Co słychać, widać i czuć w Anglii! Blog dla krewnych i znajomych królika - także tych wirtualnych. OBCYM wstęp wzbroniony!
RSS
poniedziałek, 04 kwietnia 2005

2.

W miedzyczasie poznalam pare osob mieszkajacych w Hotelu Balmoral. Kolo mnie mieszkaja Kinga i Tadek. Oboje skonczyli ekonomie, ale nie mogli znalezc pracy w Polsce i teraz pracuja w pobliskiej fabryce samochodowej, bo Tadek nie zna angielskiego. Kinga moglaby pracowac w biurze, ale wtedy Tadek moglby miec problemy z dogadaniem sie w pracy, bo dopiero od niedawna chodzi na angielski w bradzfordzkim colleage'u. Kinga byl najlepsza studentka na roku, a teraz sklada chlodnice. Oprocz tego jest Piotrek, ktory ma chyba dosyc trudny charakter. Wlasnie skreslono go z agencji, bo zadzwonil do nich i nagral wiadomosc, ze jest piekny dzien, wiec on nie idzie do roboty, tylko do pie... dentysty. Skreslili go chyba za to slowo, a nie za nieobecnosc w pracy. Powiedzial, ze nie wie, co mu odbilo, ale w Bratfoot jest dosc agencji posednictwa pracy, wiec pewnie wkrotce cos znajdzie.

Laptopa, na ktorym teraz pisze, pozyczylam od Artura, ktory ma wiele fajnych sprzetow, np. wieze, ktora sluzy wiernie na tutejszych imprezach. Oprocz tego jest Sergiusz, ktory podrywa wszystkie dziewczyny, bo najwyrazniej nie moze sie zdecydowac. Mamy tez dwoch kolegow, ktorzy razem mieszkaja, razem pracuja i razem pija piwo :) Jest tez kilka par, na przyklad Asia i Janek. Oboje bardzo mili i chetnie sluza rada. Albo Iza i Leszek, ktory tez pracuje w Bratfoot Council, tylko w innym departamencie. Przewaznie jednak tutejsze dziewczyny pracuja w biurach, a chlopcy w fabrykach lub na budowie. Rano w kuchnii spotykam zawsze malomowna Matylde, ktora tez pracuje w jakims biurze. Wieczorem spotykamy sie, gdy razem z Gosia gotuja obiad. Gosia opiekuje sie Matylda jak mama, choc nie dzieli ich az tak znaczna roznica wieku. Ale Matylda najwyrazniej nie umie gotowac i podczepila sie pod obiady Gosi w zamian za to, ze cos obierze lub pokroi.

Ja tez nie potrafie za dobrze gotowac i prawde mowiac, wcale mi sie nie chce. Poza tym na razie oszczedzam, bo pierwsza wyplata dopiero po dwoch tygodniach pracy! A trzeba przeciez placic za mieszkanie i cos jesc. Ale kiedy widze, jak chlopaki tu sobie sami gotuja, to troche mi wstyd. Bo ja jem w kolko to samo: na sniadanie platki muesli, na lunch kanapki z serem, wieczorem na obiad jakies mieso i salata z dressingem, a jak jestem jeszcze glodna, to robie sobie kanapki na kolacje. W pokoju trzymam tylko sok pomaranczowy, zeby nie biegac na dol do kuchnii za kazdym razem, kiedy chce mi sie pic. Chociaz tutaj spokojnie mozna pic zimna wode z kranu. Na dole jest tez pokoj z telewizorem, gdzie wieczorami koncentruje sie zycie towarzyskie naszego domu. Przewaznie przesiaduja tam chlopcy, ktorzy pala papierosy i graja w gry telewizyjne. W weekendy odbywaja sie tam imprezy, ale na razie je omijam.

Wole posiedziec sama w pokoju i cos poczytac lub popisac. Czuje taka potrzebe - wole byc sama i odpoczywac. Szczegolnie w tygodniu, bo wstaje o 7 rano! Od razu wchodze pod prysznic, zeby sie obudzic. Potem sie ubieram i schodze na dol na sniadanie. Robie kanapki do pracy i wracam na gore. Myje zeby i wychodze tuz przed 8, bo nigdy nie wiadomo, o ktorej przyjedzie autobus. Jak mam szczescie, to podjezdzam kawalek i przechodze na inny przystanek, zeby zlapac autobus okolo 8:10. Jak mi sie nie udaje, to nastepny jest okolo 8:19 i spozniam sie pare minut do pracy. Wtedy musze skrocic sobie o te pare minut  przerwe na lunch, a tylko wtedy moge wreszcie sprawdzic i odpisac na maile. To glowny powod, dla ktorego chce pracowac w biurze. Bo sama praca nie jest zbyt interesujaca. Chociaz poznalam tajmnice niszczarki do papieru i musze przyznac, ze na razie mnie to bawi :)

Poza tym zajmuje sie poczta i czasem przepisywaniem - to taka ciekawostka, bo zaden pracownik  Pomocy Spolecznej nie pisze nic sam na komputerze, tylko odrecznie, a potem daje to nam do przepisania i wydrukowania :) Oczywiscie czasem trudno ich rozczytac i czesto musze kogos pytac, co tam jest napisane. Ale to i tak lepsze niz odbieranie telefonow :) Na razie unikam telefonu jak ognia, ale na szczescie nikt mnie nie prosi, zebym go odbierala. Moze dlatego, ze troche  trudno nam sie jeszcze dogadac. Jak oni mowia, to ja robie wielkie oczy, a jak ja mowie, to oni reaguja tak samo :) Pewnie boja sie nie tylko tego, ze ja niczego bym nie zrozumiala, ale takze ludzie, ktorzy dzwonia mogli by nie zrozumiec, co ja mowie :) Ale tak na powaznie, to z kazdym dniem rozumiemy sie coraz lepiej, chociaz maja tu naprawde zabojczy akcent! :)))

W pracy siedze do 17, czyli 8 i pol godziny, z czego godzina to przerwa na lunch. Moge ja wziac miedzy 12 a 14 i pozwolili mi wtedy sprawdzac maile. Zjedzenie lunchu zajmuje mi tylko pare minut, ale przerwa i tak jest za krotka, zeby odpisac na wszystkie maile. Autobus do domu mam dopiero ok. 17:15, wiec nie spiesze sie tak jak pozostali do wyjscia. Oni juz piec minut przed piata stoja pod drzwiami gotowi do wyjscia. I dziwia sie, ze mi sie nie spieszy. A do czego ma mi sie spieszyc? Jestem w domu przed 18, jem obiad rozmawiajac chwile z ludzmi w kuchnii i ide do siebie. Wszystkie rozmowy tutaj kreca sie wokol pracy: gdzie, jak dlugo i za ile kto pracuje. Ile mozna? :) Ide wiec do pokoju, wchodze do wanny, zeby sie ugrzac i do lozka. Staram sie klasc wczesnie, bo wczesnie musze wstac. Dla mnie 7 rano to srodek nocy! :) Jest jeszcze calkiem ciemno! :)))

W piatek 14 stycznia minal moj pierwszy tydzien pracy. Wypelnilam fomularz, szefowa podpisala, ze przepracowalam 37 godzin i za tydzien powinnam dostac pierwsza wyplate. Nie wiem ile, bo wszystko zalezy od tego, jaki mi zabiora podatek. Podobno zanim mnie zarejestruja beda brac dosyc duzo, ale potem dostane wyrownanie. W piatki cale biuro je samosas (warzywa lub kurczak zapiekany w ciescie :) To jakas indyjska potrawa i najwyrazniej tutejsza swiecka tradycja. Jak dla mnie to troche za pikantne, ale nie chce sie wylamywac :) W domu na obiad zrobilam sobie krewetki polane maslem, to od razu  uslyszalam, ze jestem burzuj, bo jem owoce morza! :) Wolalabym miec wlasna kuchnie, ale nie moge narzekac :) Zresza tak jak wszyscy traktuje ten dom jako cos przejsciowego. Ale nie chce szukac niczego na wlasna reke w Bratfoot, tylko od razu w wiekszym miescie.

Za jakies dwa miesiace zaczne szukac pracy w Londynie. A jesli tam sie nie uda, a podobno nie jest latwo, to moze przeniose sie do Manchesteru? Z tego co widzialam, to calkiem fajne miasto :) Teraz jednak mam tu zalatwiona prace i mam zamiar sie jej trzymac. Poza tym musze cos odlozyc, jesli chce wynajac mieszanie, bo trzeba najpierw zaplacic kaucje. Zobaczymy, co bedzie. Na razie zwiedzam Bratfoot. Kiedy tylko mam okazje siadam na przednich siedzeniach w 2-pietrowych autobusach :) Mam stamtad swietny widok - rano podziwiam wschod slonca nad wzgorzami, a wieczorem tysiace zapalonych swiatel. Poza tym maja tu m.in. Muzeum Fotografii, Filmu i Telewizji, piekny stary teatr Alhambra, ratusz i pare kosciolow do zobaczenia. Niech tylko pogoda dopisze!

1.

Przyjechalam do Bratfoot w srode 5 stycznia 2005 roku. Nikomu nie polecam takiej podrozy, choc musze przyznac, ze widok klifow w Dover z promu o swicie jest niepowtarzalny i warto bylo to zobaczyc. Te 35 godzin w autobusie wspominam jak zly sen, zwlaszcza ze w Niemczech musielismy zaplacic mandat - 90 euro za przekroczenie szybkosci i 25 za kierowce, ktory nie mial przy sobie prawa jazdy :) W Bratfoot czekaly na mnie dwie dziewczyny z agencji posrednictwa pracy, ktore zabraly mnie do starego, typowo angielskiego domu. Kiedys byl to Hotel Balmoral, dzis przypomina raczej akademik :) Mieszkaja tu sami Polacy. Zgodnie z umowa dostalam 1-osobowy pokoj z lazienka, ale kuchnie dziele z innymi mieszkancami.

W czwartek poszlam do agencji, gdzie zrobiono mi test: jak szybko pisze na maszynie i czy rozumiem rozmowy telefoniczne. Potem zaproponowano mi od poniedzialku prace w Bratfoot Council, w administracji Pomocy Spolecznej. Pozwolono mi takze skorzystac z maila i umowiono mnie na nastepny dzien na rozmowe w banku. Powiedziano mi, ze moge isc do banku sama, bo moja znajomosc angielskiego wystarczy, zeby sie dogadac. Dostalam tylko list polecajacy od agencji, ktory potwierdzal, ze od poniedzialku zaczne dla nich pracowac. Bo faktycznie zatrudnia mnie agencja, ktora "wypozycza" mnie niejako na pewien czas innym firmom. Potem poszlam na dworzec, kupilam bilet miesieczny i doladowalam telefon komorkowy. Wieczorem wybralam sie na pierwsze zakupy - do Tesco, zeby bylo swojsko :) Na wlasnych nogach przekonalam sie, ze Bratfoot jest polozone na wzgorzach. Kupilam cos do jedzenia i podstawowe przybory do kuchnii. Na szczescie w sklepie spotkalam jednego z mieszkancow Hotelu Balmoral, ktory pokazal mi troche krotsza droge do domu, niestety przewaznie pod gore! :) A zaden autobus od nas tam nie jezdzi!

W piatek rzeczywiscie sama sobie poradzilam w banku - powiedzieli mi nawet, ze powinnam zostac tlumaczem, bo przychodzi do nich wielu Polakow i nie sa w stanie wydukac nic poza "konto bankowe prosze" :) Wkrotce dostalam poczta karte VISA i ksiazeczke czekowa. Troche mnie uspokoil fakt, ze jak na razie udaje mi sie porozumiewac z tubylcami. Ale mimo to poszlam sie zapisac na darmowy kurs angielskiego do Bratfootzkiego colleage'u, ktory rusza w lutym. Zjadlam cos na tutejszym dworcu, na ktory zjezdaja wszystkie autobusy - zupelnie tak samo, jak u nas nocne zjezdzaja sie na Centralnym i stamtad rozjezdzaja w roznych kierunach. Niestety, tutaj autobusy chodza bardzo rzadko i kiedy chca, a nie wedlug rozkladu jazdy.

W sobote pospalam wreszcie troche dluzej i zabralam sie za swoj pokoj. Najpierw odsunelam lozko od okna i przesunelam je pod sciane. Potem pozyczylam zelazko i rozpakowalam wreszcie walizke, prasujac i wieszajac ubrania na wieszakach. Pozniej umylam lazienke i wieczorem weszlam nareszcie do upragnionej wanny. Wczesniej bralam tylko prysznic, dzieki dziwnemu urzadzeniu laczacemu krany, bowiem zarowno wanna jak i umywalka ma obok siebie dwa osobne krany - z goraca i zimna woda. U mnie na wannie byl zalozony gumowy waz laczacy oba krany i zakonczony prysznicem. Mozna go latwo zdjac i nalac po prostu wode na kapiel. Gorzej z umywalka, ale to tylko kwestia wprawy. Jak na razie udalo mi sie nie sparzyc, choc woda w jednym z kranow jest naprawde goraca. Wczesniej wybralam sie na spacer, zeby sprawdzic gdzie bede pracowac i jak tam dojechac. Okazalo sie, ze w mojej okolicy jest pelno indyjskich sklepow z pieknymi sari na wystawach. Kiedys kupie sobie jedno takie sari, choc nie wiem jeszcze nawet, ile kosztuja :)

0.

Witam wszystkich serdecznie i zapraszam do czytania! :)

Tutaj dowiecie się jak wygląda życie Polaków na obczyźnie :)

Z przyczyn oczywistych imiona głównych bohaterów zostały zmienione. Wszelkie podobieństwo do znanych wam osób lub wydarzeń jest całkowicie przypadkowe :)

Miejsce akcji: Bratfoot, West Shire, Anglia.

Czas akcji: Od stycznia 2005 w nieskończoność! :)

Akcja!

1 ... 66 , 67 , 68 , 69