstawieniu było krótkie spotkanie z tancerzami, którym widzowie zadawali pytania.

     

Julie Delpy i Adam Goldberg w filmie "2 dni w Paryżu" oraz "Golden Section" Alvin Ailey Balet.

    

"Reveletions" w wykonaniu Alvin Ailey Balet - choreografie do pieśni murzyńskich niewolnków.

O 22 byłam już w domu, spakowałam wino i pasztet, który tym razem kupiłam zamiast camemberta. O 22:30 przyszedł Conrad i razem poszliśmy do Severine na Kółko Francuskie. Po drodze spotkaliśmy Ninę i Tony'ego, którzy parę dni temu wrócili z Francji. Po jakimś czasie doszli Paweł, Tom, Philip, Renu i Sally z koleżanką, która wyciągnęła ją na imprezę do klubu Mill. Powiedzieliśmy im, że też może do nich później dojdziemy, ale Philip zapytał mnie, czy pójdę z nim na imprezę studentów naszego wydziału Peace Studies. Zgodziłam się, bo znam stamtąd parę osób i wiem, że jest to najfajniejszy wydział na całym uniwerku, z najbardziej przystojnymi facetami :) Dołączyli jeszcze do nas Conrad i Renu, którą poznałam jakiś czas temu, ale za którą nie przepadam. Jak dochodziliśmy do domu, w którym była impreza, spotkaliśmy parę osób, które właśnie z niej wyszły. Był wśród nich Daniel z Niemiec, którego poznałam pracując w Graduate School, a którego spotkałam ostatnio na salsie :) Był z nim Aldo, bo okazało się, że dziś się poznali i Daniel zaprosił go na tą imprezę! Czy wspominałam już, że Bratfoot to małe miasto? ;) Na imprezie spotkałam jeszcze parę znajomych twarzy i poznałam Maćka, który zrobił magisterkę na wydziale Peace Studies. Później doszli jeszcze Tom, Nina, Tony i Severine. Maciek zabrał się z nami do Milla, ale okazało się, że impreza już się skończyła, więc poszliśmy wszyscy do Toma. Potańczyłam trochę, a potem Maciek odprowadził mnie do domu, gdzie dotarłam o 7 rano :)

W sobotę obudziłam się po niecałych 4 godzinach snu i mimo że już nie mogłam zasnąć, to poleżałam w łóżku do 12. Potem poszłam po komputer, bo mimo iż dawno był już naprawiony, to nie miałam czasu go odebrać. Za wgranie nowych Windowsów kosztowało mnie 50 funtów, a odzyskanie danych 30, więc razem zapłaciłam 80 funtów. Philip mówił mi, że może mi to zrobić za darmo, ale wyznaję zasadę, że aby się nauczyć na własnych błędach, trzeba za nie drogo zapłacić :) Po drodze zrobiłam zakupy w Morrisonie, a w domu podłączyłam komputer, ale najpierw musiałam ściągnąć wszystkie nowe programy antywirusowe. Zostawiłam więc komputer włączony i na 14 poszłam do Aldo na angielski. Po 18 byłam już z powrotem w domu i usiadłam znów do komputera. Przed 20 zadzwoni Krystian, żeby powiedzieć, że nie zdąży na 20 na salsa party, więc powiedziałam, że ja tez się raczej nie wyrobię. Do Love Apple dotarłam parę minut po 20 i już z daleko zauważyłam, że coś jest nie tak. Na miejscu przekonałam się, że nie ma nawet śladu imprezy! Spotkałam się więc z Krystianem w centrum i poszliśmy najpierw do Bazooki, potem do Varsity, a na koniec wylądowaliśmy w Revolution, gdzie zabalowaliśmy do 4 rano! :) Znów spotkałam tam znajomych Francuzów i wytańczyłam się za wszystkie czasy :)

Dzisiaj obudziłam się po południu i zabrałam się za czytanie kolejnej książki o polskim kinie, którą wypożyczyłam we wtorek z biblioteki uniwersyteckiej. Potem porozmawiałam z siostrą przez SKYPE'a, brat wytłumaczył mi, jak mam sobie zainstalować Worda i co mam zrobić, żeby mieć polskie litery w Windowsach. Potem próbowałam coś napisać do swojej pracy doktorskiej, bo wkrótce spotykam się znów z moim promotorem, ale za bardzo mi nie szło, więc wzięłam się za uzupełnianie bloga. Wymyśliłam, że poproszę go o przedłużenie kolejnego terminu, bo przez prawie 2 tygodnie nie miałam komputera i nie mogłam pisać. Może w przyszłym tygodniu będę miała wenę (szczególnie, jeśli przestanę co noc balować :) W piątek co prawda znów nie wiem gdzie skończę po Kółku Francuskim, ale w sobotę planuję spędzić noc w domu, sam na sam z komputerem. Wieczorem zadzwonił Krystian, którego przy okazji gorąco pozdrawiam! ;) Porozmawiałam też chwilę z Szymonem przez SKYPE'a, a potem postanowiłam pójść wcześniej spać, bo jutro zaczyna mi się kolejny szalony tydzień. Prosto po pracy jadę z Philipem, Uxią, Severine i jej chłopakiem do Manchesteru na koncert Manu Chao, z którego wrócimy dopiero po północy! :)

 
1 , 2