Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
niedziela, 11 sierpnia 2013
Czerwony karzeł :)

651.

W poniedziałek wstałam jak zwykle około 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy, po drodze wchodząc do sklepu po banany. Po lunchu poszłam siedzieć w Visa Centre, a potem o 17:00 wyszłam z pracy i weszłam znów do sklepu, ale tym razem po hummus, warzywka i oliwki. Wróciłam do domu i zjadłam coś, ale brzuch mnie zaczął boleć, bo zjadłam chyba za dużo orzechów w pracy, więc zamiast isć na salsę zaczęlam czytać i oglądać fragmenty serialu "Dr Who", o którym nigdy wcześniej nie słyszałam. Tutaj jest to bardzo popularny serial i na Facebooku wszyscy przeżywali, że Dr Who będzie teraz grany przez dwunastego z kolei aktora! Podobno wynika to z akcji, że Doktor co jakiś czas regeneruje się w nowym ciele :) We wtorek wstałam znów o 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. Od rana 
interview na stanowisko. Na 12:00 poszłam na Pilates, a potem na lunch. O 17:00 poszłam do domu i coś mnie wzięło na ogladanie X serii serialu science-fiction "Red Dwarf" (Czerwony karzeł), który kiedyś ogladałam w Polsce. Potem obejrzałam też serię IX, aż wreszcie o 20:00 zadzwoniła synowa Gosi i poszłam się z nimi spotkać. Napiłyśmy się wina z lemoniadą, czyli shandy, ale potem wyciagnęły wódkę cytrynówkę i zanim dotarłam do domu, było już po północy. Przez całą noc mialam wrażenie, że w ogóle nie śpię! W dodatku nad ranem złapał mnie bardzo bolesny kurcz w lewej łydce.

W środę wstałam tradycyjnie o 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. Na 10:00 pobiegłam do Narodowego Muzeum Mediów na spotkanie, na które zaprosił mnie znajomy, który tam układa program filmowy. Okazało się, że wraz z moim promotorem spotykają się raz na jakiś czas i oglądają fragmenty filmów, które udało się ocalić, żeby sprawdzić ich jakość i czy nadają się do pokazania. Obejrzeliśmy więc fragmenty takich filmów jak m.in.: "Under the Sun of Satan" (Sous le soleil de Satan / Pod słońcem szatana) z Gerardem Depardieu i Sandrine Bonnaire z 1987 roku, "One Deadly Summer" (L'ete meurtrier / Mordercze lato) z Isabelle Adjani z 1983 roku, "Guyana: Cult of the Damned" z 1979 roku, "The Killer is on the Phone" z Tellym Savalasem z 1972 roku, "The Ruling Class" z 1972 roku czy radziecki film o Rasputinie "Agoniya" (Rasputin) z 1981 roku. Porozmawialiśmy też krótko w przerwach między projekcjami o współpracy. Wyszłam po 13:00 i wróciłam do pracy prosto na lunch. Po pracy czekałam do 17:30, aż przyszła moja studentka na ostatnią przed dłuższą przerwą lekcję polskiego, bo najpierw ona wyjeżdża, a potem ja :) Do domu dotarłam po 19:30, zjadłam coś i zaczęłam oglądać na Youtubie dokumenty o tym, jak kręcili serial "Red Dwarf" :) W końcu o północy poszłam spać.

  
Gerard Depardieu i Sandrine Bonnaire "
Pod słońcem szatana" oraz Isabelle Adjani w Mordercze lato".

  
Sturat Whitman w "Guyana: Cult of the Damned" i Anne Heywood w "The Killer is on the Phone".

  
Harry Andrews w "The Ruling Class" oraz Anatoli Romashin jako car Mikoł II w "Rasputinie".

W czwartek wstałam około 8:00, wziełam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Po lunchu poszłam na 13:00 do nowego budynku zwanego STEM (Science, Technology, Engineering & Maths) na jego prezentację. Okazało się, że mają tam zajęcia uczniowie z okolicznych szkół, a także odbywają się w nim corocznie regionalne zawody budowania robotów z Lego :) O 17:00 wyszłam z pracy o podjechałam Free Busem na zakupy - najpierw kupiłam buty w TK MAxxie, a potem jedzenie w Tesco. Do domu wróciłam tuż przed 19:00 i najpierw cos zjadłam, a potem zabrałam się oczywiście za oglądanie starych odcinków seralu "Red Dwarf" i spać poszłam dopiero o 1:00. W piątek wstałam znowu około 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. O 10:30 miałam zebranie z szefową i okazało się, że znów nic nie wiadomo, tzn. że być może babka, która pracowała na recepcji wróci pod koniec września i nie będę już pracować na pełen etat, tylko 32 godziny tygodniowo. A to oznacza, że zacznę też mniej zarabiać, więc mam nadzieję, że nie wróci! Co prawda odłożyłam juz trochę pieniędzy, ale będę musiała kupić drugi bilet do Stanów, a w jedną stronę kosztuje tyle, co w dwie! Poza tym będę też musiała sporo zapłacić jak złożę pracę do egzaminu. O 16:30 szefowa zarządziła, że idziemy do domu. Zjadłam coś, zdrzemnęłam się od 19:30 do 22:00, a potem do 2:30 ogladałam znów stare odcinki "Red Dwarfa"! :)

W sobotę wstałam po 10:00 i zjadłam coś, a potem zamiast wziąć się za pisanie, zdrzemnęłam się godzinkę. Potem wstałam, znów coś zjadłam i znowu się zdrzemnęłam. Wstałam i miałam się zabrać za pisanie, ale zamiast tego obejrzałam kolejne dokumenty, o tym jak kręcili ostatnie serie "Czerwonego karła" do 23:00 :) W końcu coś zjadłam i zabrałam się wreszcie za pisanie! W niedzielę wstałam po 9:00, zjadłam coś i najpierw zabrałam się za odpisywanie na maile. Umówiłam się z facetem z National Media Muzeum na środę na spotkanie w prawie współorganizowania przez moje stowarzysznie Film Quiz Nights. Z Paulem umówiłam się na wtorek na ogladanie zdjęć, które zrobił moim starym aparatem. Odpisałam też znajomemu z Paryża, który wybiera się na miesiąc do Rosji, w podróż z Moskwy do Władywostoku. A na koniec napisałam do Seana, który jak się okazało mieszka nadal w Saintes. Coś mnie tknęło i napisałam do niego w zeszły weekend. Odpisał mi w tygodniu i mam nadzieję, że już nie stracimy kontaktu. Po mailach i Facebooku miałam się zabrać za pisanie, ale obejrzałam jeszcze wpadki z serialu "Red Dwarf" na Youtubie, aż w końcu przysiadłam do roboty i skończyłam opisywać drugą książkę w Literature Review. Dobiłam prawie do 23000 znaków i do 70 stron i po 00:30 poszłam spać
.


Craig Charles, Chris Barrie, Danny John-Jules i Robert Llewellyn w zabawnym serialu "Red Dwarf".
niedziela, 04 sierpnia 2013
Natchnienie i przełom? :)

650.

W poniedziałek wstałam jak zwykle około 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Po drodze kupiłam banany, a potem po 10:30 pojechałam z szefową na dwa samochody (ona swoim, a ja Fordem Galaxy) do wypożyczalni Arrow Self Drive. Szefowa zaparkowała swój samochód i razem pojechałyśmy tym Fordem na lotnisko w Manchesterze, ale teraz ona już prowadziła. Dojechałyśmy tam już po 11:30, ale czekałyśmy ponad 2 godziny na studentów z Chin. W dodatku zamiast trójki przyszła ich czwórka! Na szczęście jednej z nich zgubili bagaż, bo inaczej byśmy się nie zabrali! :) Wróciłam do pracy po 15:00 i poszłam do Visa Centre. Po 17:00 spotkałam się z Sekretarzem naszego stowarzyszenia i omówiliśmy plany na nowy rok akademicki. O 18:00 poszliśmy na górę i pożegnaliśmy się, bo szłam na pokaz BSC. Tymczasem przyszedł Paul i razem obejrzeliśmy "Hitchcocka", który był dużo zabawniejszy niż dwa ostatnie filmy! :) Po pokazie pożyczyłam Paulowi moją kartę studencką, żeby mógł wejść do naszej biblioteki studenckiej, bo miałam kartę pracownika i stwierdziłam, że studencka nie jest mi potrzebna. Dochodziła 20:00, więc poszłam prosto na salsę i trochę potańczyłam, a potem znajomy odwiózł mnie do domu. Przed snem poczytałam jeszcze parę rozdziałów "Paragrafu 22" Josepha Hellera na dobranoc :)

  
Jessica Biel, Scarlett Johansson i James D'Arcy oraz Anthony Hopkins jako tytułowy "Hitchcock" :)

We wtorek wstałam po 8:00, tradycyjnie wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Na 12:00 poszłam na Pilates i musiałam zapłacić 5 funtów, zamiast 4.50, bo pożyczyłam moją kartę studencką Paulowi :) Zupełnie zapomniałam, że jest mi potrzebna we wtorki! W dodatku okazało się, że do końca miesiąca jest promocja i że za 12 i pół funta mogę się zapisać na siłownię na 2 miesiące, do końca września. Umówiłam się więc z Paulem, że wpadnie do mnie po pracy i odda mi moją kartę. Spotkaliśmy sie tylko na chwilę i poszłam od razu na siłownię, żeby zapłacić :) Tam spotkałam znajomą z salsy, z którą trochę pogadałam, a potem wsiadłam we Free Busa i pojechałam do Morrisona, żeby po raz ostatni skorzystać z karty ważnej do końca lipca i dającej mi 10 procent zniżki :) Potem wróciłam do domu i przed snem poczytałam jeszcze książkę Emmy Wilson o Kieślowskim i jego filmach. Cytuje ona Vincenta Amiela, który jak się okazało jest przyjacielem rodziców Paula :) Paul powiedział, że zapyta ich, czy mogłabym do niego napisać i zadać mu parę pytań, a potem zacytować go w doktoracie :) Muszę je tylko ułożyć!

W środę wstałam po 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Zdążyłam jeszcze przed deszczem, ale przez resztę dnia już padało. W ogóle w tym tygodniu padało co drugi dzień, a co drugi było słonecznie :) Dostałam wreszcie maile od tej babki z agencji, ktora miała nam podać ceny wycieczek do Belgii, Paryża i Londynu. Po lunchu usiadłam więc z szefową i przestudiowałyśmy jej propozycje. Cena zależy od ilości studentów - im ich więcej tym taniej. Wypad do Londynu na musical na West Endzie wyszedł pomiędzy 100 a 150 funtów, a  weekend w Belgii od 130 do 190, czyli całkiem nieźle :) Czekałyśmy jeszcze tylko na ostateczną wycenę Paryża, a w międzyczasie zadałyśmy jej parę pytań. Ciekawe, co z tego wyjdzie. O 17:00 wszyscy wyszli, a ja zostałam i odpisałam na parę maili, a potem po 17:30 spotkałam się z moją studentką na kolejną lekcję polskiego. Tym razem skończyłyśmy wcześniej, bo tuż po 19:00 i podjechałam do domu Free Busem, bo padało. Weszłam na górę i poszłam zapłacić za sierpień za pokój. Potem wróciłam do siebie i zjadłam coś, a później usiadłam do Internetu. W końcu po 23:00 poszłam już spać, bo nazajutrz musiałam wcześniej wstać, żeby iść na 8:00 na masaż!

  
Belgia nocą: Bruges (miasto, które chcę zobaczyć, odkąd obejrzałam "In Bruges" :) i stolica Bruksela.

W czwartek wstałam o 6:45 i wzięłam prysznic. Wyszłam z domu przed 7:30 i poszłam na Interchange. Tam wsiadłam w 622 i pojechałam na masaż. Zanim przyszła moja kolej minęła już dawno 8:00, więc wyszłam też później, bo o 8:50! Podjechałam do centrum autobusem i wysłałam szefowej SMSa, że się spóźnię. Jak czekałam na Free Busa, zobaczyłam, że właśnie otworzyli polski sklep, bo minęła 9:00. Poszłam więc jeszcze kupić parę zup, bo stwierdziłam, że i tak już jestem spóźniona do pracy :) Tym czasem uciekł mi Free Bus i musiałam iść na piechotę! Dotarłam do pracy o 9:15 i jakoś dotrwałam do końca dnia. Wyszłam przed 17:00 i poszłam do Unique, bo zarezerwowałam lekcję Dru Yoga! :) Nie byłam jednak w stanie stawić czoła jodze, poszłam więc tylko do przebieralni, położyłam się na ławkach i poleżałam 20 minut, a potem wymknęłam się, jak nikogo nie było na recepcji :) Wsiadłam we Free Busa i podjechałam do domu :) Próbowałam się umówić z paroma osobami, a w końcu postanowiłam, że pójdę do Tesco na zakupy. Pogoda była jednak tak piękna, że
położyłam się na trawie koło Mirror Pool.

Nagle zobaczyłam Sally, która przyjechała na parę tygodni z Hiszpanii! Pogadałam z nią i jej znajomymi do 20:30, a potem poszłam do Tesco, ale okazało się, że nie wzięłam karty do bankomatu, musiałam więc wrócić do domu! :) Tymczasem Paul spytał, czy może pożyczyć wagę, więc umówiłam się z nim w Sainsbury. Dałam mu wagę, a potem spotkałam się z Kasią i poszłyśmy do Weatherspoon na drinka :) W domu byłam po 23:00 i po północy poszłam spać. W piątek wstałam o 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. Szefowej nie było, więc było spokojnie, ale dzień się nam wszystkim strasznie dłużył :) W końcu wyszłyśmy z dziewczynami przed 17:00 i poszłam na przystanek Free Busa. Podjechałam na Forster Square i najpierw kupiłam make up, potem mikrofon do laptopa, żeby mnie wreszcie było słychać i w końcu dotarłam do Tesco po jedzenie. Wróciłam do domu Free Busem i zadzwoniłam do mamy. Niestety, chwilami nadal mnie nie słyszała, bo mój głos zanikał, pomimo nowego mikrofonu. Potem usiadłam do Internetu, i poczytałam znów "Paragraf 22", aż w końcu po 23:00 poszłam spać.

W sobotę obudziłam się przed 10:00, zjadłam coś i zapłaciłam ponad 100 funtów ($165) za moją wizę, bo przypomniałam sobie, że muszę jeszcze zapłacić fee zanim polecę do Stanów! :) Potem zabrałam się za czytanie jednej z książek o Kieślowskim i od niej zaczęłam pisanie Literature Review.
Tymczasem Paul przysłał mi SMS z pytaniem, czy pójdę z nim wieczorem do kina, ale odpisałam, że zaczęłam nareszcie znowu pisać i nie chcę stracić natchnienia! :) Spać poszłam dopiero po 2:30. A w niedzielę po 9:00 ktoś się zaczął rozbijać po kuchni i mnie obudził, chociaż jestem na drugim końcu korytarza! Na szczęście udało mi się znów zasnąć i wstałam dopiero po 11:00. Zabrałam się dalej za pisanie, a potem wzięłam prysznic, bo moja byla sąsiadka miała przyjechać po południu i pożyczyć moje aerobed. Nie odezwała się jednak przez cały dzień. Miałam się też wieczorem umawiać z Gosią i jej rodziną, ale plany im się zmieniły i umówiliśmy się wstępnie na wtorek. Wróciłam więc do pisania i dobiłam do 21.500 słów i 65 stron! :) Wpadłam też na kolejny pomysł, co do metodologii mojej pracy :) Postanowiłam, że zastosuję do jego francuskich filmów jego własne wywody teoretyczne! W końcu po północy poszłam spać.
niedziela, 28 lipca 2013
Pick Up Service :)

649.

W poniedziałek wstałam po 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. O 17:00 wyszłam i poszłam z koleżanką z pracy pozbierać owoce, które rosną na kampusie, czyli głównie czarną porzeczkę i agrest, ale trafiło mi się też kilka poziomek i malin :) Na 18:00 poszłam na pokaz filmu "Lincoln" Stevena Spielberga w ramach BSC i w trakcie seansu zjadłam ponad połowę pojemnika owoców, ale więcej nie dałam rady :) Film średnio mi się podobał, bo był za bardzo napuszony :) Dochodziła 21:00, więc zamiast na salsę poszłam do domu i dalej spisywałam mój wywiad z Jerzym Stuhrem. Acha, tego dnia wszystkie gazety i portale trąbiły o tym, że urodziło się dziecko. Jakby się codzień dzieci nie rodziły! We wtorek wstałam o 8:00, wzięłam prysznic i podjechałam do pracy na 9:00 Free Busem jeden przystanek, bo trochę padało :) Na 12:00 poszłam na Pilates i trochę się zdrzemnęłam, ale ktoś zaczął kaszleć i się obudziłam :) Po pracy poszłam do Morrisona na zakupy. Wróciłam do domu po 18:00 i przeczytałam na laptopie cztery rozdziały książki "Catch 22" (Paragraf 22) Josepha Hellera w PDFie, po angielsku, a potem skończyłam spisywać wywiad ze Stuhrem do końca! Spać poszłam po północy.

  
Daniel Day Lewis jako Abraham Lincoln i jedna z okładek super książki "Catch 22" Josepha Hellera.

W środę wstałam jak zwykle koło 8:00, wzięlam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy, po drodze wchodząc do sklepu po banany i wodę. O 12:30 szf zarządził, że obchodzimy Ice Cream Day, więc kupił każdemu loda i przez pół godziny gadaliśmy zamiast pracować :) Przed 17:00 przyszedł Paul, żeby pożyczyć ode mnie 6 filmów na DVD, które pokażę na tegorocznej trzeciej już edycji mojego festiwalu. Po 17:30 przyszła moja uczennica, a Paul się pożegnał i poszedł. Poszłyśmy ze studentką na górę na kolejną lekcję polskiego. Skończyłyśmy po 19:00 i po drodze do domu weszłam do sklepu po hummus. Przeczytałam piąty rozdział książki "Catch 22" i poszłam spać po 23:30. Acha, dziecku nadali imię po moim bracie - George czyli Jerzy :) W czwartek wstałam znów po 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. Jak wychodziłam o 17:00 to lekko padało, więc wzięłam parasolkę i podjechałam Free Busem do polskiego sklepu po zupy i sok cytrynowy. Potem wróciłam Free Busem do domu, a o 19:00 poszłam do centrum spotkać się ze znajomą z Portugalii, którą poznałam kiedyś na Kółku Francuskim. Najpierw siedziałyśmy na ławce koło Mirror Pool, a potem poszłyśmy do pubu "Goose", gdzie wieki nie byłam i siedziałyśmy tam prawie do 21:00. Pożegnałam się z nią, ale przy fontannie spotkałam jeszcze znajomego i posiedziałam z nim na ławce do 21:00. Wreszcie wróciłam do domu i poszłam wcześniej spać.

W piątek były moje imieniny. Obudziłam się po 6:00 i już nie mogłam zasnąć. O 8:00 wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Zaczął się nasz Pick Up Service i myślalam, że będę musiała jechać z szefową na lotnisko, ale na szczęście znajomy zgłosił się na ochotnika :) O 16:45 szefowa znów zarządziła, że wychodzimy wcześniej z pracy, więc mimo iż weszłam po drodze do sklepu, to byłam w domu już o 17:00. Najpierw coś zjadłam i trochę odpoczęłam, a potem się umalowałam, uczesałam i ubrałam na wieczorną imprezę. O 19:00 spotkałam się na dole ze znajomą z salsy, która pomogła mi się miesiąc temu przeprowadzić i poszłyśmy do Restauracji Cyrus. Tam zamówiłyśmy na spółkę butelkę różowego wina i rozmawiałyśmy o tym, jak trafiłyśmy do Anglii :) Pół godziny później doszła do nas Ala, a znajoma poszła na dworzec po swoją koleżankę, która przyjeżdżała z Chester na imprezę wieczorem. Po jej wyjściu zamówiłyśmy z Alą jedzenie. Wkrótce znajoma wróciła z koleżanką i też coś zamówiły. Na koniec doszła Kasia, ale tylko się z nami napiła. Znajoma z salsy z koleżanką pojechały jeszcze do domu się przebrać, a my wsiadłyśmy po 22:00 w Ali samochód i podwiozłyśmy Kasię na dworzec, bo nie zdecydowała się iść z nami na imprezę, a same pojechałyśmy na My Salsa My Soul. Potańczyłam sobie do 3:00 i było bardzo miło, a potem Ala podrzuciła mnie do domu i przed 4:00 poszłam wreszcie spać.

W sobotę po 8:00 obudził mnie SMS od szefowej w sprawie Pick Up Service. Wstałam więc, wzięłam prysznic i po 9:00 dotarłam do Richmond Building. Samochód już tam stał, ale jak poszłam do recepcji po kluczyki, okazało się, że szefowa jeszcze ich nie oddała! Poszłam do ubikacji, a jednocześnie próbowałam się umówić z Paulem. Jak wracałam do recepcji usłyszałam głos szefowej, więc się schowałam i poczekałam aż pójdzie. Miałam jechać na lotnisko dopiero na 12:00, ale umówiłam się z Paulem, że pojedziemy do Malham! :) Jak wreszcie ruszyliśmy była już 9:30, więc stwierdziłam, że się nie wyrobimy i zamiast tego pojechaliśmy do Bolton Abbey, bo jest bliżej. Zgubuliśmy się jednak i zajechaliśmy tam dopiero przed 11:00! W dodatku musieliśmy zapłacić za parking 7 funtów za cały dzień! Pobiegliśmy pod Abbey i Paul poszedł robić zdjęcia, a ja przeszłam po kamieniach przez rzeczkę :) Pogoda była śliczna, więc zaproponowałam mu, żeby został, a ja pojadę na lotnisko, a potem po niego wrócę. Tak też zrobiliśmy. Zgubiłam się trochę i na lotnisko dojechałam dopiero na 12:05 i okazało się, że student juz czeka, bo jego samolot wylądował 40 minut przed czasem! :) Zabrałam go więc od razu do samochodu i pojechaliśmy pod Richmond Building. Tam czekali już na nas wolontariusze z Hello Bratfoot, którzy się nim zajęli. Poszłam tylko szybko do ubikacji i wsiadłam znów w samochód :)

  
Szary Ford Galaxy (taki jak nasz) oraz ruiny Bolton Abbey i kamienie, po których wreszcie przeszłam!

Pojechałam z powrotem do Bolton Abbey, ale zaczęło strasznie lać, więc wszyscy jechali dużo wolniej i zanim tam dotarłam było tuż po 13:00. Po drodze wymieniałam SMSy z koleżanką z pracy, z którą miałam w tym czasie
jechać na zakupy do Tesco i z szefową, która pytała jak mi idzie i jak mi się prowadzi tego 7-osobowego Forda Galaxy, którego wynajęłyśmy na ten weekend :) Na miejscu na szczęście nie padało, więc Paul nie zmókł. Wsiadł i od razu pojechaliśmy na lotnisko :) Dotarliśmy tam na 14:50, czyli dokładnie w momencie, kiedy miał lądować nasz student, ale niestety jego lot był opóźniony 15 minut, więc zanim wyszedł dochodziła 15:30. Zawieźliśmy go pod Richmond Building i oddaliśmy w ręce wolontariuszy :) Paul poszedł do domu, a ja postanowiłam pojechać jeszcze na zakupy do Tesco :) Zawiozłam je do domu i podjechałam jeszcze na stację beznzynową i napełniłam bak za prawie 30 funtów, bo wyjeździliśmy 1/4 i głupio mi było, żeby firma za to płaciła. Ale jak dojechałam o 17:00 na parking, żeby zostawić już samochód, doszłam do wniosku, że mam jeszcze czas i nadmiar benzyny, więc znowu ruszyłam i pojechałam do Baildon :) Jana i Sue nie było niestety w domu, a kierowca, który miał przejąć samochód po mnie już dzwonił z pytaniem gdzie jestem, wiec wróciłam i o 18:00 oddałam mu kluczyki :) Wróciłam wyczerpana do domu i zjadłam coś, bo od rana byłam tylko na wodzie :)

Policzyłam, że najpierw w piątek nie spałam prawie 22 godziny pod rząd, potem przespałam się zaledwie 4 godziny i później przez jakieś osiem godzin jeździłam prawie non stop samochodem! :) Oczywiście nie mogłam mimo to od razu zasnąć i usiadłam do Internetu :) Zmogło mnie dopiero o 21:00, więc się zdrzemnęłam, ale obudziłam się znów po północy. Napiłem się czegoś, chwilę poczytałam i poszłam wreszcie dalej spać. W niedzielę po 8:00 obudził mnie SMS od o2, czyli mojej sieci! Oczywiście znów nie mogłam po tym zasnąć i zdenerwowana weszłam na ich stronę i napisałam, że jak mi jeszcze raz wyślą SMS w weekend przed południem, to zmienię operatora! Przeprosili i powiedzieli, że nie będę mi wysyłać więcej żadnych promocji. Później porozmawiałam z bratem przez Skype'a i zdrzemnęłam się trochę :) Zaczęłam znów pracować nad moją pracą doktorską, a potem porozmawiałam chwilę z rodziną przez Skype'a. Ale laptop mi się coraz bardziej psuje i prawie wcale mnie nie słyszą, więc nie dało się pogadać. Dobiłam do 51 stron i 18.800 słów. To wciąż za mało, ale miałam dość i po 23:00 poszłam spać.
poniedziałek, 22 lipca 2013
Cow and Calf oraz Sandringham

648.

W poniedziałek wstałam po 9:00, bo szłam znów do pracy na 10:00, wzięłam prysznic, a potem po drodze do pracy weszłam jeszcze do sklepu, więc spóźniłam się parę minut, ale nikt nic nie powiedział. Jakaś babka zrobiła mi zdjęcie na naszą nową stronę internetową, ale nie wyszłam na nim najlepiej. Zadzwoniłam jeszcze raz do tej firmy w Londynie, która oferuje pomoc w organizowaniu wycieczek zagranicznych dla studentów i po lunchu nareszcie babka do mnie oddzwoniła. Powiedziała, że przygotuje kosztorys i wyśle mi go jak najszybciej, byłam więc bardzo zadowolona z naszej rozmowy. Na 18:00 poszłam znów na zebranie Sabbów, ale tym razem było mniej przyjemnie :) W dodatku nie wyrobili się do 18:00, choć zapowiedziałam im, że muszę tym razem wyjść o czasie. Przez okno zobaczyłam już Paula, który przyszedł na film, więc 5 minut po 18:00 wyszłam z zebrania i poszłam na pokaz "Zero Dark Thirty" (Wróc numer jeden) Kathryn Bigelow w ramach BSC. Mogłam zostać dłużej na zebraniu, bo film się zaczął dopiero 15 po, a skończył się o 21:00! Nie poszłam więc już na salsę, tylko wyszłam z Paulem i porozmawialiśmy trochę o filmie. Był bardzo dobrze zrobiony, ale nie zgadzałam się z nim ideowo, a poza tym "Hurt Locker" (W pułapce wojny) tej samej reżyserki bardziej mi się podobał. Wróciłam do domu i usiadłam do Internetu, aż w końcu padłam i po 23:00 poszłam spać.

  
Jessica Chastain oraz Kyle Chandler i Jason Clarke w błędnym ideowo filmie "Zero Dark Thirty" :)

We wtorek wstałam po 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Był to pierwszy dzień Graduation i absolwenci mieli wyjątkowe szczęście, bo pogoda była prześliczna. Na 12:00 poszłam na Pilates, ale za bardzo się nie wysilałam, tylko się zdrzemnęłam :) Potem wróciłam do pracy i jakoś dotrwałam do 17:00. Wsiadłam we Free Busa i podjechałam do Morrisona na zakupy, a później wróciłam do domu i zamiast pójść zrobić pranie, jak wcześniej zaplanowałam, zaczęłam spisywać wywiad z Jerzy Stuhrem, który przeprowadziłam w czwartek 13-ego czerwca tego roku w Krakowie. Załamałem się faktem, że nie odpowiadał na pytania, które mu zadawałam, tylko gadał sobie a muzom! No cóż, będę musiała coś z tego wycisnąć. Chociaż teraz wygląda na to, że może z tego całego mojego doktoratu nic nie wyjdzie... Okazało się bowiem, że na 3 miesiące - a w jednym miejscu się doczytałam, że nawet na 6 miesięcy przed złożeniem pracy trzeba złożyć jej tytuł do akceptacji! Czyli powinnam była to zrobić przed 1 lipca, skoro chcę się wyrobić przed deadlinem 1 października. No cóż, najwyżej nie załapię się na Graduation w grudniu tego roku, tylko w lipcu przyszłego. A to będzie prawdpodobnie oznaczało, że nie będę mogła na nie przylecieć. Ale tytuł jest ważniejszy niż Graduation. Zresztą na razie pisanie nie idzie mi za dobrze, więc trochę więcej czasu się przyda. Spać poszłam po północy.

W środę wstałam tuż po 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Odezwała się do mnie Ala i spytała czy żyję, więc odpisałam, że planuję iść na My Salsa My Soul 26 lipca, bo to moje imieniny i zaproponowałam, żebyśmy się wcześniej spotkały. Napisałam więc na Facebooku do niej i do Kasi i umowiłyśmy się na przyszły piątek, że pójdziemy wcześniej coś zjeść, a potem prosto na imprezę. O 11:00 poszłam na zebranie z moją szefową i
głównym szefem, który był pod wrażeniem mojej organizacji wycieczek. Zobaczymy jeszcze, co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję, że zanim polecę na stałe do Stanów uda mi się jeszcze zobaczyć Brukselę i Bruges, a być może po raz ostatni Paryż :) Po lunchu zabrałam się za spisywanie notatek z poniedziałkowego zebrania, ale nie udało mi się skończyć, bo już dochodziła 17:00, więc wyszłam i poszłam do na nowo otwartego Love Apple, bo doczytałam się w Internecie, że mają tam wegetariańskie jedzenie. Okazało się jednak, że kiedyś rzeczywiście mieli, ale teraz jest tam tylko klub. Wróciłam więc do domu, zjadłam coś i zasnęłam nad komputerem. Obudziłam się po 19:00 i wkrótce zadzwonił Jan, żeby się umówić nazajutrz na wycieczkę do Ilkley i Cow and Calf. Zaproponował, żebym przyjechała z Paulem do nich i żebyśmy stamtąd pojechali do Ilkley, a potem poszli gdzieś na Fish and Chips. Napisałam więc maila do Paula. Spać poszłam znów po północy.

W czwartek wstałam o 8:00, wzięłam prysznic i poszłam na 9:00 do pracy. W sobotę mieliśmy jechać do Sandringham dwoma autokarami, ale jeden odwołaliśmy i nadal mieliśmy problemy z zapełnieniem drugiego. W sumie sprzedaliśmy 11 biletów, zamieniłyśmy więc z szefową autokar na minibusa z 16 siedzeniami, bo z nami było około 15 osób. Poszłam na krótszy lunch, a za to wyszłam 15 minut wcześniej z pracy. Wsiadłam we Free Busa, który akurat przyjechał i podjechałam na Interchange. Tam się spotkałam z Paulem, wsiedliśmy w 626 i pojechaliśmy do Baildon. Po drodze spytałam go, czy chce jechać w sobotę do Sandringham za darmo, bo się okazało że mogę zabrać ze sobą jedną osobę bezpłatnie. Nie bylibyśmy jednak helperami i nie dostalibyśmy pieniędzy na jedzenie. Powiedział, że nie miał żadnych planów na weekend i chętnie się wybierze. Wysiedliśmy w centrum Baildon i doszliśmy piechotką do Jana i Sue. Napiliśmy się czegoś w ogródku, a potem zabrali nas na skałki Cow and Calf. Weszliśmy na tą większą, czyli na krowę i porobiliśmy zdjęcia. Potem przejechaliśmy się jeszcze po Ilkley, a na koniec zabrali nas do Websters na fish and chips, ale ja zjadłam tam wielką i bardzo dobrą sałtkę z łososiem i krewetkami :) W końcu odwieźli nas do domu, ale ja zamiast iść do łóżka obejrzałam niby że przemycony z Korei Północnej film dokumentalny "Propaganda", więc poszłam spać po 1:30.

  
Cow and Calf w Ilkley oraz plakat do świetnego para-dokumentu "Propaganda" Slavka Martinova.

W piątek wstałam o 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam do pracy. Po drodze niepotrzebnie zareagowałam na zaczepkę jakiejś podejrzanej panny i całe szczęście, że mnie nie pobiła, tylko zwyzywała! :) Krzyczała coś za mną, ale się nawet nie odwracałam, tylko szłam dalej. Któregoś dnia nie dotrę do pracy, bo ktoś mi wleje za ten mój niewyparzony język! :) Na szczęście na poprawę humoru szefowa powiedziała, że dostanę 40 funtów na wydatki dla mnie i mojego gościa, czyli po 20 na głowę, bo i tak będziemy musieli nieźle dopłacić do tej wycieczki do Sandringham. Ale przez to, że podjełyśmy słuszną decyzję, żeby odwołać jeden autokar, to stracimy na tym wyjeździe tylko 400 funtów, a nie ponad 1000! :) Pomyślałam, że nic nie powiem o tym Paulowi aż do soboty rano, że nie tylko jedzie za darmo, ale i dostanie jeszcze kasę na jedzenie :) O 16:30 szefowa stwierdziła, że już wychodzimy z pracy, bo ona ma dość, a ja muszę nazajutrz wstać o 6:00! :) Podjechałam więc do Morrisona na zakupy i nakupowałam na spróbowanie jakiś dziwnych rzeczy, typu jogurt bez mleka czy krakersy bez glutenu i mąki. A potem wróciłam do domu z mocnym postanowieniem, że skończę przepisywać wywiad ze Stuhrem, ale zamiast tego coś mnie naszło i zaczęłam oglądać fragmenty serialu "Moonlighting" (Na wariackich papierach) na Youtubie i nawet nie wiem kiedy zrobiła się 23:00, więc poszłam spać :)

W sobotę wstałam o 6:00 jak zadzwonił budzik, wzięłam prysznic i poszłam pod uniwerek, po drodze wchodząc do Sainsbury po banany i wodę. Wkrótce przyszli pozostali, wsiedliśmy do 16-osobowego minibusa i pojechaliśmy do Sandringham, po drodze zatrzymując się na coś do jedzenia. Paul kupił sobie Steak and Ale Pie, a ja napiłam się herbaty. Całą drogę rozmawialiśmy o różnych religiach i o ludzkości :) W końcu dojechaliśmy do Sandringham i poszliśmy zwiedzać :) Zaczęliśmy od kościoła, potem poszliśmy do pałacu i ogrodu, aż zgłodnieliśmy i poszliśmy do restauracji na obiad. Tam przypadkiem wylałam na niego herbatę! Na szczęście szybko wysechł :) Po obiedzie poszliśmy do muzeum i na spacer, aż w końcu położyliśmy się na trawie na drzemkę :) O 17:00 ruszyliśmy w drogę powrotną, po drodze znów zatrzymując się na krótką przerwę. Do Bratfoot dotarliśmy przed 20:30 i Paul zaproponował, żebyśmy poszli do kina. Poszliśmy więc do Media Museum na średni, ale zabawny film Sofii Coppolii "The
Bling Ring". Po filmie zaproponowałam, żebyśmy się przeszli do Little Germany na imprezę, na którą zaprosił mnie znajomy fryzjer, który czesał nas w czasie naszego pokazu mody :) Napiłam się soku i zjadłam trochę orzeszkow i owoców, ale nie siedziliśmy długo, bo Paul chciał już iść, a ja też byłam zmęczona. W domu byłam po 23:30 i usiadłam do komputera, ale szybko zmógł mnie sen.

  
Zdjęcia Paula z Sandringham: dom królowej, w którym spędza co roku Boże Narodzenie oraz ogród.

W niedzielę obudził mnie dopiero budzik o 11:00 i usiadłam do komputera, ale zamiast zacząć pisać, zajrzałam najpierw na maila i na Facebooka. Tam znalazłam link do skeczu Davida Mitchella i Roberta Webba, który jak się okazało pochodził z ich programu "That Mitchell and Webb Look". Zaczęłam oglądać pierwszy sezon i zanim się obejrzałam, dochodziła północ i skończyłam oglądać sezon czwarty! Nie miałam jakoś motywacji do pisania, skoro nie miałam akceptacji tytułu, a formularz utknął gdzieś w Media School. Jeśli nie uda mi się go szybko dostarczyć do The Hub, to nie załapię się na deadline 1 października. A wtedy to już w ogóle nie muszę się spieszyć z pisaniem i mogę oddać pracę kiedy chcę. Poza tym prawdę mówiąc w ogóle mam wątpliwości co do tego doktoratu. Skoro nie chcę być akademikiem, to po co mi on? Zamiast pomóc mi znaleźć moją wymarzoną pracę, może być przeszkodą! Może się okazać, że mam za wysokie kwalifikacje i nikt nie będzie chciał mnie zatrudnić? Poza tym cały ten wyjazd do Ameryki zaczyna mnie trochę przerażać. Nie zgadzam się zupełnie z polityką tego kraju i nie wiem, czy będę chciała tam zostać. Myślę, że zapytam w pracy, czy dadzą mi roczny urlop bezpłatny i zobaczę, co się wydarzy.
Tu przynajmniej ludzie nie posiadają legalnie broni! Może wystarczy mi rok, na to żeby zwiedzić te stany, w których jeszcze nie byłam i wrócić do Anglii? Po 24:00 poszłam spać.

  
Emma Watson w środku i pozostali aktorzy z filmu "Bling Ring" oraz "That Mitchell and Webb Look".
poniedziałek, 15 lipca 2013
Trylogia Richarda Linklatera

647.

W poniedziałek wstałam po 8:30 i udało mi się wziąć prysznic :) Do pracy poszłam wyjątkowo na 10:00, bo szef mnie prosił, żebym została do 18:00 i robiła notatki na zebraniu Sabbów od 16:00 do 18:00. Poszłam siedzieć w Advice Centre, bo doradczyni wizowa zażyczyła sobie od 8 lipca pomocy. Okazało się jednak, że na razie nie ma zbyt dużego ruchu, więc miałam czas posiedzieć nad moimi wypocinami :) O 13:30 poszłam na lunch, a potem o 16:00 na to zebranie. Skończyło się 15 minut po 18:00, może dlatego że w połowie poszli sobie robić zdjęcia! :D Ale ogólnie była bardzo miła atmosfera, która zwykle z biegiem czasu zamienia się w coraz gęstszą - tak to już jest co roku z Sabatical Officers :) Wyszłam z pracy i najpierw poszłam do biblioteki sprawdzić parę rzeczy do mojego doktoraru. Po wyjściu z budynku spotkałam najzdolniejszego znajomego z kursu Kreatywnego Pisania, z kórym zawsze się zagaduję :) I tak było tym razem - staliśmy i gadaliśmy, aż zobaczyłam że jest już po 20:00 i muszę iść na salsę! :) Dotarłam na czas i po lekcji zostałam na potańcówce, bo bardzo dobrze mi się tańczyło. Gorzej było z powrotem do domu, bo nie czułam się zbyt bezpiecznie sama na ulicach. Dotarłam do domu o 23:00 i zamiast iść od razu spać usiadłam do Internetu. Do łóżka poszłam po 24:00.

We wtorek wstałam o 7:45 i wzięłam prysznic, a potem poszłam na 9:00 do pracy. Siedziałam znów w Advice Centre i spisywałam notatki z zebrania Sabbów poprzedniego dnia. O 12:00 poszłam na Pilates i trochę się zdrzemnęłam :) A potem kupiłam zupę w naszej kawiarni, bo mikrofalówka się zepsuła i nie mogłam odgrzać zupy w puszce, którą miałam w szafce :) Wyszłam na zewnątrz, bo pogoda nadal była piękna i usiadłam na ławce na amfiteatrze. Po lunchu dokończyłam notatki i rozesłałam je, po czym zabrałam się za zbieranie informacji na temat Blackpool Illumination i Bingley Bonfire Night, bo po 16:00 miałam zebranie z kolegą z pracy, z którym organizuję te dwie wycieczki. Wyszłam przed 17:00 i usiadłam ze znajomym od strony Internetowej koło recepcji, żeby omówić z nim szczegóły naszej współpracy. O 18:00 byłam już w domu i zdrzemnęłam się trochę, bo mnie zmogło - chyba z powodu tego upału! :) Wstałam po 19:45 i poszłam do Muzeum Mediów na 20:00 spotkać się z trzema osobami z Leeds Movie Fans Meetup Group. Atmosfera była trochę drętwa, bo się nie znaliśmy i wygladało to trochę jak podwójna randka w ciemno :) Na szczęście film "Before Midnight" (Przed północą) wkrótce się zaczął i tak mnie wciągnął, że zapomniałam całkiem o ich obecności :) Polecam go wszystkim, którzy widzieli 2 pierwsze cześci. Po filmie pożegnałam się i poszłam prosto do domu. Zabrałam się za pisanie tekstów na tą stronę znajomego i okazało się, że całkiem nieźle mi idzie. Skończyłam przed 1:00 i poszłam spać.

  
Ethan Hawke i Julie Delpy w "Before Midnight" oraz na zdjęciach ze wszystkich trzech części trylogii.

W środę wstałam po 7:45 i wzięłam prysznic, a potem poszłam na 10:00 do pracy. Siedziałam na recepcji i zajmowałam się planowaniem wycieczek do Blackpool na Illumination i do Bingley na Bonfire Night. Doradczyni wizowa przyniosła mi też folder firmy, która organizuje wycieczki zagraniczne dla studentów. Zaczęłam już planować wyjazd do Paryża i do Belgii (Bruksela i Bruges :), a potem poszłam na lunch. Później próbowałam wysłać maila do studentów na temat naszej wycieczki do domu królowej w Sandringham, na którą jedziemy w przyszłą sobotę, a na którą nie sprzedaliśmy jeszcze ani jednego biletu :) Na moim komputerze jednak wciąż wyskakiwał jakiś błąd. Spróbowałyśmy więc z szefową wysłać go z jej komputera i się udało. Przed 17:00 przyszła jedna ze studentek, której pomaga nasza doradczyni akademicka i przyniosła szampana i truskawki, żeby uczcić przeprowadzkę Advice Centre za Recepcję, bliżej Union :) Tymczasem minęła 17:00, a ja nadal wysyłałam tego maila! :) Skończyłam tuż przed 17:30, a potem spotkałam się z moja uczennicą na kolejną lekcję polskiego. Skończyłyśmy po 19:00 i poszłam do domu po pieniądze, a potem do mojego nowego landlorda, żeby wreszcie mu zapłacić za lipiec :) A potem wróciłam do siebie, usiadłam do Internetu i po 23:30 poszłam spać.

W czwartek rano obudziłam się sama, przekonana, że jest przed 8:00, bo budzik jeszcze nie dzwonił. Postanowiłam jednak sprawdzić, która jest godzina, ale okazało się, że w komórce padła mi bateria! Zerwałam się z łóżka i włączyłam komputer, żeby zobaczyś, która jest. Dochodziła 10:00! Wzięłam szybko prysznic i na 10:30 dotarłam do pracy. Mimo półtora godzinego spóźnienia o 12:30 poszłam na Nature Trail, czyli wycieczkę po kampusie, w trakcie której panowie z Estates pokazali nam, gdzie co rośnie, ule pszczele, maszynę do robienia kompostu i wiele innych rzeczy, koło których przechodziłam i nigdy ich nie widziałam! Dowiedziałam się, że można sobie przyjść i nazbierać owoców i że mają zapas miodu! Wróciłam do pracy po 13:40, a wyszłam przed 17:00, nie napracowałam się więc za bardzo :) Podeszłam na pocztę, a potem do Sainsbury i zapłaciłam wreszcie zaległe niecałe 2 funty za Council Tax i spłaciłam wreszcie moje mieszkanie. Zwrócili mi też kaucję, więc mogę uznać sprawę za zamknietą. Potem podjechałam Free Busem do Morrisona i zrobiłam zakupy. Wróciłam do domu po 18:00 i usiadłam do Internetu. Obejrzałam super dokument "Miss Representation" i po północy poszłam spać.

  
Nature trail, czyli "szlak natury" oraz plakat do filmu "Miss Representation" Jennifer Siebel Newsom.

W piątek wstałam po 8:00, wzięłam prysznic i na 9:00 poszłam się spotkać z szefową pod sklepem z meblami biurowymi, bo potrzebne są nam nowe krzeslo i biurko
dla mnie :) Obejrzałyśmy co mają, popytałyśmy o ceny i poszłyśmy do pracy. O 11:00 miałyśmy zebranie w sprawie Pick Up Service i przyszłych wycieczek. Potem zadzwoniłam do babki, które miało nam pomóc zorganizować wycieczkę do Belgii (Bruksela i Bruges) w listopadzie, ale była na jakimś zebraniu i miała do mnie oddzwonić. Na 13:30 poszłam do lekarki po nową receptę na jakiś żel na twarz, bo stary przestali produkować :) Wróciłam do pracy i przed 17:00 spytałam szefową, czy możemy już iść :) Przeszłam się po kampusie i narwałam sobie agrestu i czarnej porzeczki, a potem położyłam się na trawie i zjadłam wszystko :) Myślałam cały czas o Nature Trail poprzedniego dnia i o tym, że jeden z ogodników jest trochę upośledzony, ale widać, że ta praca sprawia my przyjemność. Wzruszajace. Zdrzemnęłam się do 18:00, a potem weszłam do sklepu po parę rzeczy do jedzenia. Później wróciłam do domu i usiadłam do Internetu. Wysłałam parę aplikacji o pracę i zaproszeń na LinkedIn, aż w końcu po 1:00 poszłam spać.

W sobotę obudziłam się około 10:00, ale zamiast pisać cały dzień spędziłam na Youtubie oglądając najpierw japońskie reklamy z Tommy Lee Jonesem, potem fragmenty trylogii "Before Sunrise", "Before Sunset" i "Before Midnight", a później programy Russella Branda! :) W końcu po 3:00 poszłam spać i w niedzielę obudziłam się po 11:00. Wzięłam prysznic i przed 14:00 wyszłam z domu. Poszłam na spacer i do sklepu, a potem położyłam się na pół godziny na trawce koło fontanny w centrum. Wróciłam do domu po 15:00 i zabrałam się za pisanie. Napisałam ponad pół strony :) O 19:00 wyszłam znów i poszłam na Centenary Square na koncert La La and the Boo Ya, prawdopodobnie po raz ostatni. Grał już jakiś zespół, a oni wyszli na scenę dopiero tuż przed 20:00. Wtedy zaczęli się pod nią schodzić znajomi, których dawno nie widziałam :) Też podeszłam pod scenę i zaczęłam śpiewać i tanczyć do piosenek LL&TBY :) Koncert skończył się o 20:30 i porozmawiałam chwilę ze znajomy z kursu Kreatywnego Pisania, a potem poszłam do Tesco po jeszcze parę rzeczy do jedzenia. Wróciłam do domu i usiadłam znów do pisania. Dobiłam do półtorej strony i po 1:30 poszłam wreszcie spać.

  
Charyzmatyczny Russell Brand oraz duet La La & the Boo Ya założony przez siostrę i brata z Bratfoot.
poniedziałek, 08 lipca 2013
Po przeprowadzce

646.

W poniedziałek nie poszłam w ogóle do pracy. Wstałam o 7:30 i zabrałam się za sprzątanie mieszkania. Poszłam też spisać liczniki i sprawdzić skrzynkę na listy. Przyszła akurat moja nowa karta do bankomatu oraz koperta z BT do odesłania im rootera :) Na dole spotkałam faceta z agencji i razem pojechaliśmy na górę. Porobił parę zdjęć i powiedział, że wszystko jest w porządku i że prześlą mi bond na konto, po czym wychodząc wyłączył w całym domu prąd! Dotarło do mnie, że sąsiadka i tak nie będzie więc mogła korzystać z rootera, którego zostawiłam schowanego za sofą! Zapasowe klucze do mieszkania miałam w pracy, postanowiłam więc, że wrócę po niego nazajutrz. Podjechałam z tobołami Free Busem do mojego nowego domu i zaczęłam się rozpakowaywać. Oczywiście nie miałam już siły dokładnie posprzątać pokoju i potem miałam cały czas wrażenie, że w powietrzu unosił się kurz! W dodatku nie mogłam rozpracować ogrzewania i gorącej wody. Wyrzuciłam część rzeczy, bo doszłam do wniosku, że nie będą mi potrzebne i podjechałam do sklepu po jedzenie. Zrobiłam sobie minikuchnię w pokoju, bo z tej wspólnej nie mam zamiaru korzystać i zjadłam coś, a potem poszłam się zdrzemnąć :) Wstałam po 19:30 i zebrałam się na salsę, a potem znajoma podwiozła mnie do domu i po północy poszłam spać.

We wtorek obudziłam się nad ranem i już nie mogłam zasnąć. Wstałam przed 7:00 i podjechałam na 8:00 na masaż. Parę minut się spóźniłam, do pracy więc też dotarłam parę minut po 9:00, ale nikt nic nie zauważył. Za pick up z lotniska Leeds Bratfoot w sobotę dodałam sobie półtorej godziny nadgodzin, a za Manchester w niedzielę 6 i pół, więc w sumie miałam osiem godzin nadgodzin, z czego 7 godzin i 15 minut wykorzystałam nie przychodząc poprzedniego dnia do pracy :) Zapomniałam zabrać spodenek, więc babki z Finansów pożyczyły mi na Pilates spodnie sportowe, które sprzedajemy :) Ćwiczyłam więc z metką schowaną do środka, a potem im je oddałam :) Po 17:00 zostałam i czekałam do 17:30 na moją studentkę, a potem zabrałam ją do jednego z Seminar Rooms i do 19:00 miałyśmy lekcję polskiego, zarobiłam więc 20 funtow ekstra :) Jak wyszłam, to spotkałam Paula i zaproponowałam, żebyśmy gdzieś nazajutrz pojechali, bo wiedziałam, że będę miała minibusa :) A potem wróciłam do domu, zjadłam coś i wzięłam prysznic. Okazało się, że muszę trochę poczekać, żeby gorąca woda dotarła na najwyższe piętro i że najlepiej unikać brania prysznica rano i wieczorem, jak wszyscy na raz chcą się umyć :) Udało mi się zatem wreszcie umyć, ale temperatura wody i ciśnienie były dość zmienne. No cóż, będę się musiała jakoś przyzwyczaić... Nie pamiętałam hasła do Internetu, poszłam więc wcześniej spać :)

W środę wstałam o 8:00, zebrałam się i o 9:00 wsiadłam pod Muzeum Mediów w taksówkę. Podjechałam do Arrow Self Drive po minibusa Ford Transit z 9 siedzieniami i pojechałam nim do pracy, żeby zabrać osiem osób do Lake District. Udało się nam wyruszyć tuż po 10:00 i po 12:00 byliśmy już w Ableside. Spotkaliśmy się z resztą ludzi i w sumie było nas 15 osób. Podjechaliśmy do portu i zjedliśmy tam lunch, a potem przed 14:00 wsiedliśmy na stateczek i popłynęliśmy do Bowness. Tam mieliśmy godzinę wolnego, w czasie której przeszłam się po miasteczku z jedną z doradczyń i zjadłam dwa lody, bo wyszło słońce, a nie pamiętałam już kiedy ostatnio jadłam loda w waflu na słoneczku :) Po 15:30 wsiedliśmy znów na statek i popłynęliśmy z powrotem do Ambelside. Usiadłam na dole i zdrzemnęłam się te pół godzinki. W porcie wsiedliśmy w naszego busa i podjechaliśmy do White Lion na obiad. Zjadłam łososia z rusztu, a potem owoce z kremem na deser :) W końcu po 18:00 zaczęłam wszystkich zbierać, bo się za bardzo nie spieszyli, a ja powiedziałam Paulowi, że po 19:00 będę w Bratfoot! :) Napisałam więc do niego SMSa, że będę raczej po 20:00 i żebyśmy się spotkali na parkingu pod Union.

  
Parowiec w porcie w Bowness (takim płynęliśmy) i White Lion w Ambleside (tam zjedliśmy obiad).

Udało się nam wyruszyć około 18:30, ale że po drodze porozwoziłam prawie wszystkich do domu, to dotarłam na campus po 20:30! :) Weszłam do budynku, znalałam Paula i pojechaliśmy na spacer do Shipley Glen :) Wysłałam wcześniej SMSa do Jana, żeby do nas dołączył, jeśli chce poćwiczyć swój francuski :) Ale zadzwonił, że jest u znajomego i zaproponował, żebyśmy odezwali się do jego żony. Zadzwoniłam więc na ich domowy numer i Sue oczywiście zaprosiła nas na kolację. Tymczasem Jan też dojechał i siedzieliśmy u nich do północy! :) Zanim odwiozłam Paula do domu i pojechałam pod Tesco, okazało się, że już je zamknęli :) Pojechałam więc na stację benzynową napełnić bak zanim oddam minibusa. Myślałam, że już jest pełen, bo pompa sama odskoczyła, ale jak ruszyłam okazało się, że nie! Zatrzymałam się więc na kolejnej stacji po drodze do Arrow, ale pompa nadal mi odskakiwała i nie mogłam napełnić baku! W końcu się wkurzyłam i pojechałam. Dojechałam do Arrow tuż przed 2:00 w nocy, ale zanim taksówka po mnie przyjechała i dojechałam do domu, to była 2:30, a zanim poszłam spać, to było już po 3:30, bo usiadłam jeszcze oczywiście do Internetu i wzięłam prysznic przed snem :)

  
Shipley Glen, czyli tutejszy Wielki Kanion oraz 9-osobowy minibus Ford Transit, który prowadziłam :)

W czwartek obudziłam się nad ranem, posiedziałam chwilę na Internecie, a potem poszłam dalej spać. Wstałam po 8:00 i poszłam na 9:00 do pracy, po drodze wchodząc do sklepu po banany i wodę. Na początku nie byłam nawet tak bardzo zmęczona, ale po lunchu zaczęła mnie morzyć senność. Wróciłam więc po pracy do domu i poszłam prosto spać! Budziłam się co jakiś czas, ale wstałam dopiero o północy. O 1:30 postanowiłam wziąć prysznic, bo nie chciałam ryzykować, że rano nie będzie gorącej wody! I po 3:00 poszłam dalej spać :) W piątek obudziłam się znów przed budzikiem, ale wstałam dopiero jak zadzwonił po 7:30. Poszłam do pracy na 8:30, bo był Open Day i szefostwo nas poprosiło, żebyśmy pracowali 8:30-16:30. Wyszłam więc już o 16:30, ale musiałam się wrócić, bo zapomniałam, że w lodówce zostały
hummus i warzywka, które przyniosłam do pracy, żeby je zjeść na lunch, ale zjadłam tylko zupę :) Zaniosłam to wszystko do domu, razem z paroma puszkami, które zostały z wyjazdu do Lake District :) Przebrałam się, zjadłam coś i podjechałam do Morrisona na zakupy. Wracając położyłam się na trawce przy fontannie i dopiero po 19:00 dotarłam do domu. Zapytałam w recepcji, czy nie znaleźli moich plakatów IFF 2011 i 2012, bo się zorientowałam, że ich brakuje. Na szczęście się znalazły! Usiadłam do pisania mojej pracy doktorskiej, ale wkrótce sen mnie zmógł i juz po 23:00 poszłam spać.

W sobotę obudziłam się o 5:00 rano i już nie mogłam zasnąć. W końcu jednak poszłam dalej spać i wstałam dopiero po 11:00. Zjadłam coś i zebrałam do kupy to wszystko, co napisałam do tej pory. Wyszło tego prawie 50 stron i 17.500 znaków, czyli prawie 1/4 pracy! :) Muszę napisać minimum 72.000 znaków, a maksimum 80.000. Potem porozmawiałam z mamą i z siostrą przez Skype'a po raz pierwszy od dłuższego czasu. W końcu po 16:00 wzięłam prysznic i postanowiłam iść na spacer. Zaniosłam do pracy rzeczy, które powinny być w lodówce, a potem położyłam się na ławce w Amfiteatrze, bo wreszcie zrobiła się piękna pogoda. Po godzinie wróciłam spacerkiem do domu, po drodze wyjmując cześć pieniędzy na czynsz. O 19:00 poszłam parę pięter niżej do znajomego, który zaproponował mi płatną współpracę przy jego stronie internetowej. Pogadaliśmy półtorej godziny i umówiliśmy się znów na wtorek, po czym wróciłam do siebie i zaczęłam słuchać piosenek w wykonaniu Huey'a Dunbara
z zespołu DLG (Dark Latin Groove :) A potem obejrzałam bardzo ciekawy dokument o Alanie Moore, twórcy takich komiksów jak "V for Vendetta" czy "Watchmen". W końcu poszłam spać o 4:00 rano.

  
Huey Dunbar, którego bachaty "Volvere" mogłabym w kółko słuchać
oraz niesamowity Alan Moore.

W niedzielę obudziłam się tuż przed budzikiem i wstałam o 11:00. Zjadłam śniadanie i usiadłam do Internetu. Okazało się, że Zbigniew Preisner odpisał na mojego maila! Niestety, odmówił odpowiedzi na moje pytania, twierdząc, że powinnam pisać o filmach Kieślowskiego, a nie o nim samym i na koniec stwierdzając, że nie zajmuje się plotkami :( Zaczęłam dochodzić do wniosku, że być może dlatego Krzysztof Piesiewicz przestal odpisywać na moje maile? Pewnie się zgadali i doszukali informacji, że byłam dziennikarką i podejrzewają jakąś zasadzkę! Odechciało mi się trochę pisać i postanowiłam iść na spacer. Najpierw poszłam do starego domu sprawdzić pocztę, ale nie było nic do mnie. Poszłam więc do centrum i kupiłam sobie loda, a potem usiadłam koło Mirror Pool. Wszędzie było pewno ludzi, a fontanna zmieniła się w basen publiczny :) Jakoś nigdy nie miałam okazji zamoczyć w niej nóg, więc postanowiłam teraz to nadrobić :) Później położyłam się na trawie, żeby mi nogi wyschły i poleżalam do 14:30, po czym wróciłam do domu dalej pisać. Postanowiłam skupić się na najmocniejszych punktach mojej pracy. Dobiłam do ponad 18.000 słów i usatysfakcjonowana po 1:30 w nocy poszłam spać.
niedziela, 30 czerwca 2013
Ostatnia przeprowadzka!

645.

W poniedziałek wstałam po 7:30 i weszłam do wanny. Na 9:00 zajechałam do pracy, po drodze zahaczając o sklep. Dzień mi jakoś minął i o 17:00 wyszłam z Recepcji i poszłam na górę do Boardroom z jedną z naszych studentek, bo powiedziała, że zostało tam trochę jedzenia po jakiejś konferencji. Rzeczywiście, było trochę owoców, kanapki z łososiem wędzonym, bezy i creme brule! :) Zjadłam wszystkiego po trochu, a potem jak dziewczyny w końcu doszły po 17:30, zabrałam je tam, żeby też sobie coś zjadły i żeby mnie Karina mogła spokojnie uczesać i pomalować :) Na 18:00 poszłyśmy na pokaz BSC filmu "Amour" Hanekego w Lecture Theatre. Przyszedł na niego francuz z CS, którego poznałam w poprzednią sobotę. Film mi się nawet podobał, choć mnie trochę zaskoczył. Ale nie zszokował. Po pokazie podeszłyśmy na siłownię, gdzie spotkałyśmy się ze znajomym z salsy, który nas podrzucił na lekcję. Po lekcji potańczyłyśmy do 23:00, a potem nas odwiózł do domu i wszedł na górę zobaczyć, ile mam rzeczy, bo go spytałam, czy pomoże mi się w sobotę przeprowadzić. Po jego wyjsciu zaczął mnie i Ewelinę boleć brzuch, pewnie od tego jedzenia! W końcu po 1:30 poszłam spać.

  
Jean-Louis Trintignant i Emmanuelle Riva w "Amour" Michaela Hanekego oraz nasza lekcja salsy :)

We wtorek
wstałam po 7:30 i wzięłam kąpiel. Przed wyjściem pożegnałam się z dziewczynami, a potem podjechałam na 9:00 do pracy. Po drodze weszłam jeszcze do sklepu i kupiłam banany. Okazało się, że będę jednak miała duży samochód (Skodę Octavię) od piątku wieczorem do godziny 16:00 w sobotę :) Na 12:00 poszłam na Pilates, a potem prosto na lunch. Później poszłam ustalić z doradczynią wizową plan na najbliższe parę miesięcy. Od poniedziałku 8 lipca będę siedziała w Advice Centre na Recepcji i zajmowała się wizami :( I potrwa to prawdopodobnie do połowy października! Lekko załamana tą perspektywą wyszłam parę minut wcześniej z pracy i podjechałam do Tesco po coś do jedzenia na resztę tygodnia :) W domu byłam przed 18:00 i ze skrzynki na listy wyjęłam klucz, który tuż przed wyjazdem o 13:30 wrzuciły tam dziewczyny. Najpierw zjadłam dwa pierogi, które mi zostawiły, a potem wstawiłam pranie i zaczęłam gotować. Wieczorem wpadła sąsiadka i się trochę rozgadała, a ja zaczęłam właśnie przeglądać rzeczy przed przeprowadzką! W końcu tuż po północy poszłam spać :)

W środę wstałam znów po 7:30 i się wykąpałam, a potem na 9:00 podjechałam do pracy, po drodze wchodząc znów do sklepu po banany i po wodę. Rano miałam zebranie w sprawie wycieczek, po którym poczułam się znów przytłoczona nadmiarem obowiązków i lekko załamana :) Ale myślę, że to przez tą przeprowadzkę, którą mam na głowie. Mój znajomy dał mi już klucze do nowego pokoju, a szefowa powiedziała, żebym zatrzymała samochód do niedzieli :) Zadzwoniłam do mojego banku i anulowałam wszystkie Direct Debits poza BT, gdzie mi powiedziano, że muszę im odesłać rooter. Mają mi przysłać kopertę i nie będę musiała za to płacić. Oczywiście o ile dojdzie zanim się wyprowadzę :) Chyba, że zatrzymam klucz do skrzynki i będę sprawdzać :) Po lunchu poszłam na kurs International Students and Tier 4 na temat wiz studenckich, a potem wróciłam na chwilę do pracy. Wyszłam o 17:00 i podjechałam do domu. Włączyłam pranie i zabrałam się za tworzenie materiałów reklamujących trzecią edycję Inspiring Films Festival (
IFF 2013). W końcu zmęczona poszłam spać tuż przed północą.

W czwartek obudziłam się po 6:00 rano i już nie mogłam zasnąć. Wstałam więc, weszłam do wanny, a potem zaczęłam przęglądać i pakować rzeczy z łazienki. Zabrałam też parę rzeczy z kuchni do pracy, gdzie dojechałam na 9:00 Free Busem. Najpierw zabrałam się za Pick Up Service, a potem za Visa Advice. Po lunchu zarezerwowałam prom dla 14 osób z Ambelside do Bowness i z powrotem. Jedziemy w przyszłą środę na Residential z nowymi Sabbami i mam prowadzić minibus :) Przed 17:00 zajrzał znajomy z salsy, więc wyszłam parę minut przed końcem pracy i podwiózł mnie do mojego nowego domu :) Chciałam zobaczyć, czy w moim pokoju jest miejsce na jedno krzesło. Potem poszłam do sklepu i do domu. Porozmawiałam z sąsiadką i umówiłam się z nią, że zapłaci mi 15 funtów, a ja zostawię jej rooter, żeby mogła do wyprowadzki, czyli połowy lipca, korzystać jeszcze z Internetu. Mam nadzieję, że odda mi go zanim wyjedzie i że nie będę żałować tej decyzji. Padało, więc zmęczona poszłam spać po 21:00!

W piątek wstałam tradycyjnie po 7:30 i wzięłam kąpiel, a potem podjechałam do pracy na 9:00. Zeszłoroczni sabbs kończyli dziś swoje kadencję, więc szef wręczył im prezenty i były przemówienia :) Po 12:00 zeszliśmy wszyscy na dół na pożegnanie VC i na lunch! :) Były cheerleaderki i bębniarze :) O 16:00 wsiadłam w taksówkę z dwoma kolegami z pracy i pojechaliśmy do Arrow Self Drive po Skodę Octavię dla mnie. Pojechaliśmy najpierw do mnie po stół i krzesła, a potem do Queensbury po pudła z domu kolegi, który się przeprowadził tydzień temu! :) Później wróciliśmy znów do mnie, żebym zaniosła moje pudła na górę i wyrzuciłam od razu parę rzeczy do śmieci. A potem wsiedliśmy znów wszyscy w samochód i zawiozłam ich do Union. Zostawiłam parę rzeczy w kuchni, a potem poszłam na 19:30 do Theatre in The Mill na przedstawienie "Conversations Not Fit For the American Dinner Table"
. Było ciekawe, ale nie odkrywcze! :) Potem podjechałam do Tesco po coś do jedzenia i zorientowałam się, że zgubiłam kartę do bankomatu! Na szczęście miałam trochę gotówki z pracy na Pick Up Service. W końcu przed 22:00 wróciłam do domu, wstawiłam pranie i tuż przed północą nareszcie poszłam spać.

  
Kyle Davis w "Conversations Not Fit For the American Dinner Table" Sola Maxa oraz plakat sztuki.

W sobotę obudziłam się po 6:00, ale wstałam po 9:00 i się wykąpałam. Na 10:20 zajechałam na lotnisko Leeds Bratfoot. Szukałam chińskiego studenta, ale na szczęście szybko się znaleźliśmy i zapłaciłam tylko 2 funty za pół godziny postoju. Zawiozłam go na campus, gdzie dotarliśmy o 11:00 i skąd nie mogłam wyjechać!  Wróciłam do domu i poszłam do banku wyjąć pięniądze, a potem zaczęłam pakować rzeczy. Zaczęłam od łazienki, potem wzięłam się za kuchnię. W końcu dotarłam do pokoju. Zjadłam coś i przed 18:00 przyszła znajoma z salsy. Pomogła mi rozkręcić łóżko, a w międzyczasie przyszedł Paul z CS. Zaczęliśmy wynosić razem rzeczy na śmietnik, a potem zapakowaliśmy resztę do dwóch samochodów. Pojechaliśmy pod mój nowy dom i tam dołączył do nas jeszcze znajomy z salsy. Razem dość szybko wnieśliśmy wszystko na górę. Znajoma z salsy pojechała do domu, a my do Saltaire na spacer po parku. Potem odwiozłam Paula do domu, a znajomego z salsy na parking, gdzie stał jego samochód, a sama wróciłam do domu. W budynku naprzeciwko włączył się alarm i po ścianie leciała woda. Wstawiłam ostatnie pranie z pościelą i zabrałam się za ostatnią szafkę, ale od tego alarmu już mnie zaczynała głowa boleć! W końcu tuż przed północą ustał. Pełno było strażaków. Po 2:00 poszłam spać!

W niedzielę wstałam o 9:30, zanim budzik zadzwonił o 10:00. Wyszłam o 11:00 i pojechałam na lotnisko w Manchesterze. Dojechałam tam w godzinę i parę minut! :) Niestety, student wyszedł dopiero godzinę później, więc ruszyliśmy z lotniska około 13:15. Ale 14:15 byłam już pod Richmond Building :) Podjechałam do pracy zawieźć różne moje foldery i po korektor, ale nie mogłam żadnego znaleźć. Napisałam do Paula SMSa z pytaniem, czy może mi pomóc, ale odpisał, że dopiero po 15:00! Musiałam więc sama szybko zapakować wszystko do windy, a okazało się, że jest tego jeszcze dość dużo. Mieliśmy się spotkać na parkingu pod moim nowym domem, ale jak dojechałam nadal go nie było, zaczęłam więc sama nosić rzeczy. Przyszedł i pomógł mi je zawieźć na górę, a potem powiedział, że zaniesie je do pokoju, a ja żebym jechała oddać samochód, bo minęła już 15:30! Pojechałam więc do Arrow Self Drive, a stamtąd wróciłam taksowką do domu. Paul przyszedł pomóc mi jeszcze wyrzucić ciężkie pudła z papierami, a potem w ramach podziekowań zaprosiłam go do Omar's Batli na curry. Otwierali dopiero o 17:00, musieliśmy więc parę minut zaczekać. Wyszliśmy po 18:30 i poszłam zmęczona do domu. Weszłam do wanny, a potem spytałam szefową SMSem, czy mogę nazajutrz wziąć wolne. Zgodziła się. Zdrzemnęłam się do 22:00, a potem zabrałam się za sprzątanie! Spać poszłam po 1:00.
poniedziałek, 24 czerwca 2013
Drugi pobyt dziewczyn

644.

W poniedziałek obudził mnie budzik o 7:30, więc wstałam i o 8:00 wzięłam antybiotyk, ale doszłam do wniosku, że nie czuję się dobrze i noga mnie nadal boli, więc postanowiłam nie iść do pracy. Napisałam do babki z Finansów, że nie mogę chodzić i mam gorączkę, a potem zadzwoniłam jeszcze po 9:00 na Recepcję, żeby zobaczyć, czy ktoś w ogóle tam przyszedł :) Odebrała jedna z naszych studentek i jak jej powiedziałam, że nie przyjdę, to się zdziwiła, że w ogóle już wróciłam :) Poszłam więc dalej spać, a potem wstałam i usiadłam do Internetu. O 16:00 wzięłam znów antybiotyk i obejrzałam na Youtubie koncert  Prince Royce'a, czyli najbardziej chyba znanego wykonacy bachaty :) Później obejrzałam też parę wystapień
Tomasza Szasza na temat amerykańskiej służby zdrowia. Umówiłam się też mailem nazajutrz na masaż, więc napisałam do tej samej babki na Facebooku, że nadal nie przyjdę do pracy. Nie poszłam też na salsę, choć bardzo chciałam, bo nie mogłam chodzić! O 24:00 wzięłam antybiotyk i poszłam spać.

We wtorek wstałam o 8:00 rano i wzięłam antybiotyk, a potem poszłam jeszcze na trochę spać. Potem wyszłam z domu i pojechałam na masaż. Dotarłam tam przed 12:00, a wracając zrobiłam małe zakupy, bo nie miałam już prawie co jeść :) Masażysta powiedział, że jak nie muszę, to żebym nie chodziła przez najbliższe 2 dni i przez 2 tygodnie nie tańczyła salsy! O ile to pierwsze  nie było trudne, to co do salsy powiedziałam mu, że to nie wchodzi w grę, bo mam wkrótce gości i wybieramy się na salsę! Poradził mi, żebym w takim razie zabandażowała nogę, jak będę szła tańczyć. O 16:00 wzięłam znów antybiotyk i usiadłam znów do Internetu. Na BBC iPlayer obejrzałam przedstawienie "Bollywood Carmen", które zostało nagranę w centrum Bratfoot - pod ratuszem i w fontannie Mirror Pool. Było nawet niezłe, choć bardzo unowocześnione :) O północy wzięłam znów antybiotyk i poszłam spać.

  
Bachatujący Prince Royce oraz Preeya Kalidas i Stephen Rahman Hughes w "Bollywood Carmen".

W środę wstałam tradycyjnie o 8:00, żeby wziąć antybiotyk, a potem wysłałam SMSa oraz maila do szefowej, bo wróciła już z urlopu. Napisałam jej, że dam jej znów nazajutrz znać, czy przyjdę do pracy czy nie. Nie miałam nawet wyrzutów sumienia, bo naprawdę nie czułam się dobrze i nie mogłam chodzić! Potem zabrałam się za segregowanie płyty CD i wszystkie kopie muzyczne włożyłam w jedno opakowanie przenośne. Później usiadłam do Internetu i o 16:00 wzięłam kolejny antybiotyk. Wieczorem miałam jechać do Leeds na spotkanie InterNations, ale noga nadal mnie bolała, więc sobie odpuściłam. Ala też nie pojechała, tylko po 20:00 przyjechała do mnie na chwilę, żeby porozmawiać. Dałam jej wiśnie w czekoladzie, które kupiłam dla niej w Polsce. O północy wzięłam antybiotyk, a potem poszłam spać.

W czwartek wstałam przed 8:00 i napisałam SMSa do szefowej, że nadal nie przyjdę do pracy, bo obudziłam się cała spocona i noga mnie jeszcze trochę bolała. Potem wzięłam antybiotyk i zabrałam się za sprzątanie, bo o 10:00 miał przyjść ktoś z agencji i pokazać mieszkanie potencjalnemu klientowi. Nikt nie przyszedł, więc pół godziny później wyjęłam płytki CD i zaczęłam  przegrywać zdjęcia, żeby móc je powyrzucać. Przed 16:00 zadzwonił Ismail i spytał, co słychać, a na koniec powiedział, że zadzwoni po weekendzie. O 16:00 wzięłam antybiotyk i napisałam do dziewczyn SMSa z pytaniem, czy doleciały. Okazało się, że samolot był spóźniony, ale zdążyły na autokar i po 19:00 były już u mnie w domu. Zostawiły rzeczy i poszłyśmy do sklepu po coś do jedzenia, bo miałam już pustą lodówkę. Potem wróciłyśmy do domu na kolację, i później Ewelina padła, a z Kariną pojechałam do Leeds na salsę. Wróciłyśmy z Kaśką i Alą samochodem do niej, a stamtąd taksówką do domu. Spać po 2:30.

W piątek wstałam po 7:30 i wzięłam kąpiel. Potem o 8:00 wzięłam ostatni antybiotyk i podjechałam na 9:00 Free Busem do pracy, po raz pierwszy od ponad dwóch tygodni. Dzień mi jakoś minął, bo powiedziałam szefowej, żeby była ze mną delikatna :) Na lunch zjadłam odmrożony makaron, który został po Majce. Wychodząc wzięłam też jej pierogi z zamrażalki. W domu Karina mnie uczesała, a potem wyszłyśmy we trzy i poszłyśmy na pociąg na Leeds. W pociągu Karina mnie jeszcze umalowała! :) Na 19:00 doszłyśmy do Trinity Arts Centre na pokaz flamenco. Było magicznie i spotkałam parę znajomych osób, m.in. babkę, która też uczyła kiedyś języków w college'u :) Później poszłyśmy prosto piechotką do baru Seven na Rumba Picante, gdzie wybawiłyśmy się setnie. Impreza była jak zwykle świetna i pełno było znajomych. Po imprezie pojechałyśmy na after party u znajomego z salsy, ktorą praktycznie ja zorganizowałam :) Było 15 osób i wyszła z tego bardzo fajna impreza. W końcu przed 5:00 wsiadłyśmy w taksówkę razem z Piotrkiem i Kasią, a po 5:00 byłyśmy już w domu i poszłam spać.

W sobotę alarm mnie obudził o 11:00, ale wstałam dopiero 10 minut później i poszłam prosto do wanny. Potem obudziłam dziewczyny i powiedziałam im, że o 13:19 mamy pociąg do Yorku. O dziwo udało się nam jakoś na niego zdążyć i po 14:00 byłyśmy już na miejscu. Zwiedziłyśmy miasto, m.in. The Shambles, wieżę i stare centrum miasta. Po 17:00 wsiadłyśmy w pociąg do Bratfoot. Z dworca poszłyśmy od razu na zakupy do Tesco, a potem w domu zrobiłyśmy sobie obiad i drinki Guinnes Shandy. Sąsiadka chciała się nam na nie wprosić, ale ją zignorowałam. Przyszła tylko pożyczyć garnek i wzięła trochę ryżu. Spać poszłam już po 23:00, bo byłam wykończona! Dziewczyny też :)

  
Druhny w oczekiwaniu na parę młodą w parku Muzeum Yorku oraz nasze pyszne Guinness Shandy :)

W niedzielę po 9:00 obudziły mnie dziewczyny, bo okazało się, że zapomniałam nastawić budzik! Zebrałam się więc szybko i na 10:00 poszłyśmy na Interchange na autokar do Liverpoolu. Kasy biletowe były zamknięte, a kierowca nie mógł nam sprzedać powrotnych biletów. Zapoponował więc, żebyśmy zapłaciły za nie w Manchesterze. Tak też zrobiłyśmy i o 12:20 dotarłyśmy do Liverpoolu. Zaczęłyśmy zwiedzanie od katolickiej i anglikańskiej katedry. Potem poszłyśmy przez Chinatown do centrum, na uliczkę Beatlesów, czyli Matthew Street, a stamtąd do doków Alberta, a potem pod Banansheep, zwaną też Superlambanana :) Miałyśmy szczęście, bo cały dzień nie padało, chociaż było pochmurno i wiał silny wiatr. O 17:15 wsiadłyśmy w autokar do Manchesteru, a tam przesiadłyśmy się w drugi do Bratfoot, gdzie dotarłyśmy o 20:00. Zrobiłyśmy sobie szybko coś do jedzenia, a potem napiłyśmy się znów Guinness Shandy, na którego załapała się też sąsiadka :) Jak wyszła zaczęłyśmy się zbierać do spania, ale zanim wreszcie poszłam do łóżka, minęła północ, a zanim zasnęłam, 1:30!




Oryginalna Superlambanana oraz porozrzucane po mieście i inaczej pomalowane małe Bananasheep! :)
niedziela, 16 czerwca 2013
Ostatni pobyt w Warszawie?

643.

W poniedziałek obudziłam się o 7:00 rano, wzięłam kąpiel i zabrałam się za przeglądanie gazet w moim pokoju. Postanowiłam wyrzucić wszystki numery Filmu, z wyjatkiem tego, w którym były dwa moje wywiady. Podobny los spotkał inne gazety. Potem zebrałam się i na 13:30 pojechałam na MDM spotkać się z Piotrkiem, który wyjechał z Bratfoot parę lat temu i teraz jak się okazało mieszka w Warszawie. Napiliśmy się herbaty i pogadaliśmy, a potem podjechał ze mną na plac Dąbrowskiego, gdzie szukałam Kancelarii Senatora Krzysztofa Piesiewicza. Okazało się, że teraz kto inny jest senatorem, więc nie udało mi się z nim spotkać. Po 15:00 spotkałam się z ojcem i poszliśmy na spacer, aż doszliśmy do Starówki, gdzie wsiadłam w autobus 190 i wróciłam do domu na obiad. O 20:30 spotkałam się znów z Kariną na placu Trzech Krzyży i znowu pojechałyśmy najpierw do niej na makijaż i włosy, a potem na 23:00 do Salsa Libre na imprezę. Bradzo średnio było, bo dziwni ludzie tam przychodzą. Chciałam zagadać z jednym DJem, który tańczył ze mną na dwa jak tam byłam ostatnio w zeszłym roku, ale tylko mnie zdenerwował. Karina odwiozła mnie do domu i poszłam spać.

We wtorek obudziłam się znów o 7:00, wzięłam kąpiel i na 10:00 podjechałam tramwajem do fryzjerki. Zrobiła mi odrosty i podcięła włosy, za co wzięła 190 złotych, więc potem wszyscy mi mówili, że mnie naciągnęła :) No cóż, chyba więcej już do niej nie pojdę :) Po 11:00 byłam już z powrotem w domu, zjadłam coś i na 14:00 pojechałam samochodem do naszej znajomej dentystki, czyli świadkowej mojej siostry :) Zrobiła mi przegląd, za ktory zapłaciłam 130 zlotych i na koniec powiedziała, że mam najładniejsze zęby w całej rodzinie :) Wróciłam znów do domu i zdrzemnęłam się zanim po 18:00 przyszedł brat. Próbowaliśmy ściągnąć z mojej komórki jakieś rekolekcje, które moja siostra kiedyś nagrała, ale się nam nie udało. Umówiliśmy się, że sprobujemy znów nazajutrz u niego w pracy, a potem po 21:00 przyjechała Karina. Znów mnie uczesała i umalowała, a potem zawiozła na Chłodną na imprezę kizombową. Grali też trochę bachaty i salsy, więc parę razy zatańczyłam i ogólnie podobało mi się :) To był nasz ostatni wspólny wieczór przed moim wyjazdem, a jej przyjazdem w przyszłym tygodniu do mnie! :) Odwiozła mnie do domu i północy poszłam spać.

W środę obudziłam się tradycyjnie już o 7:00, ale poleżałam do 8:00 :) Potem wzięłam kąpiel i o 10:00 poszłam do naszego parku pod blokiem spotkać się z siostrą pana młodego :) Poszłyśmy na długi spacer i bardzo fajnie się nam gadało. Wróciłam do domu na 12:00 i podjechałam z mamą autem do brata do pracy, żeby przegrać ten plik dla siostry. Tym razem się nam udało przez Bluetootha, a potem pojechałam z mamą na zakupy. Zjadłam szybko obiad na 15:00 pojechałam znów do dentystki, ale tym razem na rwanie górnych ósemek. Prawa nie chciała wyjść i biedna babka męczyła się z nią z 10 minut. Lewa natomiast wyskoczyła bez problemu jak z procy :) Zapłaciłam 100 złotych i zabrałam obie na pamiatkę, bo są naprawdę wielkie i robią wrażenie! :) Potem siedziałam 40 minut i czekałam na mamę, żeby wrócić do domu. Wtedy mnie zmogło i dostałam gorączki, więc się zdrzemnęłam. Tymczasem Jerzy Stuhr napisał w mailu, że nie przyjeżdża jednak nazajutrz do Warszawy, ale może się ze mną spotkać w Krakowie! Po 19:00 spotkałam się z dwoma koleżankami, z którymi poszłam na spacer po osiedlu Przyjaźń i do Karuzeli. Wróciłam do domu po 23:00, ale zagadałam się z wujkami i ciociami do północy :)

W czwartek wstałam o 8:30, wzięłam kąpiel i pojechałam autobusem 190 na Dworzec Centralny. Tam kupiłam bilet do Krakowa na 10:50, w Krakowie o 13:58, i powrotny na 18:48, w Warszawie o 22:00, za 120 złotych. W pociągu trochę pospałam, a potem prosto ze stacji poszłam szybkim krokiem w złym kierunku niestety i się zgubiłam. Z jakiegos punktu informacji turystycznej wzięłam mapę i dotarłam do Hotelu Starego na ulicy Szczepańskiej ponad 15 minut po 14:00. Jerzy Stuhr już siedział przy stoliku i coś czytał. Podeszłam do niego, przedstawiłam się i nagrałam naszą ponad godzinną rozmowę. Była bardzo ciekawa, ale niestety czasami na moje konkretne pytania odpowiadał dość niekonkretnie i mówił bardziej o sobie niż o Kieślowskim :) Ale coś z tego na pewno wykorzystam do swojej pracy doktorskiej. Polecił mi obiad w restauracji Gessler na ulicy Św. Jana, więc poszłam najpierw do Empiku doładować kartę, a potem dotarłam tam tuż przed 16:00 na obiad. Jak wyszłam dostałam znów gorączki, więc położyłam się na ławce w parku. Potem zrobiłam małe zakupy na drogę w Galerii Krakowskiej i o 22:00 rodzina odebrała mnie z Zachodniej. Nie czułam się najlepiej, więc poszłam spać przed północą.

  
Wnętrze kawiarnii w Hotelu Starym oraz restauracji Gessler w Hotelu Francuskim w Krakowie.

W piątek wstałam po 7:00 i zabrałam się znów na ostatnią chwilę za opróżnianie mojego pokoju z papierów. O 13:00 musiałam jednak wyjść, bo umówiłam się ze znajomą dentystką, że zerknie mi przed wyjazdem na te dwie dziury po ósemkach. Lewa była w porządku, ale do prawej coś mi włożyła i kazała wykupić antybiotyk. Kupiłam go od razu po drodze wracając do domu. Zostawiłam samochód pod domem i na 14:30 poszłam do koleżanki z podstawówki na pogaduchy. Wyszłam od niej po 16:00 i wróciłam do domu na moją pożegnalną kolację :) Było nas razem 14 osób, na szczęście nie siedziliśmy wszyscy na raz przy stole, tylko ratami, bo brat z żoną trochę się spóźnili :) W pewnym momencie, jak goście zajęli się rozmową, wymknęłam się do swojego pokoju i dalej przeglądałam swoje papiery. Czego tam nie ma! W pewnym momencie jednak wymiękłam i dałam sobie spokój. Coś czuję, że będę musiała jeszcze raz przyjechać przed wyjazdem do Stanów, żeby się z tym uporać! Goście się wkrótce rozeszli, a ja poszłam się spakować. Poprzegrywałam sobie jeszcze zdjęcia i posprawdzałam maile oraz Facebooka, aż w końcu poszłam spać.

W sobotę obudziłam się przed budzikiem, za 15 minut 8:00, wzięłam kąpiel, zjadłam coś i dokończyłam pakowanie. Mój bagaż ważył niecałe 7 kilo, ale był niewymiarowy. Bałam się cały czas, że się do niego przyczepią i każą mi płacić! Po 9:00 przyjechała siostra z mężem i zabrali mnie oraz mamę na lotnisko. Tam się pożegnaliśmy i poszłam na samolot. O dziwo znów nie miałam żadnych problemów z bagażem. Dolecieliśmy przed 13:00, więc poszłam zjeść frytki, a potem na 13:55 wróciłam na stację i wsiadłam w autokar do Manchesteru. Tam musiałam się przesiąść i o 15:30 byłam już w Bratfoot. W domu wstawiłam pościel do prania i umyłam lodówkę, która się w międzyczasie rozmroziła, a potem wyszłam tuż przed 18:00 i poszłam do centrum spotkać się z Francuzem z CS. Poszliśmy do City Vaults i wytłumaczyłam mu, dlaczego nie mogę mu zaoferować noclegu. Potem poszliśmy do Tesco i do mnie. Pogadaliśmy do 22:30, a potem poszedł, a ja wzięłam kąpiel, bo mnie bolała prawa łydka, a później usiadłam do Internetu. W końcu po 1:00 poszłam spać.

Dziś obudził mnie mocny skurcz lewej łydki, ale rozchodziłam go i poszłam dalej spać. W końcu wstałam po 10:00 i usiadłam znów do komputera. Zdecydowałam, że wezmę jednak ten antybiotyk, tak profilaktycznie, żeby nie mieć później problemów. Zaczęłam więc gotować obiad, żeby nie brać go na czczo, ale przyszła moja sąsiadka i
przyniosła mi pyszne ziemniaczki z marchewką i pieczarkami domowej roboty, więc zjadłam je zanim o 16:00 wzięłam lek osłonowy i podwójną dawkę antybiotyku Dalacin C. Ona w połowie lipca też się stąd wyprowadza i wraca do Bułgarii! :) Później przychodziła jeszcze parę razy, żeby pożyczyć różne rzeczy, bo robiła zupę. Udało mi się w międzyczasie wziąć kąpiel i porozmawiać z mamą i siostrą, a potem znów przyszła i przyniosła mi tej zupy, ale sypnęło się jej za dużo chili, więc dla mnie była niejadalna :) Przyniosła mi więc jogurt i cytrynę, żeby ją doprawić i rozcięczyć, ale nadal nie dałam rady jej zjeść. Szkoda :) Muszę jutro kupić tego więcej i może wtedy dam radę. Przez cały dzień nic nie zrobiłam, tylko siedziałam w sieci i gotowałam, ale cały czas bolaly mnie obie łydki i nie mogłam chodzić, więc nie poszłam nawet na tango, tylko odpoczywałam!
I już po ślubie :)

642.

W zeszły czwartek wstałam o 6:00 rano, bo o 7:15 miałam autokar na lotnisko w Manchesterze. Jakoś z trudem dopchałam
na dworzec 20-kilogramową walizkę, do której cienkim sznurkiem przywiązana była deskorolka! Na lotnisko na szczęście zajechaliśmy o czasie, czyli o 9:05, a samolot odlatywał o 10:15! Miałam więc tylko pół godziny do zamkniecia bramek, a musiałam dojechać ze stacji na Terminal numer 3. Zapłaciłam więc funta za wózek, żeby nie ciągnąć już tej walizki, a deskorolkę schowałam do środka. W końcu o dziwo bez żadnych przygód dolecialam do Warszawy, ale musiałam trochę poczekać na brata i mamę. Po 14:00 pojechaliśmy do domu cos zjeść. O 18:30 byłam już umówiona z Kariną na placu Trzech Krzyży, więc wyszłam z domu o 18:00 i podjechałam tam autobusem 171, a stamtąd autem pojechałyśmy do niej. Karina uczesała mnie próbnie na wesele i zrobiła makijaż, a potem zawiozła mnie do szkoły tańca Oye! na lekcję semby :) Po lekcji pojechałyśmy we trójkę, z jej koleżanką do Huty Warszawa na imprezę salsową. Tam spotkałyśmy jej kolegę i potańczyłyśmy do północy, a potem odwiozły mnie do domu i po północy poszłam spać.

  
Sala w szkole salsy Kubanskiej Oye!, w której była lekcja semby oraz wnętrze klubu Huta Warszawa.

W piątek trochę pospałam, ale w moim pokoju nie ma teraz zasłon, więc obudziło mnie słońce. Wzięłam kąpiel i poszłam do sklepu wyjąć pieniądze i kupić parę rzeczy. Potem zjedliśmy obiad i pojechałam z siostrą i jej narzeczonym do drukarni, a później do Niepokalanowa i wtedy ja już prowadziłam samochód, żeby się trochę przyzwyczaić, bo miałam nazajutrz zawieźć młodych do kościoła :) W Niepokalanowie oni poszli załatwiać jeszcze ostatnie formalności, a ja spotkać się z rodziną, która już się częśćiowo zjechała na ślub :) Nocowali na miejscu, w domu pielgrzyma braci franciszkanów i jedli akurat zakrapianą kolację :) Później doszli do nas młodzi i świadkowa - miałyśmy nazajutrz dzielić się obowiązkami, więc ustaliłyśmy, że ona jest świadkowa (bo już zamężna :) a ja świadkowna, bo jeszcze panna :) Potem pojechaliśmy jeszcze do domu weselnego Arkadia w Sochaczewie coś jeszcze  pozałatwiać, a potem odwiozłam siostrę i jej narzeczonego i pojechałam jeszcze do brata zamienić samochód. Brat ma ładniejszy, wiec miałam nim nazajutrz wieźć parę młodą, ale miał prawie pusty bak, więc musiałam najpierw zatankować! :)

  
Bazylika klasztoru w Niepokalanowie oraz Dom Bankietowy Arkadia w Sochaczewie z lotu ptaka :)

W sobotę wstałam o 8:00 rano, wzięłam kąpiel i ubrałam się już w sukienkę na ślub, bo o 9:30 byłam umówiona z Kariną na czesanie i malowanie! :) Mama była u fryzjerki, a siostra właśnie do niej poszła, kiedy do drzwi zadzwoniła makijażystka! :) Otworzyłam jej i za chwilę przyszły mama i Karina, więc makijażystka zajęła się mamą, a Kariną mną :) Najpierw zrobiła mi włosy, a potem jak makijażystka malowała moją siostrę, ona malowała mnie :) Po południu byłyśmy już wszystkie trzy gotowe, a gości nadal nie było. W końcu świadkowa dotarła i pomogła siostrze się ubrać, a później doszedł też pan młody i jego ojciec, a na koniec jego mama i siostra. Było już po 13:00 jak wreszcie dali im błogosławieństwo :) A potem wsiedlismy w samochody i pojechaliśmy do Niepokalanowa. Ja prowadziłam samochód z parą młodą z tyłu i świadkową z przodu, a świadek wiózł rodziców i siostrę pana młodego :) Zajechaliśmy pod bazylikę jako jedni z pierwszych, a potem zaczęli się zjeżdżać i schodzić pozostali. O 16:00 zaczął się ślub, a potem goście przez ponad godzinę składali życzenia! :) Razem ze świadkiem i świadkową odbierałam kwiaty, prezenty i koperty :)

  
Wnętrze bazyliki przystrojone na ślub oraz państwo młodzi ze świadkiem i świadkową przed ołtarzem.

Potem państwo młodzi wsiedli w jakiś wypasiony i przystrojony samochód ich kolegi, a my zabraliśmy się pozostałymi samochodami do Sochaczewa. Tam w domu weselnym Arkadia zaczęło się wesele, a ja przejęłam obowiązki od świadkowej :) Najpierw parę młodą przywitali rodzice chlebem i solą oraz kieliszkami z wodą zamiast wódki, bo młodzi nie piją, a wesele było bezalkoholowe :) Jednakże z małym odstępstwem od reguły, bo po wejściu do sali, każdy dostał kieliszek szampana na toast! :) Oczywiście niektórzy goście radzili sobie także podczas wesela, wychodząc co jakiś czas na parking do samochodu i wracając coraz weselszym krokiem :) Po toaście był obiad, w czasie którego siedziałam już przy głównym stole z państwem młodym i świadkiem, z ktorym od razu się dogadałam i który cały czas prawił mi komplementy :) Zrobiliśmy sobie sesję w ogrodzie, a potem na zmianę z jedzeniem wodzirej proponował nam wciąż jakieś zabawy. W czasie jednej z nich - kankana - poszło mi ramiączko! Musiałam więc zmienić sukienkę na czerwoną już o 22:00, a moja mama i siostra nie przebrały się w końcu nawet po północy, choć obie też miały sukienki na przebranie :)

Wesele trwało do 5:00 rano i nie wytańczyłam się za bardzo, bo nie było z kim :) Wszyscy tańczyli jakoś inaczej iż jestem przyzwyczajona :) Brakowało mi tanga, salsy, bachaty, kizomby i marengi :) Ale dobrze się bawiłam :) W końcu ostatni goście się rozjechali, a ja zawiozłam mamę i bagażnik pełen kwiatów do domu. Zanim je zaniosłyśmy na górę i poszłyśmy spać było już po 6:00 :) Potem obudziłam się po 11:00 i już mi się nie chciało spać :) Porozmawiałam sobie spokojnie z mamą, zanim przyjechali państwo młodzi, którzy zostali na noc w apartamencie nowożeńców w Arkadii :) Zjedliśmy razem obiad, a potem odbyły się spontaniczne poprawiny, bo przyszli rodzice i siostra pana młodego. Posiedzieliśmy i pogadaliśmy, a potem wszyscy się rozeszli, a ja pojechałam autobusem 190 pod zoo. Tam koło misiów spotkałam się z Kariną i wraz z jej kolegą i koleżanką pojechaliśmy do La Playa, czyli klubu nad Wisłą, gdzie była impreza salsowa. Dopiero tam się wytańczyłam! :) Prosiłam jakiś Kubanczyków do tańca, a mnie prosili znajomi Kariny :) Zebraliśmy się przed północą, bo oni nazajutrz szli do pracy. Kolega odwiózł nas wszystkie do domu i po północy byłam już w łóżku.

  
Świadkówna oraz Klub La Playa w Warszawie nad Wisłą - z piaskiem, leżakami, koszami i palmami!
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69