Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
czwartek, 06 czerwca 2013
Przed ślubem siostry :)

641.

W poniedziałek po 7:00 obudziły mnie hałasy z salonu. Wstałam więc i wzięłam kąpiel, a potem wyszłam i podjechałam na 9:00 do pracy. Po drodze weszłam do sklepu po banany. Mój promotor przełożył spotkanie ze środy na wtorek, a w środę po pracy umówiłam się na oglądanie pokoju :) Po 12:00 przyszła Majka z synkiem, więc wyszłam do nich na 15 minut i potem nie zdążyłam zjeść obiadu i musiałam wziąć dłuższą przerwę na lunch. Sprawdziłam ceny biletów do Stanów i w październiku było taniej, więc poszłam spytać szefa, jak się na to zapatruje. Nie zgodził się, ale obiecał mi za to jeden dzień wolny ekstra :) Udało mi się wyjść za 10 minut 17:00 i poszłam piechotą do domu. Nie zastałam Majki w mieszkaniu, tylko musiałam zejść na dół po klucz, żeby móc pójść do toalety! Wzięłam ich rzeczy i zeszłam na dół, a potem poszłyśmy na dworzec i udało im się złapać pociąg o 17:32. Wsiadłam od razu we Free Busa i podjechałam z powrotem na uniwerek. O 18:00 BSC miało pokazywać "Life of Pi", ale poza mną nikt nit przyszedł, więc powiedziałam, że ja też spadam i poszłam się położyć na trawce w Amfiteatrze :) O 19:00 wstałam, podjechałam Free Busem do domu i zjadłam coś. Po 20:00 przyjechał po mnie kolega z salsy i pojechaliśmy razem na lekcję. Nie było naszych nauczycieli, tylko babka z Leeds na zastępstwie. Średnio ją lubię, więc lekcja mi się nie podobała, ale potem zatańczyłam dwa super tańce - jeden z Jonathanem, a drugi z nauczycielem średniozaawansowanych :) Po lekcji kolega odwiózł mnie do domu i usiadłam do komputera. Spać poszłam wyczerpana tuż po północy :)

We wtorek obudziłam się przed budzikiem, wzięłam kąpiel i na 9:00 pojechałam do pracy. Tuż przed 12:00 poszłam niby na Pilates, a tak naprawdę to spotkać się z moim promotorem i zapytać go, jak się zapatruje na to, że planuję skończyć studia w tym roku i w grudniu mieć Graduation :) Nie był może zbyt entuzjastyczny, ale powiedział, że jak napiszę i złożę wszystko na czas, to obaj promotorzy pomogą mi szybko zorganizować Vivę, czyli egzamin końcowy. Po wyjściu od niego poszłam na pocztę i wysłałam do domu paczkę z pistoletem sportowym dla brata, który chciałam mu przywieźć, ale się doczytałam, że nie wolno nawet w bagażu głównym przewozić replik broni, czy nawet pistoletów-zabawek. Mam nadzieję, że paczka dotrze i nie będzie z nią żadnych problemów :) Potem wróciłam do pracy, zjadłam lunch i jakoś dotrwałam do 17:00. A właściwie to wyszłam znów parę minut wcześniej, wsiadłam we Free Busa i pojechałam do domu. Zjadłam coś, a potem wzięłam butelkę wody, dwa kubeczki plastikowe i zeszłam na dół spotkać się z moją uczennicą. Pogoda była piękna, więc odbyłyśmy naszą kolejną lekcję polskiego w parku na ławce. Potem wróciłam do domu i zrobiłam sobie tortillę, czyli hiszpański omlet. Trochę się rozwalił, więc nie wyglądał za dobrze, ale świetnie smakował :) Później porozmawiałam ze znajomym na Facebooku i poczułam, że chce mi się spać. Poszłam się chwilę zdrzemnąć i nie przypuszczałam, że obudzę się dopiero około 3:00 rano! Nie brałam się już za pakowanie, tylko  kupiłam wreszcie bilet do Chicago na koniec sierpnia i poszłam dalej spać :)


W środę obudził mnie budzik o 7:30, wzięłam kąpiel i rozmroziłam lodówkę. Spakowałam to, co zostało po Majce i podjechałam na 9:00 do pracy Free Busem. Włożyłam wszystko do lodówki i zamrażalki w pracy, przyklejając na wierzchu nalepki z moim imieniem :) O 12:00 mieliśmy zebranie, a potem zjadłam lunch i jakoś dotrwałam do końca, ale znów wyszłam parę minut wcześniej. Poszłam prosto do Richmond Building i w The Hub spotkałam się z dziewczyną, która tam pracuje, a z którą będę dzielić mieszkanie w akademiku. Pokazała mi kuchnię i mój pokój z łazienką. Potem przyszedł jej chłopak, którego też znam i który się też tam wprowadza, a pozostali wyprowadzają się pod koniec czerwca. Od lipca będziemy więc mieszkać w trójkę w 5-pokojowym mieszkaniu. Kuchnia mnie nie powaliła, ale myślę, że nie będę tam spędzać zbyt dużo czasu. Rzadko coś gotuję i postaram się jeść u siebie w pokoju rzeczy, które nie wymagają gotowania. Zresztą zawsze mogę trzymać
jedzenie w lodówce w pracy. Potem wróciłam do domu i zjadłam wszystko, co mi zostało :) I w końcu zabrałam się za pakowanie walizki (choć strasznie mi się nie chciało) i przywiązałam do niej sznurkiem deskorolkę :) Skończyłam przed 22:00, wzięłam kąpiel i postanowiłam pójść wcześniej spać, bo nazajutrz musiałam wstać o 6:00 rano, żeby złapać najpierw autokar na lotnisko z Manchesterze, a potem samolot do Polski. Ale wcześniej usiadłam jeszcze do komputera i pogadałam z dziewczynami z Polski, które kupiły bilety i przylatują do mnie 20-25 czerwca :) Ustaliłyśmy wszystko i w końcu po 23:00 poszłam spać :)

  
Pistolet sportowy P329 na
plastikowe kulki oraz Wardley House - akademik, w którym zamieszkam.
niedziela, 02 czerwca 2013
Tango z kolegą :)

640.

We wtorek rano budzik zadzwonił o 7:30, ale nie chciało mi się wstawać, więc postanowiłam, że pośpię jeszcze do 9:00, a jeżeli pojawi się kurier z ambasady amerykańskiej, to mnie obudzi domofonem :) Wstałam w końcu po 9:00 i kiedy wreszcie postanowiłam wziąć kąpiel, domofon zadzwonił jak właśnie
myłam włosy! :) Mogłam się założyć, że tak będzie! :) Wyskoczyłam więc z wanny, wcisnęłam domofon i zanim kurier dotarł na górę, byłam już wytarta i w szlafroku :) Wręczył mi mój paszport z wizą w środku oraz przesyłkę, którą mają otworzyć służby na lotnisku po moim przekroczeniu granicy. Teraz nie ma już odwrotu! :) Dochodziła 11:00, więc zebrałam się i wyszłam. Dotarłam na uniwerek na 11:15, prosto na zebranie w sprawie naszych jednodniowych wycieczek :) O 17:00 wyszłam z pracy i wróciłam Free Busem do domu. Weszłam do wanny, zjadłam coś i poszłam na dworzec. O 19:19 wsiadłam w pociąg do Leeds i przed 20:00 spotkałam się na dworcu z kolegą, z którym tak dobrze mi się tańczyło tango na Sunday School :) Zawiózł nas na lekcję tanga i milonga, a potem odwiózł mnie na dworzec. Przed północą zajrzała jeszcze sąsiadka, żeby pogadać i napiłyśmy się Sangrii, a potem poszłam spać :)

W środę obudziłam się znów przed budzikiem i wstałam wcześniej, żeby wziąć kąpiel. Potem wyszłam z domu o 8:25 i poszłam na autobus. Po drodze do pracy zrobiłam małe zakupy w sklepie i weszłam do Richmond Building po folder z informacjami o UBUS, czyli naszym Safety Busie :) W pracy zabrałam się za organizowanie kolejnej wycieczki, tym razem do Cambridge pod koniec czerwca. Po lunchu spotkałam się ze znajomym, który w zeszłym tygodniu powiedział mi, że mogę się przeprowadzić do jednego z akademików, w którym mieszkają głównie tzw. mature students lub pracownicy uniwerku! Ustaliliśmy, że wprowadzę się w ostatni weekend czerwca (nie pojadę więc do Cambridge :) A tak się dobrze składa, że akurat wtedy będę miała minibus z uniwerku do użytku, bo będę tego dnia odbierać studentów z lotniska w ramach naszego Pick Up Service. W dodatku wyprowadzając się zaoszczędzę 180 funtów miesięcznie i będę miała wszystkie rachunki wliczone w cenę! :)
Wszystko się jakoś samo układa! :) Zadzwoniłam więc od razu do mojej agencji wynajmu i złożyłam wymówienie. Umówiliśmy się, że wyprowadzę się w weekend 29 - 30 czerwca, a potem w poniedziałek 1 lipca zwrócę im klucze.

Tuż przed 17:00 wyszłam z pracy i pdjechałam do domu Free Busem. Ogarnęłam trochę salon i kuchnię, wstawiłam naczynia do zmywarki i szybko coś zjadłam. O 17:30 byłam umówiona z moją byłą, a teraz już znów aktualną studentką na kolejną lekcję polskiego, tym razem już płatną 20 funtów :) Spóźniła się trochę, więc miałam na wszystko więcej czasu :) Wypiłyśmy do końca Sangrię, która mi została z weekendu i wyszła bardzo zadowolona :) Po jej wyjściu spotkałam się z sąsiadką, z którą dzielę się Internetem i powiedziałam jej, że się wyprowadzam za miesiąc. Potem odprawiłam się i dokupiłam walizkę, w której zabiorę do Warszawy rzeczy, których nie chcę wyrzucać ani zabierać ze sobą do Stanów, a później zadzwoniłam do mamy, żeby ją powiadomić na bieżąco, co się dzieje :) Umówiłam się też z Janem i Sue na niedzielę na obiad. Po 23:00 wpadł sekretarz mojego stowarzyszenia i przekazałam mu złą (że się wyprowadzam, więc nie wynajmę mu salonu) i dobrą wiadomość (że mogę mu załatwić tani pokój u mojego byłego landlorda :) Było mi głupio, ale czułam, że podjęłam właściwą decyzję. Potem usiadłam jeszcze do Internetu zamiast iść wcześniej spać, a do łóżka poszłam dopiero po 24:00.

W czwartek obudziłam się w nocy o 4:00, bo jedna sąsiadka waliła z całych sił w drzwi moich sąsiadek! Wpuściły ją, ale ja już nie mogłam zasnąć, więc usiadłam do Internetu, a potem wzięłam kąpiel o 6:00 rano i położyłam się znów do łóżka, ale miałam wrażenie, że zasnęłam najwyżej na pół godziny i już musiałam wstawać. Po 8:00 wyszłam z domu i podjechałam do pracy, a o 10:00 poszłam na chwilę z szefową do Bombay Store, żeby kupić szal dla Nowej, bo w piątek był jej ostatni dzień pracy. Poszłam też obejrzeć buty, ale nie zdecydowałam się żadnych kupić. Prosto po pracy podjechałam do sklepu po jedzenie i w domu byłam po 18:00. Usiadłam do Facebooku, żeby ustalić z dziewczynami z Polski, na kiedy kupują bilet, ale zdecydowały się poczekać, bo mają nadzieję, że bliżej terminu będzie taniej. Potem po 20:00 spotkałam się z moją sąsiadką i pokazałam jej, jak ma sobie spisywać liczniki. Dałam jej też 20 funtów, bo jej znajomy ma mi wymienić zamek w skrzynce na listy za 35 funtów, a ona zwykle 15 płaciła mi miesięcznie za Internet. Potem wróciłam do domu i poszłam wcześniej spać, bo przed 24:00.

W piątek wstałam przed 7:00, wzięłam kąpiel i przed 7:30 wyszłam z domu. Poszłam na Interchange i podjechałam na masaż. Byłam wcześniej, ale sklepy były jeszcze zamknięte, na szczęście masażysta też był wcześniej wolny. Po pół godzinnym masażu poszłam piechotką do centrum, po drodze zahaczając o moją agencję wynajmu. Chciałam kupić ciasto na niedzielę,
ale w centrum wszystkie polskie sklepy też były pozamykane, więc wsiadłam we Free Busa i podjechałam do pracy na 9:00. Lunch zjadłam na dworzu, bo nareszcie wyszło piękne słońce. Był ostatni dzień pracy Nowej i Nowego, daliśmy im więc kartki z napisami "Thank You" oraz małe upominki - jej szal, a jemu czekoladki. Potem zadzwonili do mnie z Yorkshire Water i od razu przez telefon złożyłam im wymówienie. Po 16:30 wyszliśmy wszyscy z pracy, bo mieliśmy już dość siedzenia i podjechałam Free Busem do domu. Zdrzemnęłam się do 17:30, a potem zjadłam coś i na 18:30 poszłam na dworzec Forster Square, na który przyjechał kolega z tanga. Podjechaliśmy Free Busem na uniwerek i tam w jednym z Seminar Rooms ćwiczyliśmy nowe kroki oglądając filmiki na Youtubie :) Ale że był tam dywan, to nie mogliśmy ich potem dobrze poćwiczyć. Zaproponowałam więc, żebyśmy poszli do mnie i nawet sfilmowaliśmy jak tańczymy jego komórką :) Potem porozmawialiśmy trochę i wyszedł ode mnie po 23:00, a ja poszłam spać około północy.

W sobotę obudziłam się po 9:00 rano i usiadłam do Internetu. Majka napisała do mnie przez Skype'a, że nie przyjadą wcześniej jak po 17:00. W końcu wyszłam z domu po 12:30 i poszłam do mojego banku złożyć aplikację o kartę kredytową. Potem poszłam na Forster Square - najpierw do TKMaxxa, a potem do Comet i Asdy w poszukiwaniu transformatora wtyczek, który by zamieniały brytyjską końcówkę na polską. Później weszłam do Bootsa, ale nie mieli mojego kremu, więc poszłam do Home Bargin, a potem w sklepie obok znalazłam ten transformator za 99 pensów, ale już nie miałam drobnych! :) Podjechałam więc Free Busem do Bootsa w centrum, ale też nie mieli tego kremu, kupiłam za to dwa make upy i dostałam w prezencie jakieś kosmetyki. Potem zajrzałam do Primarku i weszłam do jeszcze jednej apteki, ale też nie mieli tego kremu! Wróciłam więc do Bootsa na Forster Square, żeby tam go zamówić, ale powiedzieli mi, że nie mogą, bo producent nie ma go na składzie! Kupiłam za to przynajmniej ten transformator i nie będę już musiała wracać przed wylotem, a recepta na krem jest ważna pół roku, więc spróbuję znów go poszukać po powrocie. Do domu wróciłam po 15:00, wzięłam kąpiel, zjadłam obiad, a potem porozmawiałam z siostrą z mamą przez Skype'a. Później zaczęłam przeglądać szafkę z płytami DVD i CD oraz kasetami magnetofonowymi. Majka nie przyjechała, więc po 1:00 poszłam spać.

W niedzielę obudziłam się po 7:00 rano, ale wróciłam do łóżka i próbowałam iść dalej spać. Majka miała przyjechać z synkiem po 10:00, ale nie dała żadnego sygnału, więc wstałam po 9:00 i weszłam do wanny, żeby w razie czego być gotową. Po wyjściu z kąpieli przeczytałam od niej SMSa, że przyjadą po 11:00, więc zebrałam się powoli, a potem wyszłam i poszłam najpierw do bankomatu po pieniądze na obiad, a później czekałam na nich na stacji. Wróciliśmy razem do domu zostawić rzeczy i napić się czegoś zanim wyszliśmy znów i poszliśmy do sklepu po coś do jedzenia. Zostawiłam ich w centrum i wróciłam szybko do domu zostawić zakupy, a później dołączyłam do nich i przed 14 poszliśmy powoli do Ambrozji. Tam dołączyli do nas na obiad Jan i Sue. Wyszliśmy stamtąd po 16:00 i weszliśmy jeszcze do Kirkgate'u, bo okazało się, ze wszystkie sklepy są otwarte w niedzielę do 16:30! Nie miałam o tym pojęcia! Kupiłam więc od razu deskorolkę, bo stwierdziłam, że muszę coś wymyśleć, żeby dotargać na dworzec walizkę, której odpadły kółka! Postanowiłam, że przywiążę ją sznurkiem, a potem schowam do walizki i dam w prezencie bratankowi :) Wróciliśmy we trójkę do domu, po drodze podziwiając nowe graffiti na płocie wokół dziury w ziemi. Wykonali je członkowie kolektywu Sick Hype Asylum wieczór strasznie się dłużył. W końcu synek Majki nareszcie zasnął, a my mogłyśmy wreszcie pogadać. Napiłyśmy się piwka z sokiem malinowym i pogadałyśmy prawie do północy, ale spać poszłam już po :)

  
Nasi nauczyciele tanga: Florencia Labiano i Hernan Rodriguez oraz nowe graffiti w Urban Garden!
poniedziałek, 27 maja 2013
Zwariowany tydzień!

639.

W poniedziałek wstałam po 6:00 rano, wzięłam prysznic i po 7:00 wyszłam z domu. Doszłam pod uniwerek i zaczął się chaos :) Stały tam już 3 autokary, bo okazało się, że spod uniwerku oprócz naszej rusza też inna wycieczka, więc nasze 6 autokarów się nie zmieściło. Podjechały 3, a reszta stanęła kawałek dalej. W dodatku liczba miejsc w autokarach nie zawsze zgadzała się z tą podaną nam wcześniej, a co za tym idzie z liczbą sprzedanych biletów :) W końcu okazało się, że mieliśmy parę wolnych miejsc. Zabraliśmy nawet jedną studentkę więcej, która zapłaciła nam w drodze powrotnej, jak już na miejscu wyjęła pieniądze z bankomatu :) Ja z szefową siedziałyśmy ze studentami na górze jedynego tym razem Double Deckera i nie było nam za wygodnie. O 8:00 udało się nam wszystkim wreszcie ruszyć i po 11:00 dojechaliśmy do Alton Towers. Poszłam najpierw z szefową na atrakcje dla dzieci: przejażdżkę łódeczką Riverbank Eye Spy i kolejkę Squirrel Nutty Ride :) Potem poszłyśmy do "Ice Age. The 4D Experience" czyli do 4-wymiarowego kina na krótki film z serii "Epoka lodowcowa".

Później wsiadłyśmy w kolejkę górską Sky Ride i pojechałyśmy ponad ogrodami na drugą stronę parku. Przeszłyśmy przez parę kolejnych rejonów parku i spotkałyśmy parę osób z naszej wycieczki. W pirackiej Mutiny Bay poszłyśmy na Live Pirate Show, ale nie był zbyt zabawny, więc wsiadłyśmy znów w Sky Ride i podjechałyśmy do Woodcutter's Bar and Grill na obiad, a po obiedzie poszłyśmy do "Charlie and the Chocolate Factory. The Ride". Na deser podjechałyśmy znów kolejką linową do Corner Coffee and Bar, a że miałyśy jeszcze trochę czasu, to zaliczyłyśmy jeszcze raz poranne atrakcje dla dzieci: Riverbank Eye Spy i Squirrel Nutty Ride:) O 17:00 byłyśmy już przy autokarach, ale zanim zebrałyśmy wszystkich studentów, to nasz autokar wyruszył jako ostatni o 18:00. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na przerwie na toaletę, więc pod uniwerkiem byliśmy dopiero przed 21:00. Potem szefowa podwiozła mnie do domu, gdzie dotarłam po 21:00. Nie poszłam już na salsę, ale zamiast od razu iść spać, mimo że byłam zmęczona, usiadłam do Internetu :) A spać poszłam dopiero po 1:00.


Mapa najbardziej popularnego ponoć w Anglii parku Alton Towers, z najwyższymi roller coasterami.

We wtorek wstałam po 7:30 i podjechałam do pracy na 10:00. Byłam niewyspana, więc schowałam się w Advice Centre, żeby tylko przeczekać jakoś dzień :) Nie poszłam nawet na Pilates, bo w piątek szłam na lunch z ludźmi z Advice Centre i chciałam sobie zaoszczędzić na to trochę ekstra czasu. Potem od 15:30 do 17:00 siedziałam na recepcji. Chłopak z BSC przyszedł wcześniej, żeby pokazać "Spirited Away" na kolejnym spotkaniu IFSoc, a ja poszłam na dworzec i wsiadłam w autokar do Londynu. Niestety, nikt nie przyszedł na film, więc przysłał mi wiadomość, że idzie do domu. A ja poszłam spać w autokarze i dopiero jak dojeżdżaliśmy do Londynu, to spytałam kierowcę, czy zatrzymuje się przy Marble Arch. Powiedział, że zobaczy, czy mu się uda, ale że po 22:00 zatrzymał się przy stacji metra Golders Green linii Northern, więc tam wysiadłam i podjechałam do znajomej. Dotarłam dzięki temu do niej dużo wcześniej, bo już o 23:00, ale zagadałyśmy się i zanim poszłyśmy spać, to już oczywiście dawno minęła północ.

W środę wstałam o 6:00 rano, wzięłam prysznic i wyszłam po 7:00. Zostawiłam wszystko u znajomej, włącznie z komórką, zebrałam ze sobą tylko potrzebne mi papiery. Wsiadłam w metro i tuż przed 8:00 doszłam pod Ambasadę, ale do środka weszłam dopiero o 8:15, bo musiałam najpierw stanąć w kolejce i przejść przez ochronę. Miałam numerek 906 i po jakiejś godzinie mnie wywołali. Złożyłam wszystkie dokumenty i zapłaciłam ponad 200 funtów, a potem czekałam dalej. W końcu znów mnie wywołali do okienka i dostałam tą wizę! Zapłaciłam jeszcze 15 funtów ekstra za kuriera i po 10:30 wyszłam. Po 11:00 byłam już z powrotem u znajomej i zaprosiłam ją na lunch, bo od rana nic nie jadłam. Wyszłyśmy po 12:00 i poszłyśmy do bardzo fajnej knajpki Cafe Lemon na Green Lanes coś zjeść, a potem przed 14:00 odprowadziła mnie na stację metra i pojechałam na Victorię. Dotarłam tam przed 15:00, ale okazało się, że mój autokar jest prawie godzinę spóźniony, ruszyliśmy więc dopiero przed 16:00. Koło mnie przez część drogi siedziała babka ze złamaną nogą, a potem w Leeds musieliśmy zmienić autokaru, bo podobno zostawiłam odkręconą wodę w łazience i zalało nam podłogę :) W domu byłam przed 21:00. Wzięłam kąpiel, zapowiedziałam na FB, że kończę wkrótce z salsa parties i po 24:00 poszłam spać.

W czwartek obudziłam się po 9:00, bo myśli mi się kotłowały w głowie i nie mogłam już spać, więc usiadłam do Internetu. Potem wróciłam do łóżka na pół godzinki i wstałam po 10:00. Po 11:00 wyszłam z domu i podjechałam do Health Centre po receptę na krem, który mi się kończy. Przy okazji miałam szczęście, bo pielęgniarka miała akurat czas, żeby mnie przyjąć i dostałam od razu receptę na pigułki. Po drodze do pracy weszłam do apteki, ale nie mieli tego kremu, więc będę musiała pójść do innej, jak znajdę czas. Jak wyszłam z apteki, to było już za późno, żeby wejść do sklepu, poszłam więc prosto do pracy, po raz ostatni na 12:00, bo teraz przez całe lato będę pracować 9:00-17:00. Usiadłam na Recepcji i cały dzień
bolała mnie głowa. Wzięłam szefową na stronę i powiedziałam jej, że dostałam wizę i muszę na jakieś 2 tygodnie polecieć do Stanów na początku października. Powiedziała, że byłoby lepiej, gdybym poleciała na 2 pierwsze tygodnie września. Ustaliłyśmy, że zobaczymy, bo to zależy od cen biletów. Wyszłam z pracy przed 20:00 i poszłam do domu. Wzięłam kąpiel i przed 24:00 poszłam spać.

W piątek obudziłam się o 6:30 i już nie zasnęłam. Wstałam więc przd 7:30 i usiadłam do komputera. W końcu się ubrałam i wyszłam. Podjechałam Free Busem pod uniwerek i po drodze weszłam jeszcze do sklepu po banany. W pracy byłam przed 9:00, ale przygotowania do Party on the Amp (POTA), czyli ostatniej imprezy roku akademickiego, szły już pełną parą. Ponieważ padał deszcz całą imprezę przenieśli do budynku Student Central, do barów na dole. Po 11:00 przeszłam się więc zobaczyć, jak to wygląda i załapałam się na darmowe lody, żelki i Fortune Cookie :) W środku było napisane: "You are young at Heart" :) Jakbym nie wiedziała! :) Na 13:00 poszłam z ludźmi z Advice Centre na lunch do Lahore, gdzie spotkaliśmy się z babką, która niedawno poszła na urlop macierzyński. Moja ryba z grilla była trochę ostra, ale ogólnie było smacznie i tanio, mimo, że zrzuciliśmy się i zapłaciliśmy za tą babkę :) Wróciliśmy do pracy po 14:30 i po drodze zajrzeliśmy na POTA :) Do końca dnia mieliśmy urwanie głowy, bo studenci wciąż przychodzili odebrać bilety! W końcu udało mi się wyjść 5 minut po 17:00! :) Podjechałam do Morrisona, a później z ciężkimi siatami do domu. Zrobiłam dwie miski Sangrii, gadając jednocześnie z ludźmi na Facebooku (m.in. z Krystianem), aż w końcu poszłam spać przed północą!

W sobotę obudziłam się po 9:00 i wstałam, bo miałam strasznie dużo do roboty. Ugotowałam makaron i zrobiłam sałatkę, a potem zaczęłam trochę sprzątać. Ale jednocześnie zaglądałam też cały czas na Facebooka, więc wolno mi to wszystko szło :) W końcu około 15:00 poszłam się godzinkę zdrzemnąć, bo coś mnie zmogło. Miałam w końcu dość ciężki tydzień pełen wrażeń! :) Potem weszłam do wanny i zaczęłam się ubierać. Ala przyjechała po 17:30, tak jak się umawiałyśmy. Uczesała mnie i poszłyśmy wstawić obiad. Kasia dojechała spóźniona po 18:30, prosto na jedzenie, a potem zaczęli się powoli schodzić goście. Pierwszy był Piotrek, kolega Krystiana, którego znam od wielu lat, a potem pozostali znajomi z salsy. Jeden z nich poszedł na 21:00 na lekcje, a my doszliśmy dopiero po 22:00 prosto na imprezę My Salsa My Soul. Jak zwykle pół przetańczyłam, a pół przesiedziałam, ale ogólnie byłam zadowolona i nawet się wytańczyłam. Po imprezie parę osób poszło do mnie na after party, ale część od razu wzięła taksówkę i zostało nas tylko siedmioro. Potańczyliśmy trochę kizombę, a potem znajomy z Manchesteru wyszedł, a reszta zebrała się po 5:00 rano. Zmyłam tylko makijaż i po 5:30 poszłam spać.

W niedzielę obudziłam się przed budzikiem, ale wstałam dopiero po 11:00 i wzięłam prysznic. Potem trochę posprzątałam i wychodząc wyniosłam od razu śmieci. Poszłam na dworzec i kupiłam bilet do Leeds na 12:25. Wsiadłam w pociąg i przed 13:00 doszłam już do La Boheme na Sunday School. Nikogo jeszcze prawie nie było i zanim lekca się zaczęłam, to było już z 15 minut po 13:00. Parę osób się spóźniło, m.in Kasia oraz chłopak, którego poznałam miesiąc temu na pierwszych warsztatach i z którym tańczyłam na poprzednich 2 tygodnie temu. Przetańczyłam z nim większość piosenek w czasie Social Dancing po warsztatach tanga i na koniec wymieniliśmy się numerami telefonów i umówiliśmy się wstępnie na tango na wtorek ;) Ustalilismy też, że będziemy się spotykać i wspólnie ćwiczyć :) Porozmawiałam też z tym znajomym z tanga, który zaoferował mi pomoc w pisaniu pracy i umówiłam się z nim wstępnie na najbliższy tydzień. W końcu po 17:00 wyszłam z tym chłopakiem, pożegnaliśmy się i poszłam na dworzec. Pogoda była nareszcie piękna i słońce mocno grzało, więc postanowiłam wsiąść w pociąg jadacy na Forster Square i wysiąść po drodze w Saltaire. Akurat przyjechał i ledwo na niego zdążyłam, ale okazało się, że się nie ztrzymuje w Saltaire, tylko w Shipley, więc  musisiałam kawałek dojść. Po 18:00 leżałam już na trawie w Roberts Park :) Ale nie udało mi się zdrzemnąć, bo Kasia zadzwoniła i jak skończyłyśmy gadać, to już mi się nie chciało spać :) Poleżałam jednak do 19:30, a potem weszłam do sklepu i poszłam na stację. Wsiadłam w pociąg do Bratfoot i po 20 byłam w domu. Porozmawiałam chwilę z mamą i z siostrą przez Skype'a, jednocześnie dokańczając chipsy i sok z imprezy :) Potem przyszedł Sekretarz naszego stowarzyszenia zobaczyć mój salon, bo stwierdziłam, że albo muszę się wyprowadzić, albo znaleźć lokatora, żeby zaoszczędzić pieniądze! I stwierdził, że chce się wprowadzić pod koniec czerwca. Pogadaliśmy i wyszedł po północy, ale spać poszłam po 2:00 :)

W poniedziałek był kolejny Bank Holiday, czyli znowu długi weekend. Przed 11:00 obudził mnie telefon od Kasi, która leciała wieczorem do Polski, z pytaniem, czy mam drukarkę, bo musi wydrukować bilet! Że też się nie boi zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę? Poza tym wszędzie się zawsze spóźnia, więc ciekawe czy w ogóle zdąży na ten samolot! Nie zasnęłam już tylko wstałam i wstawiłam wreszcie naczynia z imprezy do zmywarki. Zaczęłam też gotować ryż na lunch do pracy oraz makaron na obiad. Większość dnia spędziłam w sieci. Stanisław Zawiśliński odpowiedział mi na pytania dotyczące Kieślowskiego i umówiłam się na rozmowę z Jerzy Stuhrem, jak będę w Polsce. Zaczęłam się zastanawiać czy lepiej wynająć mój salon, czy się wyprowadzić i stwierdziłam, że zacznę jednak czegoś szukać. Wieczorem przyszła sąsiadka, która wróciła właśnie po 2 miesiącach i spytałam ją, czy nie zaczekałaby jutro u mnie na kuriera, który ma dostarczyć mój paszport pomiędzy 8 rano a 6 wieczorem, o ile nie pojawi się do południa. Potem obejrzałam na Youtubie film Petera Weira "Green Card" (Zielona karta), żeby go sobie przypomniać, bo jest teraz na czasie ;) I w końcu poszłam spać
przed północą.

  
Jacyś ludzie w mojej kuchni (impreza :) oraz Gerard Depardieu i Andie MacDowell w "Green Card".
niedziela, 19 maja 2013
"Fenomenalna" impreza

638.

W poniedziałek obudziłam się przed budzikiem, ale wstałam dopiero jak zadzwonił o 10:00. Wzięłam kąpiel i podjechałam Free Busem do sklepu. O 11:30 poszłam się spotkać z moim promotorem na szybką pogawedkę. O 12:00 byłam już w pracy i okazało się, że nowa nie przyszła, a studentowi, który miał przyjść o 13:00, coś wypadało. Miałyśmy więc z szefową urwanie głowy, w dodatku o 13:00 musiałyśmy iść obie na zebranie w sprawie organizowanych przez nas wycieczek. Poprosiłyśmy więc Sabbów, żeby popracowali na Recepcji, ale oczywiście wszystko zrobili źle i nieźle namieszali :) Z zebrania zaś wynikło, że ja i szefowa zajmiemy się stroną administracyjno-organizacyjną oraz organizowaniem wycieczek do parków rozrywki i być może zagranicznych (na razie jest mowa o Paryżu i Brukseli :) Do 16:00 zasuwałysmy obie na Recepcji, aż przyszła studentka, a ja wyrwałam się wreszcie na lunch. Potem się uspokoiło i do 20:00 zdążyłam się wynudzić. Wyszłam parę minut wcześniej i poszłam do domu. Zjadłam coś szybko, a potem poszłam na salsę, ale i tak się spóźniłam. Po lekcji poszłam do sklepu po coś do picia i do jedzenia na moje ostatnie spotkanie naszego stowarzyszenia, bo za tydzień będę w Londynie. Wróciłam do domu, zjadłam coś i po północy poszłam spać.

We wtorek wstałam po 7:30, wzięłam kąpiel i podjechałam z dwoma ciężkimi torbami zakupów do pracy. na szczęście we Free Busie spotkałam jedną z naszych Sabatical officers i pomogła mi nieść jedną siatkę. Tymczasem odpisali mi z Ambasady Amerykanskiej w Londynie i z maila od nich wynika, że w trakcie interview będę musiała wypełnić jakiś formularz, który będzie miał ich przekonać, że jestem w stanie sama się utrzymać. No cóż, już wkrótce będę wszystko wiedziała! :) Zaczęłam też sprawdzać pociągi z Warszawy do Lwowa, bo obie moje ciocie z Ameryki wyraziły chęć wybrania się tam na wycieczkę. Dzień mi minął szybko, a o 17:00 poszłam do Activities Room na moje ostatnie spotkanie naszego stowarzyszenia i pokaz filmu "Ministry of Fear" (Ministerstwo strachu) Fritza Langa. Oprócz mnie przyszedł tylko jeden student i w dodatku nie chciał nic jeść ani pić. Sama zjadłam więc marchewki z hummusem i migdały. Film był bardzo dobry i obojgu się nam podobał. Po filmie zostawiłam w pracy jedną Fantę i Pringles, a resztę rzeczy zabrałam do domu. Zjadłam coś, a potem ugotowałam marchewki. Porozmawiałam chwilę z siostrą przez Skype'a i usiadłam do Internetu. I zamiast od razu iść spać obejrzałam na Youtube półtora godzinne show komediowe Petera Kay. Do łóżka poszłam po północy.

  
Ray Milland i Marjorie Reynolds w "Ministry of Fear" oraz nawet dość zabawny komik Peter Kay.

W środę wstałam po 10:30 i weszłam do wanny. Potem wsiadłam we Free Busa i podjechałam na 12:00 do pracy. Wieczorem zaczęłam rozmawiać jednocześnie z siostrą przez Skype'a i z Krystianem na Facebooku! :) Siostra zaprosiła go na wesele, ale on się nie mógł zdecydować, czy przyjedzie. O 20:00 wyszłam z pracy i po drodze do domu weszłam do sklepu. Potem kontynuowałam rozmowę zarówno z siostrą jak i z Krystianem. Dałyśmy mu jeden dzień do namysłu :) W międzyczasie zaczęłam się umawiać z jedną z moich byłych uczennic na prywatne konwersacje. Potrzebuję pieniędzy, więc postanowiłam spróbować :) Siostra dowiedziała się też, ile by kosztował wyjazd z Warszawy do Lwowa, więc napisałam do cioci z Ameryki z informacja. Jeśli to wypali, to będę miała znów bardzo napięty plan pobytu! :) Przylot jest w czwartek i wieczorem jestem już umówiona na salsę. W piątek przygotowania do ślubu i w sobotę ślub. W niedzielę jeden dzień odpoczynku, a w poniedziałek wyjazd do Krakowa na spotkanie z panem Jerzym Stuhrem. We wtorek fryzjerka i dentystka, i wieczorem wyjazd do Lwowa, Tam dwa dni i powrót w piątek rano. W sobotę rano wylot. Uff! :) A chciałam jeszcze spróbować się spotkać z Krzysztofem Piesiewiczem. Nie byłoby już kiedy go wcisnąć! W końcu po 1:00 poszłam spać.

W czwartek obudziłam sie o 8:00 rano i już nie mogłam zasnąć. W końcu wstałam z łóżka i usiadłam do komputera. O 10:00 weszłam do wanny i tuż przed 11:00 wyszłam z domu. Podjechałam do uniwerku i doszłam do przychodni, gdzie miała na mnie czekać recepta, którą zamowiłam przez Internet. Niestety, nie mogli jej nigdzie znaleźć i będę musiała przyjść jeszcze raz. Ale dopiero za tydzień będę miała czas. Po drodze do pracy weszłam jeszcze do The Hub i dowiedziałam się, jakie są terminy składania prac. Jeżeli np. chciałabym mieć Graduation w grudniu, to muszę oddać moją pracę doktorską do 1 pażdziernika :) A jeżeli z lipcu przyszłego roku, to do 1 maja 2014. Dotarłam w końcu do pracy i zabrałam się za obie wycieczki. Zarówno sobotnia do Lake District jak i poniedziałkowa do Alton Towers były wyprzedane. Trzeba było więc przygotować torby dla helperów z listą osób oraz handoutami. Udało mi się wyjść parę minut przed 20:00 z pracy i powolutku wróciłam sobie piechotką do domu. Zjadłam coś i obejrzałam na BBC iPlayer drugi odcinek programu "Bratfoot - City of Dreams". Tym razem było m.in. o polskiej kiełbasie i sklepami z polską żywnością :) Trochę stereotypowe. Tymczasem Krystian odpisał, że nie przyjedzie jednak na ślub mojej siostry. Może to i lepiej :) Spać poszłam tuż po północy.

W piątek budzik zadzwonił o 7:00, bo chciałam trochę rano posprzątać, ale wstałam dopiero o 7:30. Weszłam do wanny, a potem zmyłam naczynia i ogarnęłam trochę salon. Podjechałam do pracy na 10:00 i miałam cały dzień urwanie głowy z obydwoma wycieczkami. Co prawda były już niby wyprzedane, ale parę osób przyszło po zwrot pieniędzy i oddało bilety, więc musieliśmy je na nowo sprzedać. A ja musiałam uaktualnić listę osób. W dodatku jak chciałam coś sprawdzić na maszynie do kart bakowych, zablokowało mi PIN! Poszłam więc od razu do bankomatu, zobaczyć, czy karta mi nadal działa i bez problemu wypłaciłam pieniądze. W końcu udało mi się wyjść po 16:30 i tuż po 17:00 byłam w domu. Moja była uczennica przyszła po 17:15 na próbną lekcję polskiego. Wyszła zadowolona godzinę później i umówiłyśmy się na następną lekcję na środę za półtora tygodnia. Wieczorem miałam jechać z Kasią do Ali i stamtąd wybierałyśmy się razem do Leeds na Rumba Picante, ale około 19:30 sen mnie zmógł i poszłam się zdrzemnąć. Oprzytomniałam dopiero po 23:30 i jak chciałam sprawdzić stan konta, okazało się, że PIN jednak mi nie działa. Pod koniec dnia wysyłamy bowiem informacje o wszystkich tranzakcjach do banku i dopiero wtedy mi go pewnie zablokowali. Po 1:00 poszłam dalej spać.

W sobotę obudziłam się o 10:00 i już mi sie nie chciało spać, więc poszłam najpierw do Barclaysa odblokować PIN (okazało się, że nie było z tym żadnego problemu i trwało to minutę) a potem do Morrisona po jedzenie. Wróciłam do domu po południu i porozmawiałam z siostrą i z mamą przez Skype'a. Pomysł wyjazdu do Lwowa całkiem już padł i całe szczęście, bo inaczej mój wyjazd zamieniłby się w bardzo męczący maraton! :) Zjadłam coś i nagotowałam zupy na przyszły tydzień, a potem poszłam się zdrzemnąć, bo coś mnie zmogło :) Umówiłyśmy się znów z dziewczynami, że wieczorem pojedziemy do Ali, a potem razem na Latin Vibe. Weszłam więc do wanny, ubrałam się i poszłam na Interchange. Pojechałyśmy z Kasią autobusem po 20:00 i Ala najpierw mnie uczesała, a potem zrobiła też makijaż! :) Po 22:00 byłyśmy już w La Boheme, ale było tak dużo ludzi, że praktycznie nie dało się tańczyć! Cały czas miałam oczy dookoła głowy, a i tak ktoś mi pojechał obcasem po pięcie :) O północy było pokazy, ale połowa na dość średnim poziomie. Postanowiłam wrocić do domu ostatnim autokarem o 2:15, ale zanim się zebrałam, ktoś zdążył mi jeszcze przytrzasnąć dwa palce drzwiami! Włożyłam je w szklankę lodu z baru, a potem poszłam na dworzec. W domu byłam po 2:40, a spać poszłam po 3:30.

Dzisiaj wstałam przed południem i usiadłam do Internetu. Napisałam najpierw do tancerza, którego poznałam na Calle Ocho, jak przykładałam lód do stopy, a którego spotkałam poprzedniego dnia przy barze, jak prosiłam o lód na palce! :) Spytałam mnie, czy na każdej imprezie robię sobie krzywdę :) Obiecałam mu, że jak przyjdzie na My Salsa My Soul za tydzień, to na pewno wreszcie zatańczymy, nawet jeśli będę miała podeptane obie stopy i połamane wszystkie palce! :) Zdałam sobie wtedy sprawę, że na tamtej imprezie miałam dokładnie taką samą fryzurę, czyli donata na głowie i doszłam do wniosku, że to ona mi przynosi pecha :) Potem niedobrze mi się zrobiło od komentarzy ludzi, którzy się zachwycali wczorajszą imprezą, więc nie wytrzymałam i dla równowagi zadałam pytanie na forum, czym niby wczorajsza impreza różniła się od innych i czemu niby była fenomenalna, jak to cały czas twierdzili organizatorzy. Dwoje znajomych napisało do mnie na private, że się ze mną zgadzają, ale otwarcie mało kto mnie poparł :) Straszne zakłamanie panuje na tej scenie salsowej! :) Zjadłam obiad, wstawiłam pranie i zaczęłam pakować torbę na wyjazd do Londynu, bo zdałam sobie sprawę, że nie będę miała później za bardzo na to czasu. W końcu
zjadłam jeszcze kolację i przedłnocą poszłam spać.
niedziela, 12 maja 2013
Najazd Francuzów :)

637.

We wtorek wstałam po 7:30 i wzięłam kąpiel, a potem podjechałam Free Busemdo pracy. Weszłam najpierw do sklepu, a potem do Richmond Building. Potem poszłam do pracy i zjadłam banany na śniadanie. Na 10:00 poszłam do jednego z siedmiu akademików i pogadałam 15 minut z szefową. Dałam jej plakaty i ulotki, a potem wróciłam do  pracy. Po drodze weszłam do biblioteki, ale okazało się, że  ktoś wypożyczył "Spirited Away" na DVD i nie oddał. Na 12:00 poszłam na Pilates, a potem usiadłam w Advice Centre. Po 15:00 wróciłam do Recepcji i o 17:00 poszłam do Activities Room. Trzy osoby przyszły na pokaz filmu, ale niestety musiałam w zamian pokazać "Rear Window" (Okno na podwórze) Hitchcocka. Jedna osoba poszła, ale dwie zostały i we trójkę obejrzeliśmy film, który okazał się dużo zabawniejszy niż się wszyscy spodziewaliśmy i bardzo się nam podobał :) Wyszłam z pracy o 19:00 i podjechałam ostatnim Free Busem do domu. Zjadłam coś i zaczęłam oglądać znów stare skecze kabaretu TEY. Kiedyś nie zauważałam, że niektore z nich są szowinistyczne! Spać poszłam po północy.

W środę obudziłam się sama o 9:00, więc wstałam wcześniej i wzięłam kąpiel, żeby leniwie zacząć dzień. Wyszłam o 11:00 i najpierw weszłam do mojego banku po wydruk mojego konta oszczędnościowego, a potem do sklepu w oczekiwanu  na Free Bus, którym podjechałam pod uniwerek. Tam weszłam do drugiego sklepu po coś do jedzenia, a potem poszłam do The Hub, żeby się dowiedzieć ile kosztują moje studia, za które nie płacę :) Wszystko po to, żeby móc udowodnić w Ambasadzie Amerykańskiej, że będę w stanie sama sie utrzymać w Stanach. W pracy najpierw poszłam na zebranie, a potem siedziałam cały dzień w Recepcji, bo dwie studentki dały znać, że dziś nie przyjda, jedna po drugiej! Wyszłam o 20:00 i poszłam do domu. Zjadłam coś i wstawiłam pranie, a potem zaczęłam oglądać współczesne programy kabaretowe. Niektóre rzeczy się nie zmianiają. Spać poszłam znów po północy.

W czwartek obudziłam się znów przed budzikiem, o 8:30. Na 10:00 poszłam do kolejnego akademika, Wardley Hall. Szefowa doszła za chwilę i poprosiłyśmy menadżera, żeby nas oprowadził. Zaraz potem poszłyśmy wcześniej niż byłam umówiona do Kexgill Hall i tam też poprosilam o oprowadzenie. Później wróciłyśmy do pracy i dopiero na 12:00 poszłyśmy do Malik Hall i zwiedziłyśmy także ten akademik. Wróciłyśmy znów do pracy, a na 13:00 poszłam już sama do The Green, w deszczu, bo pogoda się w międzyczasie popsuła :( Wracając do pracy weszłam do Sainsbury, a potem na 14:00 poszłam znów sama i znów w deszczu do Forster Hall. Wracając stamtąd weszłam do Bombay Store i zobaczyłam buty, które chciałabym kupić na wesele siostry, do sukienki, którą niedawno kupiłam. Na 15:00 poszłam znów sama i w deszczu do ostatniego akademika, Arkwright Hall. Wracając zahaczyłam o Richmond Building i potem już do 18:00 siedziałam w pracy. O 18:00 poszłam na pokaz BSC "Jack Reacher" (Jack Reacher: jednym strzałem) i  bardzo mi się podobał. Po 20:00 byłam w domu, zjadłam coś i obejrzałam na BBC iPlayer pierwszy odcinek dokumentu "Bratfoot - City of Dreams". Spać poszłam znowu po północy.

  
James Stewart i Grace Kelly w "Rear Window" oraz Rosamund Pike i Tom Cruise jako Jack Reacher.

W piątek wstałam po 7:30, wzięłam prysznic i na 10:00 podjechałam do pracy. Pół dnia spędziłam w Advice Centre i udalo mi się dodzwonić do Ambasady w Londynie, ale nie znali odpowiedzi na moje pytanie. Chciałam wiedzieć jak mam im niby udowodnić, że stać mnie na to, żeby się samej utrzymać w Stanach. Kazali mi wysłać maila pod jakiś adres, z którego dostałam automatyczna odpowiedź, że odpiszą mi w ciągu 10-12 dni. Mam nadzieję, że zdążą przed moim interview w Ambasadzie, które mam 22 maja! :) Później poszłam na recepcję i tuż przed 17:00 zaczął się kocioł, więc zamiast wcześniej, wyszłam parę minut później! Podjechałam Free Busem do sklepu po jedzenie i już po 18:00 byłam w domu. Zabrałam się za sprzątanie, a potem wyszłam po 20:00 i poszłam na Interchange po znajomą Francuzkę i jej chłopaka. Czekałam na nich na dworcu autobusowym, a oni przyjechali pociągiem :) Żadno z nich nie miało komórki, więc całe szczęście, że udało się nam spotkać! :) Poszliśmy do mnie zostawić bagaże, a potem do Omar's Balti na curry :) Wróciliśmy do domu po 22:00 i poszliśmy spać.

W sobotę obudziłam się o 9:00 i zobaczyłam, że o 11:30 mamy autokar do Manchesteru. Majka zaprosiła mnie na drugie urodziny ich synka, a znajomi Francuzi zgodzili się w tym czasie pozwiedzać miasto. Pojechaliśmy więc razem i rozstaliśmy się w centrum - oni poszli zwiedzać w deszczu, a ja wsiadłam w autobus na Chorlton, skąd mnie odebrał chłopak Majki. Pojechaliśmy do nich do domu, gdzie było przyjęcie urodzinowe z jeszcze jedną parą z dwójką dzieci oraz sąsiadem, który o 17:00 odwiózł mnie na dworzec. Tam wsiedliśmy w Francuzami w autokar do Bratfoot, gdzie dotarliśmy o 19:00. Poszliśmy do sklepu na zakupy, bo zaproponowali, że ugotują obiad. Był bardzo smaczny, a potem zebraliśmy się i po 22:00 pojechaliśmy do Leeds i poszliśmy do Azucar. Kupiliśmy sobie dzbanek Sangii i czekaliśmy, aż się zaczną schodzić ludzie. Nie było jednak za bardzo z kim tanczyć, więc wyszliśmy przed 1:00 i wróciliśmy przedostatnim autokarem do domu. Ale dobrze się bawiliśmy.

W niedzielę obudziłam się znów wcześniej, ale wstałam dopiero jak zadzwonił budzik o 11:00 i wzięłam prysznic. Francuzi się spakowali i pojechaliśmy razem do La Boheme na Sunday School. To znaczy oni zostawili tylko bagaże i poszli zwiedzać Leeds, a ja zostałam na warsztatach tanga. Bardzo mi się podobało, bo byli fajni nauczyciele i tańczyłam znów z tym miłym chłopakiem, którego poznałam na poprzednich warsztatach tanga dwa tygodnie temu :) Potem Francuzi wrócili, zabrali bagaże i poszliśmy na kawę do kafejki obok, ale nie zostało nam zbyt dużo czasu. Odprowadziłam ich na dworzec pociągowy, a sama wróciłam na autobusowy, po drodze kupując lemmoniadę i tonik, żeby dokończyć butelkę białego wina, którą poprzedniego dnia otworzyliśmy :) O 17:00 wsiadłam w autokat do Bratfoot i po 17:30 byłam w domu. Posprzątałam wszystkie ślady pobytu gości - wyprałam nawet od razu pościel :) Zjadłam obiad i nagotowałam zupy na caly tydzień, a potem porozmawiałam z mamą przez Skype'a. Planujemy 2-dniowy wypad do Lwowa w czasie mojego pobytu w Polsce. Potem usiadłam do komputera, a po północy poszłam spać.
poniedziałek, 06 maja 2013
Kocia muzyka :)

636.

W poniedziałek budzik zadzwonił o 10:00, ale zwlokłam się z łóżka dopiero o 10:40. Podjechałam późniejszym Free Busem niż zwykle i spóźniłam się 5 minut do pracy. Najpierw siedziałam w Recepcji, bo nowa pracownica poszła na lunch, a później przeniosłam się do Advice Centre. Tam obdzwoniłam wszystkie siedem akademików, których menadżerowie wyrazili chęć wzięcia udziały w akcji Green Move Out, czyli zbierania rzeczy w stanie używalnym po wyjeżdżających studentach i rozdawania ich nowym przyjeżdżającym studentom. Po 14:00 wydrukowałam całą listę i poszłam na 14:30 na zebranie, na którym ją omiawialiśmy. Resztę dnia spędziłam w Recepcji, aż w koncu wyszłam o 20:00 i poszłam do domu coś zjeść. O 20:30 byłam umówiona ze znajomym z salsy, że pod mnie podjedzie, ale jak o 20:40 nadal go nie było, napisałam mu, żeby zapomniał i poszłam piechotą. Minął mnie i dojechał chwilę przede mną, ale przynajmniej tym razem zdążyliśmy na rozgrzewkę. Zaraz po lekcji odwiózł mnie do domu i poszłam wcześniej spać, bo już przed północą!

We wtorek wstałam przed 8:00, wzięłam prysznic i pojechałam do pracy. Po drodze weszłam do sklepu po banany i wodę, a potem poszłam znów do Advice Centre, żeby popracować nad Green Move Out. Na 12:00 poszłam na Pilates, a potem siedziałam w Recepcji, żeby nowa mogła pójść na lunch. O 17:00 poszłam do Activities Room na pokaz filmu Piera Paolo Pasoliniego "Love Meetings" (Comizi d'amore / Zgromadzenie miłosne), na który przyszły dwie osoby, m.in. mój znajomy, z którym w zeszły wtorek przegadałam pół wieczoru :) Po filmie znów się zagadaliśmy, ale na szczęście zdążyłam na ostatni Free Bus do domu. Po drodze kierowca się zatrzymał, przeprosił nas na chwilę i wyskoczył do sklepu! :) Wróciłam do domu i założyłam szlafrok, zanim przypomniałam sobie, że miałam sprawdzić licznik prądu. Zarzuciłam więc coś na siebie i poszłam spisać odczyt. Ugotowałam zupę i zjadłam coś, a potem obejrzałam ciekawy dokument "Pier Paolo Pasolini - A Film Maker's Life" w reżyserii Carlo Hayman-Chaffeya. Znów poszłam spać przed północą.

W środę zwlokłam się z trudem z łóżka po 10:30, wzięłam kąpiel i podjechałam na 12:00 do pracy. Najpierw oddałam DVD z filmem Pasoliniego do biblioteki i usiadłam na Recepcji, żeby nowa mogła pójść na godzinę na lunch, a potem poszłam jak zwykle do Advice Centre. Wróciłam na Recepcję przed 16:00 i jakoś wytrzymałam do 20:00. Cały czas jednak chciało mi się jeść i w ogóle nie najlepiej się czułam. Chyba przyszło przesilenie wiosenne! Chodziłam więc do chwilę do sklepu coś kupić, aż wreszcie się najadłam żelków i zrobiło mi się niedobrze :) Pogoda się trochę poprawiła i było słonecznie, więc wróciłam do domu bardzo wolnym spacerkiem i zajęło mi to prawie pół godziny! Ugotowałam sobie coś na kolację i obejrzałam do końca koncert Marca Anthon'ego z Chile, który zaczęłam oglądać poprzedniego wieczoru. Wieczorem zadzwoniła Kasia i powiedziała, żeby jej nazajutrz nie kupować biletu na musical "Cats" do Alhambry, bo dziś szło parę osób z salsy i mieli wolny bilet, więc się z nimi zabrała. Spać poszłam tuż po północy.

  
Pier Paolo Pasolini w czasie jednego z wywiadów do "Love Meetings" i Mark Anthony na koncercie.

W czwartek wstałam o 10:15, wzięłam kąpiel i poszłam piechotką do Alhambry po bilety na "Cats". Okazało się, że na weekend nie ma żadnych zniżek i że taniej byłoby iść tego dnia wieczorem, ale Ala nie mogła, a ja pracowałam do 20:00. Kupiłam więc nam dwa bilety za 23 i pół funta na balkonie i poszłam do pracy. Po drodze spotkałam patrol policji z psem, który obwąchiwał przechodniów! Domyślam się, że szukali narkotyków, ale po raz pierwszy się z tym spotkałam na ulicach Bratfoot. W pracy usiadłam od razu na Recepcji, bo nowa poszła na rehabilitację i nie było jej w pracy. Utworzyłam wydarzenie na Facebooku i zaprosiłam 25 osób na imprezę przed i po My Salsa My Soul w sobotę 25 maja, z czego 5 to organizatorzy, więc liczyłam, że raczej nie przyjdą :) Ale parę innych osób się wprosiło, więc wyszło na to samo :) Dzień mi strasznie wolno płynął, aż wreszcie o 20:00 wyszłam z pracy i poszłam do sklepu po jedzenie. W domu ugotowałam sobie coś do jedzenia i usiadłam do komputera. Spać poszłam przed północą.

W piątek wstałam przed 8:00 i byłam w pracy przed 9:00, więc umówiłam się z szefową, że wyjdę też parę minut wcześniej. Poszłam do Advice Centre i próbowałam się bezskutecznie dodzwonić do ambasady amerykańskiej w Londynie. Po 12:00 usiadłam na Recepcji, żeby nowa mogła pójść na lunch, a potem wróciłam znów do Advice Centre. Po 15:30 wróciłam na Recepcję, a po 17:00 wyszłam z pracy i podjechałam Free Busem do domu. Zaczęłam gotować obiad i wkrótce potem dojechałam Ala, a jak wszystko już było gotowe, także Kasia. Zjadłyśmy więc razem i poplotkowałyśmy do 19:00, a potem zebrałyśmy się i Kasia poszła na siłownię koło mnie, a ja z Alą do Alhambry na musical "Cats". Nigdy wcześniej go nie widziałam, więc wyszłam z niego bardzo zdezorientowana. Podobnie zresztą jak Ala i moja angielska znajoma, która koło nas usiadła! :) Brakowało nam jakiejś historii, więc jak wróciłyśmy do domu, od razu poczytałyśmy z Alą na ten temat w Wikipedii. Doszła do nas Kasia i wyszły ode mnie po północy, a ja po 2:00 poszłam spać.

W sobotę wstałam po południu i zjadłam resztki obiadu z poprzedniego dnia na śniadanie, bo nic innego już nie miałam do jedzenia :) O 14:00 wyszłam z domu na zakupy, ale zaraz wróciłam, bo zapomniałam karty dającej mi 10% zniżki w Morissonie. Jak weszłam na górę zobaczyłam, że sąsiadka w tym czasie wystawiła swoje śmieci na korytarz. Zdenerwowałam się, bo zdarzyło się to już nie po raz pierwszy i napisałam od razu maila do firmy zarządzającej budynkiem. Wyszłam znów z domu i spotkałam sąsiadkę w drzwiach. Spytałam ją, co ma zamiar zrobić z tymi torbami śmieci, a ona odparła, że wyrzucić. Szkoda, że nie spytałam wtedy, kiedy ma zamar je wyrzucić, bo jak wróciłam półtorej godziny później z zakupów, nadal stały na korytarzu! Zrobiłam pranie i porozmawiałam z mamą i z siostrą przez Skype'a. Wieczorem obejrzałam na Youtube fragmenty musicalu "Cats" (całości nie znalazłam) czytając jednocześnie teksty piosenek, żeby zrozumieć wszystko, co śpiewają. Potem usiadłam do komputera i spać poszłam po 1:00.

W niedzielę wstałam po 11:00 i wstawiłam kolejne pranie. Potem przeczytałam wszystkie wiersze z tomu "Old Possum's Book of Practical Cats" T. S. Eliota, na których oparty jest musical "Cats", żeby porównać je z tekstami piosenek i przekonać się, jak niewiele się różnią! Później nagotowałam zupy na cały tydzień i usiadłam do Internetu. Coś mnie wzięło na oglądanie starych kabaretów. Zaczęłam od "Spotkań z balladą" i występów Loży 44, czyli Irosława Szymanskiego, Jerzego Rogalskiego i Macieja Wijatkowskiego, a potem pooglądałam jeszcze występy Zenona Laskowika i Bohdana Smolenia, czyli kabaretu TEY. W końcu przed 1:00 poszłam spać. W poniedziałek był Bank Holiday i miałam wolne, ale najpierw obudził mnie telefon, a potem sąsiadka waląca do drzwi naprzeciwko. Wstałam więc o 10:00 i wstawiłam pościel do prania. Potem posprzątałam dokładnie salon i wstawiłam drugie pranie. O 17:00 wzięłam kąpiel i na 18:00 poszłam na świetny film "Silver Linings Playbook" (Poradnik pozytywnego myślenia) w BSC. Wróciłam do domu, zjadłam coś i poszłam spać.

  
Scena z musicalu "Cats" oraz Bradley Cooper i Jennifer Lawrence w filmie "Silver Linings Playbook".
niedziela, 28 kwietnia 2013
Niedzielne tango

635.

W poniedziałek miałam budzik nastawiony na 9:00, ale nie wiem czemu nie zadzwonił i obudziłam się sama o 9:30. Na szczęście zdążyłam na 10:55 do przychodni, ale pielęgniarka która mnie przyjęła powiedziała, że jest tam tylko na zastępstwie i nie wie, co ma ze mną zrobić. Nie codzień nie mają tam nikogo, kto by starał się o Zieloną Kartę :) Nie wiedziała więc, czy mam płacić za te szczepionki i czy ma mi je zrobić, a że nie chciała brać żadnej odpowiedzialności, to kazał mi przyjść kiedy indziej, jak inna pielęgniarka przyjmuje. Umówiłam się więc na środę rano i poszłam pół godziny wcześniej do pracy. Posiedziałam trochę w Advice Centre, a potem przeniosłam się do recepcji. Tuż przed 20:00 wyszłam i poszłam do domu. O 20:30 byłam umówiona z kolegą z salsy, że po mnie przyjedzie, zdążyłam więc nawet coś zjeść. Spóźniliśmy się znów na lekcje i on prosto po lekcji pojechał, a ja zostałam do 22:30. Wróciłam do domu i ugotowałam zupę na dwa dni. W końcu poszłam spać po północy.

We wtorek wstałam po 7:30 i na 9:00 podjechałam do pracy. Po drodze weszłam do sklepu i kupiłam banany oraz wodę na śniadanie :) Potem przez pierwszą godzinę miałam zebranie z szefową i ustalałyśmy, co która ma zrobić. Mamy w tej chwili na głowie parę wycieczek i projektów, typu Pick Up Service czy Green Move Out. Potem poszłam do Advice Centre, a na 12:00 na Pilates. O 17:00 poszłam do Activities Room, gdzie przed naszym filmem zgodziliśmy się pokazać krótki metraż zrobiony przez studentów Media School. Miał trwać 15 minut i o 17:30 mieliśmy pokazać "Hidden Agenda" Kena Loacha, ale trwał 20 minut i przyszło tyle ludzi, że postanowiłam ich nie wyrzucać. Szczególnie, że z naszego stowarzyszenia byłam tylko ja i jedna dziewczyna, więc umowiłyśmy się, że ona weźmie DVD i pierwsza obejrzy film, a potem mi go odda w piątek i ja go obejrzę przez weekend :) Pokaz skończył się przed 18:00, ale rozmawiałam jeszcze ponad pół godziny ze znajomym, którego dawno nie widziałam, a z którym chodziłam kiedyś na kurs Kreatywnego Pisania. Był najlepszy na roku, a teraz gra ne perkusji, jest więc bardzo utalentowany :) W końcu się pożegnaliśmy i poszłam do sklepu po coś do jedzenia. Tam spotkałam znajomą z salsy, która mieszka niedaleko mnie, więc poszłyśmy razem. Zaprosiłam ją na herbatę, a po jej wyjściu porozmawiałam z bratem przez Skype'a. Później znów z tym kolegą na FB i polecił mi film "Moon" (Księżyc). Skończyłam go oglądać o 1:30 i po 2:00 poszłam wreszcie spać.

   
Studencki film krótkometrażowy pt. "Flipped" oraz Sam Rockwell w niesamowitym filmie "Moon".

W środę wstałam po 10:00 i przed 11:00 wyszłam z domu. Podjechałam Free Busem i już o 11:20 doszłam do przychodni. Pielęgniarka przyjęła mnie wcześniej i bez żadnego problemu zrobiła mi oba szczepienia, za darmo. Trwało to minutę, a cała wizyta może z 10 minut. Po drodze do pracy weszłam do sklepu, a potem do budynku, w którym Sarah miała o 15:00 prezentację, żeby wiedzieć gdzie jest sala, do której miałam przyjść. W pracy najpierw miałam zebranie recepcji, a potem z szefem. Tuż przed 15:00 poszłam na tą prezentację, ale niestety nie mogłam zostać do końca, a i tak sie trochę spóźniłam do pracy. Wieczorem był spokój, ale jak tylko podgrzałam zupę, zrobiło się tłoczno. Przyszli znajomi, których dawno nie widziałam, m.in. Toma ze squatu. Porozmawiała, więc trochę z nim, a potem zamknęłyśmy ze studnetką recepcję o 19:45 i zrobiłam sobie na szybcika makijaż. Wyszłam o 20:00 i poszłam pod college, gdzie o 20:15 spotkałam się z Alą. Pojechałyśmy do Leeds na spotkanie InterNations w hotelu Raddison Blu. Wypiłyśmy po drinku, zjadłyśmy trzy różne przystawki i porozmawiałyśmy z paroma osobami. W koncu wyszłyśmy po 22:30 i podprowadziłam Alę do samochodu, a sama poszłam na dworzec i wróciłam ostatnim pociągiem do Brtfoot. W domu byłam po 23:30, ale spać po północy.

W czwartek budzik zadzwonił o 9:30, bo myślałam o tym, żeby pójść przed pracą do paru sklepów i poszukać sukienki, która byłaby zarówno na bal w piątek jak i na ślub w czerwcu. Nie chciało mi się jednak wstać i po raz kolejny doszłam do wniosku, że pójdę w jakiejś, którą już mam. Wstałam więc dopiero o 10:20 i wzięłam kąpiel, żeby powoli zacząć dzień. Podjechałam do pracy na 12:00 i poszłam na trochę do Advice Centre, a potem wróciłam na recepcję. Głowa mnie zaczęła boleć. Dzwoniła do mnie Elka i umówiłyśmy się wstępnie, że może wpadnie do mnie po pracy. Wyszłam w końcu po 20:00 poszłam do domu, a Elka na szczęście odwołała spotkanie i tylko zadzwoniła, żeby się wygadać. Wzięłam znów kąpiel, bo miałam okres i byłam połamana i głowa mnie bolała. Poszłam spać po 23:00!

W piątek wstałam przed 8:00 i na 9:00 podjechałam do pracy. Posiedzialam trochę w Advice Centre, a potem wróciłam do recepcji. Dziewczyna z naszego stowarzyszenia oddała mi DVD z filmem "Hidden Agenda" Kena Loacha. Do 15:00 wydawaliśmy wristbands, które były jedncześnie biletami na Colours Ball w Hiltonie. Na godzinę przed terminem mieliśmy nadal ponad 100 nieodbranych. Po 15:00 zostało ich 30, więc wydrukowaliśmy listę osób, które jeszcze ich nie odbrały i zabrałam to wszystko ze sobą. Wyszłam około 15:30 i podjechałam na Interchange. Poszłam do Hiltona i zostawiłam to wszystko organizatorom, a potem o 16:00 podjechałam do TK Maxxa, żeby kupić jakąś sukienkę. Przymierzyłam 6 i zdecydowałam się na jedną, która nadawałaby się i na bal, i na wesele i na salsę :) Tuż po 17:00 byłam już z powrotem w domu i wkrótce przyjechała Ala. Porozmawiałam chwilę z mamą, bo nie mogłam  zdecydować, którą sukienkę założyć :) W końcu zdecydowałam się na krótką czerwoną, którą od początku zamierzałam wziąć! Ala mnie uczesała i umalowała, a potem na 19:00 podwiozła do Hiltona :) Siedziałam przy stoliku Students' Union z ludźmi z pracy. Szef dbał, żeby nasze kieliszki nie były puste i dolewał mi ciągle białego wina :) Znajomy założył się, że mną, że nie namówię nowego Media Officer na taniec i musiał nam postawić drinka, wypiłam więc jednego shota, a potem szef postawił mi jeszcze gin z tonikiem :) Po obiedzie zaczęły się tańce i nie zeszłam z parkietu aż do 00:30, kiedy to poszliśmy sobie zrobić wszyscy zdjęcie :) Potem oni pojechali na FND, a ja wróciłam do domu. Spać poszłam po 2:00.

W sobotę obudziłam się po 9:00 i usiadłam do komputera. Weszłam do wanny, a potem porozmawiałam z mamą przez Skype'a. Pokazałam się jej w sukience, którą kupiłam poprzedniego dnia w TK Maxxie. Skończyłyśmy rozmawiać i wyszłam wreszcie z domu po 14:00, żeby zrobić zakupy. Po 15:00 byłam już z powrotem w domu i wysłałam SMSa do Sarah, z którą byłam umówiona na 17:00, że może przyjechać wcześniej. Nie odpisała, a mnie zmogło, więc poszłam się zdrzemnąć. Obudziłam się przed 17:00 i sprawdziłam, czy nie napisała do mnie maila, ale tuż po 17:00 zadzwoniła i powiedziała, że czeka na dole. Pojechałyśmy na Manningham, gdzie kiedyś byla meksykanska restauracja, a teraz mieści się resturacja Staropolska. Zjadłyśmy całkiem dobry polski obiad i wyszłyśmy stamtąd po 19:00. Podjechałyśmy do mnie, bo zapomniałam okularów, a postanowiłyśmy iść do Muzeum Mediów na jak się później okazało świetny film "Arbitrage" (Arbitraż) Nicholasa Jareckiego. Poszłyśmy najpierw do kawiarni w muzeum, bo film zaczynał się o 20:15, a potem do sali IMAXu, w której był pokaz. Po filmie Sarah odwiozła mnie do domu i dokończyłam gotowanie zupy. Spać poszłam już po północy.

W niedzielę obudziłam się przed budzikiem, ale poszłam dalej spać. W końcu zadzwonił o 11:00, wstalam i wzięłam kąpiel. O 12:00 napisałam do Kasi z pytaniem, czy jedziemy do Leeds na warsztaty tanga w ramach Sunday School. Umówiłyśmy się na dworcu i miałyśmy jechać o 12:44 pociągiem, ale kupiłam bilet na 12:50 na autokar, bo wiedziałam, że się jak zwykle spóźni. Na szczęście zdążyłyśmy chociaż na ten National Express i już o 13:20 byłyśmy
w La Boheme. Lekcja wkrotce się zaczęła i najpierw zatańczyłam ze znajomym, z którym występowałam w zeszłą sobotę, a potem zmienialiśmy partnerów. Warsztaty trwały 2 godziny, a potem przenieśliśmy się do sali na dole na miloga. Przyjechał mój stary znajomy z tanga, który zaofereował swoją pomoc w pisaniu mojej pracy doktoranckiej! Tańczyłam też z bardzo miłym chłopakiem i z pewnym nauczycielem, którego już znałam. Przed 18:00 poszliśmy wszyscy na górę i potańczyłyśmy jeszcze salsę, zanim po 20:00 Jonathan zgodził się odwieźć nas do domu. Ugotowałam coś na obiad i dostałam SMSa od tego starszego znajomego z tanga  dziwną propozycją. Chyba sobie coś uroił :) Obejrzałam wreszcie na DVD świetny polityczny thriller "Hidden Agenda" Kena Loacha, który niestety nadal jest bardzo na czasie i poszłam spać po 1:00.

  
Susan Sarandon i Richard Gere w "Arbitrage" oraz Brian Cox i Frances McDormand u Kena Loacha.
wtorek, 23 kwietnia 2013
Mój ostatni BIFF?

634.

W poniedziałek obudziłam się po 6:30 i do 8:00 nie mogłam zasnąć. W końcu zasnęłam, ale jak o 10:00 zadzwonił budzik, to nie mogłam się dobudzić. Zwlokłam się jednak z łóżka, wzięłam prysznic i podjechałam Free Busem do BCB Radio po bilety na 4 filmy festiwalu. W pracy najpierw poszłam do babki z Finansów i załatwiłam przelanie pieniędzy z konta naszego stowarzyszenia, żeby zapłacić nimi za bilety na Colours Ball. Potem poszłam do Advice Centre i sprawdziłam tam spokojnie maile. W końcu wyszłam o 20:00 i poszłam do domu, po drodze umawiając się ze znajomym z salsy, że po mnie przyjedzie. Zdążyłam coś zjeść i zejść na dół akurat, jak dzwonił, że dojechał. Spóźniliśmy się na rozgrzewkę, ale nie na lekcję. Potem odwiózł mnie do domu, zjadłam coś i poszłam spać po północy.

We wtorek budzik zadzwonił o 7:30, ale nie wstałam od razu, tylko dopiero o 8:05, jak się sama obudziłam! :) Okazało się, że go wyłączyłam! Nie zdążyłam więc umyć włosów, tylko zebrałam się z 20 minut i wyszłam! Podjechałam do pracy Free Busem na 9:00 i na 12:00 poszłam na Pilates. Później wróciłam i siedziałam do 17:00, kiedy to poszłam do Activities Room na kolejne zebranie mojego stowarzyszenia. Nikt jednak nie przyszedł, więc o 17:30 wyszłam z pracy. O 17:45 byłam już w Muzeum Mediów i poznałam dwójkę prowadzących program na antenie BCB. Najpierw ich gościem był mój znajomy, który jest dyrektorem festiwalu filmowego BIFF, a potem ja. Rozmawialiśmy o Aleksieju Bałabanowie, ale dość krótko , bo byłam na antenie tylko jakieś 4 minuty, za co dostałam te 4 bilety! :)

Jeden z nich wymieniłam od razu na ostatni film festiwalu, bo w czasie pokazu miałam tańczyć salsę w ramach Cultural Show! :) Potem wyszłam z Muzeum i spytałam znajomego z salsy, z którym występuje, czy mam przyjechać do niego i czy zrobimy sobie próbę, tak jak planowaliśmy, ale spytał czy moglibyśmy to przenieść na piątek, bo był zmęczony. Mi to nawet bardziej odpowiadało. Wróciłam więc do domu i w skrzynce znalazłam list z ambasady amerykańskiej w Londynie. Pisali w nim, że mam im udowodnić, iż posiadam środki  na utrzymanie w Stanach! Do tej pory o tym nie wspominali i zaczęłam się zastanawiać, ile mogą wymagać. I jak to sprawdzą. Napisałam więc długiego maila do cioci z pytaniem czy w razie czego będa moimi "żyrantami". Zanim wreszcie poszłam spać, minęła północ.

W środę wstałam po 10:00 i na 12:00 podjechałam do pracy. O 13:00 miałam zebranie w sprawie Pick Up Service, czyli akcji odbierania studentów z lotniska. Tego dnia założyłam czerwony sweterek na znak protestu przeciwko temu, że pogrzeb Margaret Thacher był płacony z naszych podatków. Nic do niej nie miałam, ale uważam, że ją rodzinę stać było na to, żeby wyprawić jej pogrzeb. Pamiętam, że byłam zszokowana, jak tu przyjechałam i dowiedziałam się, że na północy Anglii wszyscy jej nienawidzili i teraz nadal byłam zniesmaczona hasłami "The Which is Dead". Na 20:20 poszłam do Muzeum na film "Zabić bobra" (To Kill a Beaver) Jana Jakuba Kolskiego z Erykiem Lubosem, ale mi sie nie podobał. Neil zniknął, choć mieliśmy się spotkać po filmie, więc wróciłam do domu i poszłam raz wcześniej spać.

W czwartek podjechałam do pracy na 9:30, bo umówiłam się z szefową, że nie będę siedziała sama wieczorem na recepcji, tylko wyjdę o 18:30, bo nikt inny nie mógł tego dnia zostać dłużej. Urwałam się nawet parę minut wcześniej i pobiegłam na dworzec, gdzie spotkałam się z Kasią, którą kupiła mi już bilet do Leeds. Wsiadłyśmy w pociag o 18:34 i po 19:00 byłyśmy już w Viva Italian Restuarant, w której znajoma z salsy wyprawiała swoje urodziny. Spóźniła się jednak nieźle i żałowałam, że się tak śpieczyłam, zamiast przyjechać następnym pociągiem. Jedzenie jednak było bardzo dobre i w sumie dobrze się bawiliśmy. Było nas z 14 osób z salsy i po 22:30 poszliśmy wszyscy do Baracoa, gdzie tańczyłam do północy, aż znalazłam podwózkę do Bratfoot :) Do domu dotarłam o 1:00 i poszłam spać.

W piątek byłam w pracy od 9:00 do 16:00, a potem pobiegłam do Muzeum na film "Mee Too" (Ja tozhe hochu / Ja też chcę) Bałabanowa w Imaxie. Spóźniłam się trochę i musiałam wjechać z Neilem windą na samą górę. Po filmie, który średnio mi się podobał, wrociłam do domu coś zjeść, a potem wsiadłam w pociąg do Leeds. Po 19:00 byłam już u znajomego z salsy, żeby poćwiczyć przed naszym sobotnim występem. W końcu poszłam na dworzec, gdzie po 23:25 spotkać się z Kasią. Wsiadłyśmy w taksówkę i około północy dojechałyśmy na Rumba Picante. Wytańczyłyśmy się do 2:00 rano, a później podjechaliśmy w pięć osób na after party u znajomego. O 5:00 rano wyszłyśmy od niego i poszłyśmy na dworzec. Autokar spóźnił się 10 minut, więc dopiero o 6:00 byłam w domu i od razu poszłam spać :)

  
Agnieszka Pawełkiewicz i Eryk Lubos w "Zabić bobra" oraz Wieża Szczęścia w "Ja tozhe hochu".

W sobotę obudziłam się o 11:00 po 5 godzinach snu, ale poszłam dalej spać. Wstałam po południu, wzięłam kąpiel i poszłam do sklepów. W domu byłam o 15:30, zrobiłam sobie coś do jedzenia i po 16:00 poszłam do Muzeum na film "Cargo 200" (Gruz 200 / Ładunek 200) Bałabanowa. Był dość wstrząsający i długo nie mogłam potem o nim zapomnieć. Wróciłam do domu i zaczęłam przygotowywać obiad. Wkrótce przyjechała Ala  i razem go zjadłyśmy, bo umówiłyśmy się, że ugotuję jej obiad jeśli mnie uczesze :) Po 20:00 zadzwonił ten znajomy z salsy, że już jest w Bratfoot! A miał dojechać dopiero na 21:00! Założyłam więc szybko sukienkę i zanim przyszedł byłam już ubrana i miałam nałożony podkład na twarz :) Ala zaczęła robić mi włosy i makijaż, a tymczasem tuż przed 21:00 dojechała też do nas Kasia.

Pojechaliśmy we czwórkę samochodem na uniwerek, gdzie trwał już Cultural Show i jak zwykle okazało się, że jest lekkie opóźnienie, więc zdążyliśmy jeszcze poćwiczyć. Mieliśmy zatańczyć o 21:30 do salsowej wersji piosenki Justina Timberlake'a "What Comes Around Goes Around", ale w końcu weszliśmy na scenę po 22:00. Nie zaczęliśmy naszego tańca tak, jak było zaplanowane, tylko chwilę później, bo się zagapiłam :) W sumie zatańczyliśmy tak sobie, ale świetnie się bawiliśmy, a publika żywo reagowała, bo nie wiedziali nawet, kiedy coś poszło nie tak :) Po występie od razu wyszliśmy i odwiozłyśmy mojego partnera od tańca na dworzec, a dziewczyny pojechały do mnie. Przegrałam sobie od razu i obejrzałam za równo zdjecia jak i filmik od Kasi. Jak wyszły po północy od razu poszłam spać.

W niedzielę obudziłam się po 8:00 rano i do 12:00 siedziałam przy laptopie. Potem puściłam mamie sygnał, żebyśmy porozmawiały przez Skype'a, ale wtedy poczułam, że bierze mnie, więc zdrzemnęłam się do 16:00, a porozmawiałyśmy dopiero potem. Po 18:30 wzięłam kąpiel i na 20:00 poszłam do Muzeum na zakończenie festiwalu. Obejrzałam bardzo dobry film "The Reluctant Fundamentalist" Miry Nair, a potem porozmawiałam z byłym dyrektorem festiwalu, który mi podpowiadał, jak się skontaktować z Martinem McDonaghem, ktorego chcę zaprosić na kolejny IFF. Później pogadałam też z dwoma kinooperatorami, a współdyrektor festiwalu dał mi coś dziwnego do picia :) W końcu o 23:30 poszłam do domu i spać po 1:30. Jeśli się przeprowadzą do tych Stanów, to nie będę już na kolejnym festiwalu...

  
Bohaterowie "Cargo 200" oraz Kiefer Sutherland i Riz Ahmed w "The Reluctant Fundamentalist".
niedziela, 14 kwietnia 2013
Choróbsko!

633.

W poniedziałek wstałam przed 10:00, wzięłam prysznic i na 11:00 poszłam do Ingeusa. Tym razem nasze spotkanie trwało zaledwie 15 minut, a następne mamy dopiero za miesiąc! Miałam trochę czasu, więc poszłam na Interchange i tam wsiadłam we Free Busa. Spotkałam w nim babkę, którą poznałam z 7 lat temu i która zawsze była bardzo korpulentna, a teraz tak schudła, że ledwo ją poznałam! :) Okazało się, że miała jakieś kłopoty ze zdrowiem. Porozmawiałyśmy o dawnych wspólnych znajomych, m.in. moim byłym szefie z Olicana House. Po drodze do pracy weszłam do biblioteki i wypożyczyłam "Cinema Paradiso" Tornatore na DVD. Mimo to i tak byłam za wcześnie w pracy! :) Trudno mi się było odnaleźć po 10 dniach urlopu! :) W dodatku student, z którym pracowałam cieszył się, że Margaret Thatcher nie żyje! W końcu wyszłam parę minut przed 20:00 i poszłam prosto na dworzec. Tam spotkałam znajomego z salsy i o 20:19 razem wsiedliśmy w pociąg do Leeds. Ja jechałam na salsę, a on oglądać mecz Manchester United kontra Manchester City :) Ale powiedział, że po meczu też dojdzie na imprezę, która miała się odbyć po pierwszej lekcji salsy na 2 w Leeds! :) Lekcję tę prowadził mój znajomy, z którym mam zamiar wystąpić 20 kwietnia na Cultural Show! :) Dotarłam akurat na jej koniec, a potem zaczęła się impreza. Niestety, słabo się bawiłam, bo mało tańczyłam, a jak już, to na 2, a ja jeszcze gubię krok :) W dodatku musiałam wyjść zanim impreza się skończyła, żeby zdążyć na ostatni pociąg do domu! Tuż przed wyjściem okazało się, że zgubiłam mój ulubiony szalik i nigdzie go nie mogłam znaleźć. Pobiegłam więc na dworzec i po 23:30 byłam już w domu. Zjadłam coś i poszłam spać po północy.

We wtorek wstałam przed 8:00, wzięłam prysznic i podjechałam na 9:00 do pracy. Po drodze weszłam do sklepu po banany, bo nie miałam nic na śniadanie. Najpierw poszłam do Advice Centre, ale okazało się, że tam nasz system SAINT nie działa, więc musiałam się przenieść na inny komputer. Wysłałam maila do studentów o naszej następnej wycieczce 20 kwietnia do Walii. Przed 12:00 wyszłam, ale nie poszłam na Pilates, bo stwierdziłam, że z tym siniakiem na lewej stopie nie będę w stanie wykonać połowy ćwiczeń! Zamiast tego poszłam do Health Centre i pokazałam im list z tej kliniki w Londynie wyjaśniający, jakie szczepionki są mi potrzebne. Umówili mnie od razu nazajutrz na 11:10 i powiedzieli, że nie będę musiała nic za nie płacić! Cale szczęście, że się nie zdecydowałam na nie w Lonydnie! Wyszłam od nich i nie wiedziałam, gdzie się podziać do 13:00! :) Wsiadłam więc we Free Busa i po prostu obejchałam miasto :) Przy okazji trochę się zdrzemnęłam :))) Wróciłam do pracy i wysłałam maile do moich promotorów oraz do babki z BCB. W końcu wyszłam o 17:00 i poszłam na zebranie mojego stowarzyszenia. Przyszły tylko 2 osoby! Porozmawialiśmy i zdecydowaliśmy, że nie oglądamy "Cinema Paradiso", bo wszyscy już wiele razy widzieliśmy ten film :) Wróciłam do pracy i wrzuciłam na Facebooka trzy zdjęcia z sesji zdjęciowej naszego stowarzyszenia, która się odbyła ze 2 miesiące temu! W końcu wyszłam o 18:00 i podjechałam na małe zakupy do Morrisona. Po 19:00 byłam już w domu. Zjadłam coś i najpierw usiadłam do komputera, a potem weszłam do wanny i do łóżka, żeby się trochę podleczyć, bo od rana miałam katar i źle się czułam. Spać poszłam po północy.

W środę obudziłam się o 9:00 i czułam się jeszcze gorzej niż poprzedniego dnia. Zaczęłam sie zastanawiać, czy powinnam się szczepić, jak mam taki katar! Woda mi się lała z nosa i z oczu! Wyglądałam jakbym płakała!
Gardło mnie trochę bolało i trochę mnie łamało. Nie pamietam kiedy byłam ostatnio taka chora! Zadzwoniłam więc do przychodni i spytałam, czy mam w takim stanie przychodzić na szczepienie! Oczywiście powiedzieli, żebym poczekała, aż mi przejdzie. Zadzwoniłam więc też do pracy i powiedziałam, że nie przyjdę, bo postanowiłam zostać w domu i jak najszybciej wyzdrowieć! Ale zamiast iść do łóżka, usiadłam oczywiście do Facebooka i dopiero po czterech godzinach się oderwałam. Zdrzemnęłam się trochę, a potem wstałam po 17:00 i zjadłam zupę na obiad. Później odwiedziła mnie sąsiadka, przynosząc jakieś lekarstwa i miód, żebym szybciej wyzdrowiała. Wyjeżdżała na 2 miesiące do domu, do Bułgarii, więc przez ten czas będę musiała sama płacić za Internet. Dała mi tylko 5 funtów za te półtora tygodnia przed wyjazdem. Wieczorem postanowiłam zadzwonić do domu przez Skype'a, ale siostra mi napisała SMSa, że coś im Internet szwankuje, więc umówiłyśmy się na rozmowę nazajutrz. W końcu po północy poszłam spać. W czwartek obudziłam się o 10:30 i zadzwoniłam do szefowej, żeby jej powiedzieć, że raczej nie wyzdrowieje przed poniedziałkiem. Potem zjadłam śniadanie i usiadłam do Internetu. Pogadałam półtorej godziny z rodziną przez Skype'a, bo się nudziłam, a potem zjadłam obiad i znów usiadłam do Facebooka. Zdrzemnęłam się, zjadłam kolację i coś mnie naszło i obejrzałam sobie "Catch 22" (Paragraf 22) na Youtubie. Spać poszłam po 1:00.

  
Żołnierz w bieli oraz Alan Arkin jako Yossarian w
Mike'a Nicholsa ekranizacji "Catchu 22" Hellera.

W piątek obudziłam się po godzinie snu i już nie mogłam zasnąć do 7:00 rano! Wstałam o 11:00, jak zadzwonił budzik, zjadłam śniadanie i wzięłam lekarstwa. Weszłam na Facebooka i poprosiłam znajomą z pracy, żeby wykupiła mój bilet na Colours Ball, który miałam zarezerwowany. Potem się zdrzemnęłam, zjadłam zupę na obiad, a wieczorem obejrzałam drugi film antywojenny, "Hair" na Youtube. Spać poszłam po 1:00. W sobotę wstałam o 11:00, wzięłam kąpiel, zjadłam zupę na śniadanio-obiad i poszłam na 13:00 do Weatherspoon spotkać się z panem z tanga. Zaproponował mi jakiś czas temu spotkanie, żeby porozmawiać o moim doktoracie. Płaciłam też za jego napoje, bo robił to za darmo. Po 3 godzinach miałam jednocześnie dość i byłam mu wdzięczna. W końcu wyszliśmy po 16:30 i wziął ode mnie paczkę z płytami DVD dla Neila do Muzeum, a ja wsiadłam we Free Bus i podjechałam do Morrisona na zakupy, bo kończyło  mi się jedzenie i lekarstwa. Potem wróciłam do domu, zjadłam coś, zrobiłam pranie i porozmawiałam z mamą na Skypie. Potem obejrzałam na Youtube cztery odcinki programu BBC "Ways of Seeing" Johnba Bergera z 1972 roku, ktore mi polecił pan z tanga. Spać poszłam po 1:00 w nocy. W niedzielę wstałam przed południem, zjadłam śniadanie i porozmawiała przez Skype'a z bratem, któremu ostatnio wycieli pół nerki, bo miał raka. W czwartek zaczął się BIFF, tutejszy festiwal filmowy, a ja dopiero teraz dostałam maila, że mam bilety z BCB na parę filmów i że mam być we wtorek w ich programie na żywo.
Zjadłam obiad i zdrzemnęłam się trochę, a potem znajoma przyniosła mi kartę z 10% zniżki do Morrisona. Wieczorem zrobiłam pranie i weszłam znów na Facebooka. Spać poszłam po 1:00.

  
Beverly D'Angelo i John Savage oraz Treat Williams w Milosa Formana
ekranizacji musicalu "Hair".
niedziela, 07 kwietnia 2013
Szalony Londyn :)

632.

We wtorek obudził mnie SMS od właściciela firmy, która kiedyś sprzątała nasz budynek i który mi sczytywał liczniki. Pytał, co u mnie słychać, ale mu nie odpisałam, tylko poszłam dalej spać. Wstałam dopiero po południu i zjadłam znów owoce na śniadanie, a potem usiadłam do mojej pracy doktoranckiej. Jak zgłodniałam, zrobiłam sobie obiad i wróciłam do czytania na temat polskich filmów religijnych. Tymczasem dostałam maila od Ryanair, że mój lot w czerwcu został przekierowany z Modlina na Okęcie :) Miałam nadzieję, że tak będzie jak kupowałam bilet :) Zmienili mi tylko godzinę odlotu na 2 godziny wcześniej, ale to nie problem. Moja siostra przysłała mi też mailem zeskanowane zaproszenie na jej ślub :) Praktycznie przez cały dzień siedziałam na komputerze, aż o 1:00 poszłam spać. W środę wstałam o 8;00, jak zadzwonił budzik, bo postanowiłam przestawić swój zegar biologiczny i chodzić wcześniej spać i wcześniej wstawać. Poza tym musiałam nazajutrz wstać o 8:00, żeby złapać autokar do Londynu i pomyślałam, że jak rano wstanę, to wieczorem pójdę wcześniej spać, bo będę zmęczona. Niestety, zmęczyłam się już w środku dnia, bo tak wcześnie wstałam, więc musiałam się trochę zdrzemnąć :) Znów przez cały dzień jadłam tylko owoce oraz warzywa, popijając wodę, i znów spędziłam cały dzień na komputerze, wyszukując cytaty na temat polskich filmow religijnych. Potem weszłam do wanny, spakowałam się na wyjazd i postanowiłam iść wcześniej spać. Ale oczywiście nie mogłam zasnąć z emocji i co chwilę wstawałam, bo sobie o czymś przypominałam. W końcu zasnęłam :)

W czwartek obudziłam się przed budzikiem, weszłam pod prysznic i poszłam na Interchange. O 9:00 wsiadłam w autokar do Londynu, gdzie miałam dotrzeć o 14:05 na dworzec Victoria. Ale na stacji w Leeds usłyszałam, jak przez megafon mówią, że zatrzymamy się w Milton Keynes, przy Marble Arch w Londynie i dopiero na Victorii! Zapytałam więc panią kierowcę (bo to kobieta była :) czy mogę wysiąść przy Marble Arch! Z Victorii musiałabym jechać spowrotem na Bond Street, a tak to byłabym tylko jedną stację metra od tej kliniki i pomyślałam, że mogłabym tam nawet dojść na piechotkę. Pani kierowca powiedziała, że jak się jej uda zatrzymać, to mnie wypuści. Udało się i już o 14:00 (mimo padającego na mnie mokrego śniegu!) dotarłam do tej klinki, choć umówiona byłam dopiero na 15:30. Chciałam iść coś zjeść i wrocić za półtorej godziny, ale postanowiłam tam wejść i zapytać, czy mnie nie przyjmą wcześniej. Okazało się, że mieli mnie zapisaną na 15:30 poprzedniego dnia, ale przeprosili za pomyłkę z ich strony i powiedzieli, że zaraz mnie przyjmą. Najpierw porozmawiałam z niezwykle zabawną pielęgniarką, która powiedziała mi, co mnie czeka i że nic nie będzie bolało, aż do momentu gdy na końcu będę musiała im zapłacić - wtedy zaboli :) Wypytała mnie o te trzy szczepionki i okazało się, że tylko z jednej będę zwolniona, a dwie pozostałe muszę zrobić (u nich za ponad 60 funtów) albo poddać się testowi krwi (u nich za ponad 100 funtów). Sama mi więc poradziła, żebym spróbowała je zrobić w Bratfoot, bo tam może być taniej. A że mam jeszcze ponad miesiąc do mojego interview, to mam czas.

Potem poszłam do pokoju obok, gdzie zrobili mi zdjęcie rentgenowskie. W końcu po jakiś 10 minutach czekania przyjęła mnie lekarka. Zmierzyła mnie i zważyła, a potem zbadała mi wzrok, oczy, uszy, płuca, pobrała krew i zadała 100 pytań! :) Po godzinie było już po wszystkim i bylam wolna. Powiedzieli, że wyniki będą w poniedziałek i że dadzą mi znać, tylko jeśli coś będzie nie tak. W przeciwnym razie prześlą je prosto do ambasady amerykańskiej, jak tylko wyślę im dowód na to, że zrobiłam te dwie brakujące szczpionki lub badanie krwi udowadniające, że jestem uodporniona na tężec i błonnicę oraz na odrę, świnkę i różyczkę :) Zależy co będzie tańsze! :) Wyszłam więc od nich o 15:00, a że z Richardem Kwietniowskim umówiona byłam dopiero o 17:00 przy stacji Covent Garden, to poszłam tam coś zjeść. Długo szukałam restauracji, w której kiedyś już tam jadłam, ale że jej nie znalazłam, a czas leciał, to w końcu zdecydowałam się na ślimaki i małże we francuskiej restauracyjce Brasserie Blanc :) Oczywiście rachunek przewyższył sumę, którą planowałam wydać na obiad, ale na szczęscie dostałam SMSa od szefa agencji tłumaczeniowej, dla której pracuje, że właśnie mi przelał pieniądze na konto :) Po obiedzie spotkałam się z Richardem i poszliśmy na kawę, a potem zaproponował, żebyśmy poszli do kina na film "Populaire" Regisa Roinsarda, którego scenariusz współnapisał jego były chłopak. Poszliśmy więc do kina Curzon w Soho i okazało się, że pokazują ten film w ramach otwarcie przeglądu filmów francuskich i że po projekcji odbędzie spotkanie z reżyserem oraz z aktorami - Deborą Francois Romainem Duris! :)

  
Romain Duris i Deborah Francois w filmie "Populaire" oraz Romain Duris w kinie Curzon w Soho :)

Film był zabawny, a potem oczywiście podeszłam do Romaina i zrobiłam mu zdjęcie :) To mój drugi z kolei ulubiony francuski aktor, zaraz po Vincencie Casselu :) Zapytałam go o jego najnowszy film "L'ecume des jours" i powiedziałam mu, że nie moge się doczekać, żeby go zobaczyć! :) Potem napiliśmy się jeszcze z Richardem kawy i o 22:00 rozstaliśmy się pod stacją metra Leicester Square. Stamtąd poszłam do Bar Salsa na imprezę Latin Krazy, ale było tak sobie, bo spotkałam tylko czterech znajomych, w dodatku jeden z nich akurat wychodził, więc wyszłam stamtąd już o 23:30. Podjechałam metrem do znajomej, u której zatrzymywałam się na noc, ale że dzień miałam tak pełen wrażeń, to nie mogłam prawie cała noc zasnąć! Pogadałyśmy najpierw prawie do 2:00 w nocy, a potem i tak się jeszcze kręciłam w łóżku i dwa razy po drodze z łazienki zaglądałam do jej sypialni, żeby jeszcze pogadać :) Umówiłam się z nią, że zanocuję u niej także w maju, jak przyjadę na to interview do ambasady amerykańskiej. Przesłałam jej też SMSem to zdjęcie Romaina, żeby mi je wysłała mailem, bo nie mam kabelka, żeby ściągać zdjęcia z mojej komórki. Mam w niej beznadziejny aparat, więc miałam już nim nie robić zdjęć, ale tym razem nie miałam wyboru :) Wcześniej pożyczałam kabelek od kolegi z pracy, ale odkąd z niej odszedł zostałam na lodzie :) Mój pobyt w Londynie tak mi się spodobał (szczególnie zupełnie niespodziewane spotkanie z Romainem :) iż postanowiłam, że jak nie dostanę tej wizy do Stanów i zostanę w Wielkiej Brytanii, to zacznę znów na poważnie szukać jakiejś pracy w stolicy!

W piątek miałam budzik nastawiony na 7:30, ale że nie mogłam spać, to wstałam w końcu wcześniej, zebrałam się i o 7:30 już wyszłam, starając się zatrzasnąc drzwi tak, żeby nie obudzić przy tym znajomej. Podeszłam jeden przystanej metra i po drodze kupiłam sobie wodę na podróż, a potem podjechałam na Victoria Station. Na dworcu pociągowym zjadłam tosty z masłem orzechowym i wypiłam herbatę, a potem poszłam na autobusowy i o 9:00 wsiadłam w autokar do Bratfoot.W czasie jazdy wymieniłam się znów paroma SMSami z tym szefem firmy sprzatajacej kiedyś budynek, w ktorym mieszkam. Umówiliśmy się na przyszły tydzień. O 14:00 dojechałam do Bratfoot i poszłam od razu do sklepu po coś do jedzenia, bo miałam w domu pustą lodówkę. Skorzystałam więc z okazji i ją rozmroziłam :) Potem weszłam na trochę na Internet, ale po 15:00 poszłam do łóżka i pospałam do 18:30. Wstałam, wzięłam kąpiel i 19:10 wsiadłam w autobus do Ali, z którą się umówiłam, że mnie uczesze i umaluje na wieczorna imprezę Calle Ocho. Kasia dojechała godzinę później. Zanim się zebrałyśmy było po 22:00! Niestety miałam pecha i najpierw jedna babka stanęła mi obcasem na stopę i zrobila siniaka, a potem druga stanęła dokladnie na tego siniaka! Zrobił sie z niego krwiak i resztę imprezy przesiedziałam na kanapie przykładając lód do stopy. Popłakałam się nawet z bólu, ale potem świetnie się bawiłam, bo mnie zagadywali mili panowie i czas mi szybko minął :) W końcu o 3:00 impreza się skończyła i pojechałam z Kasią do Ali, a stamtąd wzięłyśmy taksówkę do domu. Usiadłam do Internetu i spać poszłam o 5:00.

W sobotę obudziłam się po 5 godzinach snu i już mi się nie chciało spać. Rozregulowałam sobie już całkiem mój zegar biologiczny! Usiadłam do Internetu i znajomy z tanga (ten, który chciał mi przywieźć coś do jedzenia, jak byłam chora :) zapytał, czy możemy się spotkać w przyszłym tygodniu i porozmawiać, bo on pracuje w firmie, która robi proof reading, czyli sprawdzanie błędów w pracach pisemnych. Później porozmawiałam z mamą i z siostrą przez Skype'a, a potem przyszła Kasia i przyniosła coś do jedzenia, bo przez tą spuchniętą stopę nie mogłam iść do sklepu! Zjadłyśmy razem obiadi porozmawiałyśmy o planach o wieczór. Od dawna wybierałyśmy się we trzy na parapetówę do jednego z tancerzy salsy, ale inny znajomy zapytał, czy nie chcemy jechać z nim na salsę do Birmingham. Zawsze było to moim marzeniem, ale chwilowo nie mogłam tańczyć, a Ala dostała kataru, więc namówiłyśmy Kasię, żeby sama z nim pojechała, a my się wybierzemy na tą parapetówkę. Wzięłam więc kapiel, ubrałam się i po 20:00 poszłam na dworzec. Pociag się spóźnił, więc dwie znajome musiały na mnie trochę poczekać na dworcu. Poszłyśmy razem na tą imprezę, a potem dojechała Ala, a na koniec także Kasia z tym znajomym, bo stwierdzili, że do Birmingham pojedziemy wszyscy razem za miesiąc. Wyszłam przed 23:00, żeby zdążyć na ostatni pociag do Batfoot, bo przyjechałam na tą imprezę tylko, żeby coś zjeść i namowić znajomego tancerza, żeby wystąpił ze mną 20 kwietnia :) Niestety, okazało się, że ostatni pociag mi uciekł, wiec poszłam na dworzec autobusowy, a po drodze zrobiłam małe zakupy.

W niedzielę 10 minut po północy wsiadłam w autokar do Bratfoot i przed 1:00 byłam w domu. Usiadłam do Internetu i pogadałam też z Kasią przez telefon, jak wracała ostatnim autokarem z Leeds o 2:15 :) W końcu o 3:00 poszłam spać i wstałam dopiero w południe. Miałam się zabrać za pisanie o polskich filmach religijnych, ale najpierw spędziłam pół dnia na Facebooku, a potem zjadłam curry, które poprzedniego dnia przyniosła mi Kasia. Po jedzeniu tak mnie zmogło, więc poszłam się zdrzemnąć :) Jak wstałam, poszłam do sąsiadki, która wyjeżdża w środę na dwa miesiace, zapłaciła mi więc tylko 5 funtów za Internet. Pogadałyśmy trochę, a później wróciłam do domu i zjadłam na kolację duszone warzywka, które też kupiła mi Kasia, razem z ziemniaczkami i jajkiem :) Napisałam maile do znajomej Francuzki, która przyjeżdża mnie odwiedzić pod koniec kwietnia, do Richarda, z którym jestem znów umówiona w maju w Londynie, oraz do Neila z pytaniem o kontakt do reżysera Martina McDonagha, którego chcę zaprosić na trzecią edycję mojego festiwalu IFF we wrzesniu i pokazac jego "In Bruge" (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj). Niestety, nie miał na niego żadnych namiarów, więc poradził mi, żebym napisała do dystrybutora jego ostatniego filmu "Seven Psychopaths" (7 Psychopatów), co też od razu zrobiłam :) Napisałam też do cioci ze Stanów, która pytała jak mi poszło w Londynie i gadałam na FB z tym tancerzem, z którym mam wystąpić, co niestety zależy od tego, o której godzinie miałoby to być, bo jest dość zajęty. Muszę porozmawiać z organizatorami! :) Spać poszłam już po północy :)
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69